UWAGA
Jeśli ktoś chce być infomowany o nowych notkach, ma się wpisać do Księgi Gości!!! Deklaracje w komentarzach będą ignorowane ^^" I nie mówcie, że to strata czasu, bo 2 minuty to nic w porównaniu z czasem, jaki spędziłam szukając wszystkich chętnych po komentarzach, gdy cała lista zrobiła mi "papa" razem z komputerem =="...

Poszukiwany chętny, lub chętna do zrobienia nowego szablonu ^^ Mnie ogarnęło lenistwo, przyznaję, bez bicia, a chciałabym coś zmienić. Proszę o wpis do komentarza pod najnowsza notką, albo odzew na gg (6969918) ^^ Wszystko do ustalenia ^^"



Rozdział 38 : Przyczyny i kontr-przyczyny. >> niedziela, 18 stycznia 2009 22:11:23
Yay! Mylog wrócił, a mi wórciła miłość do tego opowiadania. Historia, która ma sie wydarzyć przeszła obróbkę i skrócenie, bo stwierdziłam, że nie chcę Was zanudzić... A jak na razie zapraszam do przeczytania tego rozdziału i komentowania.

BETA: Mooniak

***

Usiadła w ciszy na kanapie, między Jamesem i Syriuszem. Remus tylko na chwilę podniósł wzrok znad książki, zmarszczył brwi i opuścił głowę. Scarlet widziała, że nie czytał, bo jego oczy były nieruchome. Słuchał tego, co miała do powiedzenia. I dobrze. Właśnie teraz miała w końcu powiedzieć coś ważnego i liczyła, że sytuacja potoczy się po jej myśli. Trzy dni unikania wszystkich, warczenia na każdego swojego fana i tonięcia w stosikach książek dały jej wiele do myślenia. Potrzebowała tych kilku dni, żeby pozbierać myśli i wyciągnąć odpowiednie wnioski. A teraz podejmowała właściwe według niej decyzje. Zacisnęła mocno dłonie na swojej szacie i odetchnęła głęboko.
- Przepraszam, że tak późno, ale wszystko mnie przerasta. Przepraszam za nieuważne słowa i za to, że nie mam siły się tłumaczyć. I za to, że nie czuję się winna... – zacisnęła usta tak mocno, że aż jej pobielały. Cóż... Zabrzmiało to jakoś tak... Po syriuszowemu...
- A mogę mieć pytanie? – odezwał się Łapa, próbując zajrzeć pod jej grzywkę.
Skinęła głową, czując wzrastający poziom adrenaliny w jej organizmie. Nie chciała kłótni. Sprzeczka była dla niej najgorszym scenariuszem, bo nie wiedziała, czy da radę się po tym pozbierać i czy będzie w ogóle szansa, żeby było tak samo. Nawet nie była pewna, czy teraz uda im się wymazać ten czas, na początku którego powiedziała im wszystkim, żeby się od niej odwalili, bo chce mieć trochę spokoju. Tak jak chciała, „odwalili się”, lecz ona nie wiedziała, czy podeszli ze zwykłą dawka cierpliwości i stwierdzili, że to jej kolejny humorek czy potraktowali ją na serio i zgodnie z jej życzeniem nie chcieli już mieć więcej z nią do czynienia.
- Czy na pewno już ci przeszło i z czystym sercem pragniesz naszego towarzystwa? – nie ukrył zadowolenia w swoim głosie, ale chyba wcale nie miał zamiaru.
- Wiesz, Łapa... – uśmiechnęła się nieśmiało. – Jak się was pozna, to się nie da bez was żyć.
Black przewrócił oczami, bez słowa objął ją i krótko pocałował. Krótko, raczej z lęku o jej reakcję, nie chciał jej spłoszyć. I nie był zły. Pewna rozmowa dała mu dużo do myślenia. Ten jej fotograf, Alan Sanchez, kiedy chciał tracił całą wyniosłość i potrafił być pokorny jak zahukane zwierzątko. Syriusz zdziwił się, kiedy ten facet do niego podszedł na korytarzu i stwierdził, że chce pogadać. Przeprosił go za tamtą sytuację i wytłumaczył się, chociaż kiedy minęła Łapie złość, zrozumiał że sam zachował się głupio i dokonał nadinterpretacji. Alan dał mu jeszcze radę, żeby nie wyciągać już tej sprawy przy Scarlet.
- Ale naprawdę...! – rzuciła, zauważywszy gest, jaki wykonał, zanim ją pocałował. Nie dokończyła, znów ginąc w jego ramionach. Zdążyła juz prawie zapomnieć, jakie to potrafiło być absorbujące. Nie zastanawiała się nawet, dlaczego nie dostała zasłużonej reprymendy za wypadek na sesji.
- Dość już tej wazeliny, moja droga... – głos Jamesa przywrócił ich do rzeczywistości. Popatrzyła na niego rozbawiona, ponad otaczającym jej szyję ramieniem Syriusza. – Wiemy, że jesteśmy cudowni i niezastąpieni. Mogłabyś być bardziej oryginalna... – uśmiechnął się, a poranne słońce odbiło się w kącikach jego okularów.
- Mówisz... Hmmmm... – teatralnie się zastanowiła. – Cóż, nikt w tej szkole nie jest tak poczochrany jak ty Rogaczu... No i tylko Glizdogon potrafi mnie prześcignąć w ilości zjadanych kanapek na kolację.
- Kiedyś możemy się założyć, czy mnie przegonisz. – pulchny chłopak wyszczerzył zęby, a Scarlet chyba po raz pierwszy poczuła bijącą od niego tak bezpośrednio sympatię.
- Nawet kominek nie grzeje tak bardzo jak Łapa. – posłała ciemnowłosemu czułe spojrzenie, a on musnął ustami czubek jej głowy.
- Tak, tak... Ale wszyscy wiedzą, że cię rozgrzewam... – uśmiechnął się dwuznacznie, za co dostał precyzyjnie wymierzony cios w brzuch. Scarlet cmoknęła z irytacją, oddalając od siebie najtrudniejszą chwilę. Bo chyba z całej czwórki najbardziej zraniła tego, który został jej jako ostatni. Bardzo bała się, że tym razem jej nie wybaczy.
- Lunatyku... Remusie... – zaczęła, żeby w końcu na nią spojrzał. – Przepraszam... – zaczęła szeptem, czując ucisk na wysokości krtani. A tak bardzo chciała podejść do tego skruszona, a nie robiąc z siebie obiekt do pocieszania, kiedy to nie ona cierpiała.
- Scarlet... – przerwał jej z poważną miną. – Nic nie mów, ja wszystko wiem i rozumiem. A teraz się uśmiechnij i nie wzbudzaj większej zazdrości w tym panu obok ciebie. – czekoladowe oczy połyskiwały tym samym blaskiem co zawsze. A może nie... Była w nich pewna niewyjaśniona matowość, jakiś cień, którego jasnowłosa nie potrafiła przypisać do zaistniałej sytuacji.
Uśmiechnęła się słodko, a on odwrócił nagle twarz. Zanim zdążyła się porządnie zmartwić, jej zazdrosny chłopak upomniał się o nadrobienie trzech dni nawet bez zamienienia jednego słowa, nie mówiąc już o dotyku. Gdy zamknęła oczy, Syriusz mocno ją do siebie przycisnął.
- Martwiliśmy się, że się zamkniesz i będzie z tobą tak jak na początku szkoły. – szepnął, odnajdując pod włosami jej ucho. – Ale nie chcieliśmy cię spłoszyć narzucaniem się, skoro chciałaś pobyć trochę sama...
Odszukała jego dłoń i zacisnęła na niej mocno swoje szczupłe palce. Pomyślała, że jest dużo miększa niż dłoń Remusa. Na tą myśl, przed oczami stanęła jej twarz przyjaciela, gdy dała mu jasno do zrozumienia, że już mu nie ufa, kiedy on nic nie zrobił i chciał tylko pomóc. Może i on jej wybaczył, ale ona sobie nie potrafiła.

W końcu przyszedł dzień, którego się w pewnym sensie bała – jej szesnaste urodziny. To nie było to, że został jej tylko rok do pełnoletniości, to nie to, że Huncwoci co najmniej od tygodnia coś knuli. Nie zauważyła, kiedy te dwa tygodnie minęły, wszystko płynęło tak spokojnie i bez rewelacji. Żadnego szlabanu dla niej, bo chłopcy oczywiście zdążyli napsocić. Ona na miejscu McGonnagal też wlepiłaby im pracę z Filchem przez cale popołudnia i codzienne karne wypracowania, za wypuszczenie z jej gabinetu wszystkich myszy mających przysłużyć się piątym klasom do ćwiczeń i dołączenie do każdej niespodzianki, tak, że łapanie wiązało się z różnymi przygodami. Niektóre zamieniały się w rękach w wielkie, łysawe szczury, inne rosły do zatrważających rozmiarów, blokując cały korytarz, a jeszcze inne wypluwały różnobarwną wydzielinę, która zamieniała się w potwora z bagien, zupełnie jak w mugolskich filmach. Uczniowie, obserwujący zmagania całej kadry pedagogicznej mieli niezły ubaw, ale sama kadra była rozwścieczona.
Poza tym Scarlet udało się złapać kilka dobrych ocen i znów zabłysnąć na paru lekcjach. Profesor Flitwick nie mógł skończyć opiewać jej wyczynu na zaklęciach, kiedy to za pierwszą próbą wykonała perfekcyjnie niewerbalne Incendio. Huncwoci też byli pod wrażeniem, a kiedy wspomniała, że opanowała niewerbalne pod koniec czwartej klasy, nie chcieli jej uwierzyć. Dopiero gdy zaprezentowała Petrificus Totalus na Peterze, wykonując delikatny, nikły wręcz ruch różdżką, nawet na niego nie spojrzawszy, uwierzyli. A może po prostu nie chcieli jej podpaść widząc, że mimo wszystko jest od nich w tym lepsza, nie ważne od kiedy, ważne, że lepsza. Coraz lepiej radziła sobie też na transmutacji, ale tym razem tylko dzięki lekcjom dawanym przez chłopców. Nawet jedna z nich odbyła się w ciągu tych dwóch tygodni, ale Green nie udało się osiągnąć więcej niż poprzednim razem.
Profesor Marvell wciąż obserwował zarówno ją, jak i Syriusza, cisnąc ich oboje najbardziej w całej owutemowej klasie. Podpadli mu raz, to wystarczyło, żeby nie dał im spokoju, mimo że pomyślnie zakończyli swoje szlabany u niego. Nie potrafili nic poradzić, a Black nie chciał interweniować u opiekunki Gryffindoru, żeby się za nimi wstawiła. Uważał, że to nic nie da i ściągnął na siebie jeszcze czujne oczy Minerwy McGonnagal. Jasnowłosa miała nadzieję, że może uwaga od starszego stażem i nie da się ukryć, że wiekiem też, nauczyciela, a na dodatek zastępcy dyrektora przyniesie jakieś zmiany w zachowaniu profesora z obrony przed czarną magią.
Tego ranka usiadła na swoim łóżku i wyglądając za okno stwierdziła, że dzień będzie okropny. Za oknem było szaro i zmniejszyła się widoczność przez lejący się z nieba strumieniami deszcz. Było jeszcze bardzo wcześnie, niedługo po świcie, ale Scarlet i tak zebrała się i zeszła do pokoju wspólnego, zostawiając w nogach swojego łóżka śpiącego Edo. Zdziwił ją widok całej czwórki Huncwotów siedzącej na sofach przy po raz pierwszy rozpalonym w tym roku szkolnym kominku. Wyglądali jak siedem nieszczęść. James obejmował rękoma podkulone nogi i chował głowę w ramionach – chyba drzemał. Wciąż miał na sobie spodnie od piżamy w zieloną kratę, odcinające się na tle bordowego obicia głębokiego fotela. Peter nie przejmował się jakimikolwiek konwenansami i nawet nie udawał, że po prostu odpoczywa. Spał w najlepsze, zwinięty w kłębek na połowie kanapy. Opatulił się nawet przyniesionym z sypialni kocem i pochrapywał cicho. Mimo swoich pulchnych rozmiarów, był niski, a te dwie cechy się równoważyły, więc obok niego zmieścił się jeszcze Remus. On na pewno nie spał. Siedział w lekkim rozkroku, pochylony do przodu, podpierając głowę rękoma. Płomień na palenisku rozświetlał jego włosy, tak że wydawały się mieć barwę złota. Wydawało jej się, że patrzy w ogień, ale ona i tak wiedziała, że jego wzrok znów gdzieś uciekł, razem z uwagą. Syriusz zajmował mniejszą sofę, wyciągając na niej nogi, wygodnie rozparty w objęciach oparcia. Odchylał głowę do tyłu. Na jego szyi odznaczały się wszystkie napięte mięśnie. Scarlet poczuła nagły przypływ uczucia. Może jej się tylko wydawało, ale chyba przegapiła moment, kiedy Łapa z chłopca stał się młodym mężczyzną. Wiedziała, że jeszcze wiele przed nim, ale daleko mu było do krzywizn i dysharmonii nastolatka.
Zeszła po schodach, stąpając na tyle cicho, żeby jej nie usłyszeli. Chciała wyjść z salonu i przejść się jeszcze po zamku przed śniadaniem. Było to trudne w zupełnej ciszy i w dużym pomieszczeniu, więc prędzej czy później Black odwrócił głowę i posłał jej dziwnie melancholijny uśmiech. Zatrzymała się, jak dziecko przyłapane na czymś, czego robić nie powinno i doskonale o tym wiedziało.
- Dzień dobry, słoneczko...! – rzucił na tyle głośno, żeby przywrócić do rzeczywistości Lunatyka, rozbudzić Rogacza i sprawić, żeby Glizdogon przestał chrapać.
- Cześć, Syriusz... Cześć chłopaki... – rzuciła, zlękniona, powoli się do nich zbliżając. Bała się jakichś wyskakujących z mebli skrzatów obsypujących ją prezentami, czy dywanów śpiewających „Sto lat”.
- Cześć Scarlet... – Lupin rzucił to powitanie bardziej w kierunku gzymsu na kominku, ale i tak dobrze, że się odezwał, a nie tylko skinął głową, jak to ostatnio miał w zwyczaju.
- Hej, ranna ptaszyno...! – słowa Pottera zniknęły trochę w szerokim ziewnięciu, ale ospałość nie przeszkodziła mu w uniknięciu rzuconej w niego przez Green poduszki. Złapał ją w locie i uderzył mocno wciąż śpiącego Petera, który mruknął coś co przypominało trochę „dźyń bry” i znów zapadł w głęboki sen.
- Nie nazywaj mnie tak! – burknęła, patrząc na Rogacza z wyrzutem. Od kiedy przeobraziła się na tym szkoleniu, James często jej z tego powodu dokuczał Ostatnimi czasy wyjątkowo namiętnie, może dlatego, że Lily była zajęta i głupio mu było podrywać dziewczynę, która miała chłopaka. Wszystkim było go żal, ale nikt się do tego nie przyznał, chociaż widzieli jak szklą mu się oczy , gdy patrzył na rudowłosą w ramionach Waltera, widocznie szczęśliwą. Łatwiej było sobie wmówić, że to tylko refleks światła w okularach.
Podeszła do kanapy, zajętej przez Blacka, trochę zdziwiona, że jeszcze nic jej nie zaatakowało. Jej chłopak złapał ją w pół i ściągnął między swoje nogi, całując bardziej namiętnie, niż na zwykłe powitanie. Potem ignorując jej pytające spojrzenie, objął ją mocno jedną ręką, drugą wciągnął jej nogi na kanapę i dostawił swoją, żeby mogła się wygodnie oprzeć o jego pierś. Ona zarumieniła się lekko, czując otaczające ją jego ciepło i przypominając sobie to, co myślała jeszcze na schodach.
Musnął ustami jej obojczyk.
- Wszystkiego najlepszego z okazji szesnastych urodzin, moja piękna! – rzucił z uśmiechem, dmuchając w jej włosy.
- Wszystkiego dobrego, więcej fanów, bardziej rozebranych sesji, a nie to życzenie dla Łapy... – James uchylił się przed kolejną poduszką, którą tym razem Syriusz wyciągnął spod swoich pleców i posłał w jego stronę. – Mniej wypadających piór, pomyślnych lotów i trochę spokoju...
- Od was w szczególności... – uśmiechnęła się złośliwie. – Dzięki Rogacz, jakbym nie była unieruchomiona, bym cię uściskała za to, że nie rzuciłeś na mnie żadnego zaklęcia, żeby mnie uszczęśliwić.
- Wszystkiego najlepszego, Scarlet! – rzucił zdawkowo Lunatyk, uśmiechając się do niej lekko, po czym znów odwrócił wzrok. Green zmarszczyła czoło, wtulając się w tors Syriusza i próbując rozwikłać tą nową zagadkę. Na szczęście, nie zauważyła zaniepokojonych spojrzeń, jakie wymienili Łapa i Potter.
- Glizdek złoży ci życzenia jak się obudzi... A prezenty dostaniesz wieczorem, na zaplanowanej imprezce. – mruknął Black, gładząc jej bok.
- Jest planowana impreza, a wy wszyscy tacy zmarnowani... Co się stało? – jej spojrzenie prześlizgnęło się po wszystkich Huncwotach.
- Możemy ci powiedzieć... – westchnął James. – Od dawna planowaliśmy zrobić ci niespodziankę na urodziny, wszystko już było gotowe i dziś w nocy mieliśmy to porozmieszczać i w ogóle...
- Ale złapała nas na tym McGonnagal. – kontynuował za niego Syriusz. - Powiedziała, że wyjątkowo nie da nam szlabanu, bo zna nasze motywy, ale odjęła za każdego po 15 punktów i kazała pozdejmować wszystko, co już zrobiliśmy. Potem skonfiskowała to i odesłała nas do salonu.
- A więc jesteście źli, bo nie wyszedł wam genialny plan zmaltretowania mnie w moje urodziny i na dodatek nie dano wam się wyspać. – rzuciła sarkastycznie. Właściwie to cieszyła się, że tak wyszło, bo nie chciała rozdmuchiwania tego dnia na całą szkołę i wszystkich uczniów. Naprawdę lubiła spokój, którego miała tak mało, przyjaźniąc się z Huncwotami. Zapamiętała sobie, żeby podziękować dziś po lekcji opiekunce Gryffindoru za to, jak skutecznie uratowała ją przed chodzeniem cały dzień w bajecznie kolorowej sukience, diademie księżniczki, czy napotkaniem czegokolwiek równie mało przyjemnego.
- No... Taaaak... – James wyszczerzył do niej zęby, a ona westchnęła ciężko. Ich nie dało się zmienić.

Było już po pierwszej lekcji, a Scarlet wciąż nie potrafiła pozbyć się uczucia, że wszyscy o niej mówią. Poprawka: wszystkie dziewczyny. Wychodząc z łazienki na pierwszym piętrze, spotkała dwie Ślizgonki z czwartego roku, które na jej widok pochyliły ku sobie głowy, zaczęły o czymś gorączkowo szeptać po czym wybuchły złośliwym śmiechem. Wróciła się, żeby przejrzeć się w lustrze, ale to tylko wywołało nasilenie obgadywania jej, więc szybkim krokiem podążyła do klasy opieki nad magicznymi stworzeniami. Po drodze napotkała grupę Ślizgonek dowodzoną przez siostry Black. Od kiedy w ubiegłym roku chłopak Bellatrix skończył Hogwart, dawniej siejąca postrach nawet w Slytherynie grupa rozpadła się na dwie: męską, w której przewodził młodszy kolega Lestrenge’a i do której należał Severus Snape i Regulus Black; oraz damską. Narcyza zmierzyła ją chłodnym spojrzeniem, a Bella uśmiechnęła się ironicznie.
- Kogo my tu mamy...? – zaczęła, ale Scarlet jej przerwała.
- Przykro mi, słyszałam ten standartowy tekst już kilka razy, i chyba mam dość. Spieszę się, przepraszam. – próbowała wyminąć dziewczyny, ale one, jak na niemy rozkaz czarnowłosej zastąpiły jej drogę. Green zacisnęła dłoń na ukrytej w kieszeni szaty różdżce, czując jak palce ślizgają jej się po gładkim drewnie. Zrobiło jej się gorąco, bo ta sytuacja niebezpiecznie przypominała ubiegły grudzień, kiedy skończyła w Skrzydle Szpitalnym i wciąż była dręczona od czasu do czasu koszmarami. Ukrywała ten fakt przed przyjaciółmi, nie chcąc ich martwić. Napady złych snów nasiliły się od kiedy Lily zeszła się z Walterem, wiec nawet jeśli rudowłosa cokolwiek zauważyła, to nic nie mówiła. W ogóle nie odzywała się do Green.
- Zrobiłaś się bezczelna. Czyżby trzymanie w garści Blacka i Pottera uderzyło ci do głowy? Albo te gierki z fotografem? – rzuciła Narcyza mierząc ją spojrzeniem pełnym obrzydzenia.
- Ach, Cyziu...! Mylisz się całkowicie. To był przecież wypadek przy pracy... – czarnowłosa zmierzyła Scarlet wyniosłym spojrzeniem, tryumfując w wybuchu śmiechu swoich koleżanek.
- O czym wy mówicie...? – Scarlet udawała, że się nie denerwuje. Ale aktualnie lęk o własne bezpieczeństwo zastąpiła złość. Który z chłopaków rozpowiadał takie rzeczy?!
- No, bo ten twój fotograf płaszczył się przed moim kuzynkiem, a ten kretyn mu uwierzył... – Narcyza nigdy wcześniej tak dużo nie mówiła.
W głowie Green w końcu zaskoczył odpowiedni trybik. W końcu zrozumiała dlaczego Syriusz nie boczył się na nią po tym wszystkim. Odwróciła się na pięcie i biegiem ruszyła inną, dużo dłuższą drogą. Chciała jeszcze złapać Łapę i z nim pogadać, zanim zacznie się lekcja, ona będzie musiała iść na zajęcia ze starożytnych run, a on zaszyje się z chłopakami w bibliotece, mając okienko. Zignorowała komentarze rzucane za nią przez Ślizgonki, chociaż tak naprawdę ich nie dosłyszała. Musiała wyciągnąć od Łapy cały przebieg tej rozmowy. Na trzecim piętrze z rozpędu prawie wpadła na otwierające się drzwi do gabinetu profesora Marvella.
- Stój, Green. Gdzie tak pędzisz?! Jeszcze kogoś potrącisz biegając po korytarzach... – mężczyzna patrzył na nią z góry, jak pochylona łapie oddech.
- Śpieszy mi się na lekcję, panie profesorze. – ostatnie dwa słowa wycedziła przez zęby, zmuszając się, by zabrzmieć neutralnie. Była przekonana, że umyślnie próbował ją trafić tymi drzwiami.
- Na opiekę nad magicznymi stworzeniami? – gdy przytaknęła, zmarszczył czoło. - To nie czytałaś informacji na tablicy w twoim pokoju wspólnym? Profesor Kettleburn odwołał dzisiaj wszystkie zajęcia. Miał jakiś problem z pewnym słodkim i niegroźnym stworzeniem. – dodał, nie kryjąc sarkazmu i uśmiechając się kpiąco. Scarlet dziwiło to, z jakim brakiem szacunku ten nauczyciel odnosił się do wszystkich. Ale chyba z wzajemnością, bo nie był lubiany przez grono pedagogiczne. Zawsze siedział na uboczu podczas posiłków i z nikim nie gawędził. Zanim zdołała go przeprosić i powiedzieć, że i tak musi coś załatwić, on oparł się o drzwi i wykonał gest, który kojarzył jej się tylko z zaproszeniem. – W takim razie zapraszam panią na herbatę, panno Green. – te słowa w brzmieniu dalekie były od swojego znaczenia. To był czysty jak woda i nie dający się błędnie zrozumieć rozkaz.
Zacisnęła ręce w pieści i z dumnie uniesioną głową minęła go w progu. Usiadła na wskazanym przez niego bez słowa krześle, które było dużo bardziej wygodne, niż się spodziewała. Patrzyła w milczeniu, jak nalewa wody do metalowego czajnika i wiesza go na specjalnym haczyku nad ogniem w kominku. Rozejrzała się po gabinecie. Był trochę bezpłciowy. Pod jedną ze ścian było mnóstwo półek z książkami, na parapecie stały kolejne stosiki. W kącie stało radio podobne do tego, którym szczycił się Syriusz. Marvell wyciągnął z szafki koło kominka część zastawy i postawił ją na stoliku pod ścianą. Nie umknęło jej uwadze, że nie był to komplet. Każde naczynie było zupełnie inne, podejrzewała, że nawet nie ma filiżanki i talerzyka do kompletu. Na gzymsie kominka leżała ramka, odwrócona zdjęciem, bądź obrazkiem do dołu.
- Co tym razem zrobiłam, panie profesorze? Czy za bieganie po korytarzu ma pan zamiar dać mi szlaban? – złość ukształtowała się w jej strunach głosowych i wydostała, zanim zdążyła ugryźć się w język.
- Nie. Ale za bezczelność mogę. – posłał jej lekki uśmiech z ponad filiżanek, do których wsypywał herbatę. Jedna miała kolor palonej gliny, głęboko brązowy i pokryta była zielonym wzorkiem, druga natomiast, mniejsza i z ładniejszym, z mniej topornym uszkiem, zrobiona była z błękitnej porcelany. Green, po szkole swojej matki, nienawidziła fusów w herbacie, ale nie chciała juz nic więcej mówić, żeby nie pogorszyć swojej sytuacji i nie nabawić się kary. Poza tym zwykle pijała herbaty smakowe i ich nie słodziła. – Słodzisz? – zapytał, ściskając w ręku ładną, starą cukiernicę.
- Tak. – odparła, gdy postawił na biurku obie filiżanki, przed nią tą niebieską. Zdjął jednym ruchem różdżki czajnik z ognia i zalał wrzątkiem zawartość naczyń. Odstawił go na przygotowane miejsce i wsypał sobie cztery łyżeczki cukru. Scarlet otworzyła szeroko oczy i wzięła do ręki podsuniętą przez niego cukiernicę. Nabrała jedną czubatą łyżkę. Zwykłej herbacie, w szczególności nie parzonej w dzbanku, musiała dodać trochę innego smaku. Patrząc jak cukier wzburza suszone liście, które już zabarwiły wodę na ładny, brązowy kolor, wsypała drugą i trzecią. Zawahała się lekko, ale w końcu w filiżance wylądowała i czwarta. Zaczęła energicznie mieszać. Dopiero teraz spojrzała na nauczyciela. Przyglądał się jej, z uśmiechem błądzącym po twarzy, ale gdy napotkał jej ciemne oczy, przeniósł wzrok na bliżej nieokreślony punkt na biurku.
- Chciałem z panią o porozmawiać, o pani stosunkach z uczennicami domu Salazara Slytherina... – zaczął sztucznie formalnym tonem.
- Panie profesorze, to one zwykle się do mnie o coś przyczepiają. – przerwała mu, odsuwając dłoń od filiżanki. Napój był zdecydowanie za ciepły, żeby go jeszcze pić.
- Domyśliłem się tego. Ale pani nie pozostaje im dłużna, gdy przyjdzie do konfrontacji. – zmierzył ją karcącym wzrokiem, lecz ona tylko odwróciła głowę, ignorując go. – Tym razem nie chodzi mi o pouczanie, tylko zasięgniecie języka, co do plotek jakie krążą po szkole. – zerknął na chwilę na stosik papierów leżących na stoliku, obok czajnika. Spojrzał ponownie na nią. – Pani Bellatrix Black, jej siostra i ich koleżanki rozpuszczają po szkole bardzo niepochlebne zdanie o pani. Popierają swoją kampanię również ulotkami, które swoja drogą są beznadziejnym pokazem żałosnych umiejętności stosowania zaklęć transmutujących. – wypił łyk, więc Scarlet stwierdziła, że zrobi to samo, chcąc zapobiec powiedzeniu czegoś za dużo i przemyśleniu jego wypowiedzi.
- Czego więc pan, panie profesorze, ode mnie oczekuje...? – zapytała po długim myśleniu.
- Chciałem ostrzec i ewentualnie poradzić się w sprawie adekwatnej kary dla nich, jeśli przyłapie je na gorącym uczynku. Kary, która mogłaby uciąć na dłużej ten teatrzyk. – popatrzył na nią z uśmiechem, widocznie rozbawiony tym, jak zamarła z naczyniem w połowie drogi do uchylonych ust, wpatrzona w niego jak cielę w malowane wrota. Albo, mówiąc mniej jak mugol, jak gnom w kociołek.

Scarlet wyszła od profesora Marvella bardziej niż skołowana. On wypił aż dwie filiżanki herbaty, głównie jej słuchając, a ona skusiła się na szarlotkę, którą jej zaproponował. Rozmawiali o Ślizgonach, kłótniach między domami, trochę o obsesji czystej krwi i wielu innych rzeczach. Tak zleciały jej dwie lekcje. Teraz musiała złapać profesor McGonnagal i dać jej usprawiedliwienie za nieobecność na runach, które profesor Marvell wcisnął jej właściwie na siłę. Nie chciała go przyjąć, bo bała się komentarzy wicedyrektor, na temat tego, że znów podpadła nauczycielowi od obrony przed czarną magią. Dotarła do marmurowych schodów, wciąż próbując zrozumieć dlaczego Marvell był tak dziwny i zachowywał się tak skrajnie.
- Nic nie rozumiesz, ty ogarnięty obsesją dzieciaku! – ten krzyk wyrwał ją z zamyślenia. Poznała ten głos, więc skryła się za węgłem, tak by mimo wszystko obserwować sytuację. Syriusz trzymał czarnowłosego Ślizgona z czwartego roku za szalik, którego twarzy Green nie dostrzegała i powstrzymywał go przed wspięciem się wyżej na schody.
- To ty nic nie rozumiesz, braciszku... – odparł chłopak, nie odwracając się nawet. – Rodzice się tak starali, żebyś był dobrym czarodziejem. A ty im się tak odwdzięczasz... Najpierw poszedłeś do tego domu dla szlam, potem zaprzyjaźniłeś się z Potterem i tym brudnym Lupinem. Wiesz, jak ciężko mi było słuchać, jak kłóciłeś się z matką, że wiesz lepiej...? Potem ten feralny wieczór, gdy uciekłeś i teraz ta nic nie warta dziewczyna... Wciąż trzymasz z tymi kretynami, puszysz się jak nie wiadomo kto, a jesteś po prostu wyrzutkiem. Wiesz, jak ciężko jest mieć brata zdrajcę?! – ostatnie słowa prawie wykrzyczał. Cała ta krótka przemowa przepełniona była wyrzutami i pretensjami.
- Nie wiem, kto tu nic nie rozumie, ale jeśli miałbym obstawiać, to raczej ty. – Łapa złapał go za ramię, wchodząc na kilka brakujących stopni. – Mnie możesz kląć do woli, ale nie obrażaj moich przyjaciół i mojej dziewczyny. Wszyscy są czarodziejami większymi niż ty, szczeniaku... – wycedził przez zęby. – A Scarlet ma czystszą krew niż nasza rodzina...
- Jakby tak było, to by nawet na ciebie nie spojrzała, tylko splunęła ci w twarz. – syknął, widocznie szesnastolatek za mocno zaciskał dłoń na jego ciele. – To jest kolejna brudna, nieprawdziwa czarodziejka, której ojca nikt nie zna i na dodatek nawet z tobą sobie obrzydliwie gra, braciszku...
- Cofnij to, Reg! – warknął, odwracając chłopaka w swoją stronę. Scarlet poznała jego młodszego brata, Regulusa Blacka, ale tożsamości rozmówcy Łapy mogła się domyślić już dawno po tej rozmowie. Młodszy chłopak coraz bardziej upodabniał się do brata, chociaż wciąż był niski, drobny i bardzo chłopięcy, nie dało się ukryć, że jest przystojny. – Cofnij to, albo...!
- Albo co? Uderzysz mnie? Swojego słodkiego, młodszego braciszka...? – zapytał ze złą satysfakcją na twarzy. – Właściwie to nie jesteś już moim bratem, matka wypaliła twoje imię na gobelinie tamtego wieczoru... – wyrwał się z jego uścisku i stanął na stopniu tak, by ich oczy były na równej wysokości. – Dajesz...! Bądź w końcu mężczyzną i walcz jak facet, a nie przekomarzasz się i przechwalasz jak baba. – wyprostował się dumnie.
Syriusz opuścił pięści i pochylił głowę. Zaczął się powoli wycofywać, pozostawiając Regulusa górującego nad sobą.
- Wiedziałem, że cię na to nie stać. Biegnij jak piesek z podkulonym ogonkiem do tej dziewczyny, która wymaga od ciebie tej wiernej służby... – rzucił czwartoklasista, przekonany o swojej wygranej. – Pewnie teraz obściskuje się z tym prefektem, ale na pewno znajdzie dla ciebie czas...
Łapa zareagował szybko. Zamachnął się i uderzył brata w twarz z całej siły. Po czym jak gdyby nigdy nic, jakby Regulus właśnie nie posądził jego przyjaciela i dziewczyny o zdradę, przeskoczył nad szlochającym chłopakiem, próbującym zatamować krwawienie z rozbitej wargi i z nosa, i pobiegł na górę.
Scarlet długo jeszcze stała oparta o zimną ścianę. Miała wrażenie, że zaraz zwymiotuje. A więc to tak wyglądają sprzeczki rodziny, którą nieumyślnie rozbiła i skłóciła do końca. Gruby wąż poczucia winy zaciskał jej się na trzewiach. Z jednej strony żal jej było tego dziecka, które siedziało skulone na schodach, ubrudzonego krwią, która w końcu przestała lecieć, a z drugiej strony przerażała ją świadomość, że jest dumna z Syriusza, że nie bawił się w gierki słowne z tym szczeniakiem. Podjęła w końcu jakąś decyzję. Wepchnęła usprawiedliwienie od profesora Marvella do tylnej kieszeni spodni i obszukała swoje ubranie. Zaciskając dłoń na chłodnym, wrzosowym jedwabiu, za jej przyczyną lekko wilgotnym, podeszła do schodów. Regulus nie uniósł głowy na dźwięk jej kroków. Dopiero gdy przykucnęła na stopniu obok niego, zza mokrych od łez rzęs popatrzyły na nią ciemnoszare oczy oszukanego dziecka. Dotarło do niej, że młodszy Black wciąż podziwiał i kochał brata, ale równocześnie nienawidził go za to, że to za jego sprawą matka kazała mu go nie lubić. Teraz coś w nim pękło. Green nie miała pojęcia co, ale było to chyba zaufanie.
Scarlet bez słowa zaczęła czyścić jego podbródek z krwi wilgotną chusteczką. Nie unikał jej ręki, wpatrując się w nią badawczo, bardziej z ciekawością, niż zdziwieniem. W pewnej chwili wyrwał jej z ręki materiał i przyłożył chłodny, czysty skrawek do pulsującego bólem nosa. Dziewczyna momentalnie wstała i chciała odejść, tą samą drogą, co Syriusz. Złapał ją za skraj szaty, wciąż siedząc na stopniu.
- Co on w tobie widzi? Bo jeśli tylko śliczną twarzyczkę i ciało, to jest gorszy ode mnie... – mówił cichym, zachrypniętym głosem, w tym momencie bardzo przypominającym ton i brzmienie głosu jego starszego brata.
- Kocham go... – odpowiedziała, posyłając mu chłodny uśmiech.
Puścił jej szatę, wstał, otrzepał spodnie i zszedł na dół, nie zaszczycając jej więcej spojrzeniem.


***

Kolejny będzi pewnie jeszcze w te moje ferie, które zaczęły się wczoraj ^^ Postaram się o to...
Lena
komentarze [4]

Rozdział 37 : Krusząca szkło >> wtorek, 11 listopada 2008 20:43:52
Znów długo musieliście czekać, moi drodzy czytelnicy... Ale ten rozdział szedł mi jak po grudzie i mimo tego, że tyle czasu minęło od poprzedniego, jest bardzo krótki. Trochę sie dzieje, angażuję się też w swój drugi blog. Poza tym ostatnio wpadłam w projekt o nazwie skrócie NaNoWriMo. W sumie nie biorę teog na serio, wlczę o satysfakcję... Zainteresowanych odsyłam na www.nanowrimo.org ^^
Dziękuję Wam za wszystkie komentarze i że jeszcze to czytacie ^^
* huncwot girl - "chory na umyśle" to złe określenie... Lepsze jest inne, prostsze: p s y c h o p a t a xP
* takie-male-szczescie - tylko jedno: ile jeszcze mam czekać?!? ^^
* bo-mam-taki-kaprys - powiem ci, że problem polega na tym, że obie są zbyt uparte. Jest jeszcze taki czynnik jak Huncwoci, których Lily nie znosi, a Scarlet uwielbia i tutaj właśnie ich preferencje i oczekiwania się rozchodzą... ^^ Innymi słowy... Jeśli nie wiadomo o co chodzi, to zawsze chodzi o Huncwotów xP Mam nadzieję, że nie zdradziłam tym czegoś, co było jak dotąd wielkią zagadką ^^"

BETA: Mooniak

***

- A jednak udało ci się wyrwać... – Alan posłał jej przyjazny uśmiech, odchylając się dosłownie na moment od ustawianego reflektora.
- Tylko dzięki profesorowi Dumbledore’owi. Trudno się wyrwać ze szlabanu u tego nowego nauczyciela Obrony Przed Czarną Magią. – westchnęła, rzucając torbę na podłogę obok drzwi.
- Poczekaj, zaraz ci wyjaśnię, co dziś będziemy robić. – mężczyzna zwinnie wskoczył na wieżę z pudeł, która zachybotała się niebezpiecznie.
Balansował przez dłuższą chwilę, ale w końcu utrzymał równowagę i zabrał się za poprawianie najwyżej zawieszonego reflektora. Scarlet zawsze zastanawiała się, dlaczego nie używa czarów do dokładnego rozmieszczenia całego sprzętu. Tak przecież byłoby o wiele prościej. Kiedyś go o to zapytała. Powiedział wtedy, że żadne zaklęcie nie jest tak precyzyjne jak jego ręce, a wrodzony perfekcjonizm nie pozwala mu stosować rzeczy przynoszących gorsze rezultaty. Dziewczynę w wakacje bardzo zaczęła interesować fotografią. Była zdecydowanie szybsza niż rysowanie, a potrafiła dać równie ciekawe efekty. Miała okazję oglądać i uczestniczyć czynnie w procesie wywoływania zdjęć. Potem stwierdziła, że musiała być bardzo męczącą pomocnicą, ponieważ więcej zadawała pytań „Dlaczego...?” niż ułatwiała Alanowi pracę. Ale te dni spędzone w ciemni zasiały w jej umyśle ziarenko zainteresowania. Od tamtej pory na każdej sesji dopytywała się fotografa o wszystkie szczegóły, przy okazji łapczywie ucząc się teorii.
Mężczyzna równie gładko zeskoczył z pudeł i podszedł do niej, lekko się uśmiechając.
- Usiądź przy lustrze... – zaprosił ją szerokim gestem ręki i podążył za nią.
Przycupnęła na taborecie i pozwoliła mu rozczesywać swoje włosy.
- Dziś będzie bez farbowania i skomplikowanego układania. – rzucił, łapiąc w odbiciu w lustrze jej delikatnie pytające spojrzenie. – Pamiętasz, że dziś robimy materiał do reklamy szat Madame Malkin. Nie możesz przyciągać uwagi odbiorcy swoim wyglądem, masz pokazać strój.
- Czasem się zastanawiam ile takie „pokazanie” kosztuje... – mruknęła, dotykając srebrnej bransoletki, którą kupiła sobie w wakacje za własne pieniądze. Należy dodać, że nie był to tani zakup.
- Ludzie za wykorzystanie piękna na własny użytek potrafią zapłacić majątek. – Alan uśmiechnął się, sięgając do kufra, w którym zwykle transportował ubrania.
Scarlet podziwiała go za wszechstronność. Bo młody mężczyzna był w stanie zająć się wszystkim. Sam rozstawiał plan, fotografował, malował ją, czesał, planował sesję, chociaż scenariusz musiał dać Rebece do poprawienia i zatwierdzenia, wszystko było w jego rękach. Na sesjach pojawiali się inni ludzie wtedy, gdy odbywały się one w plenerze, albo poza jego studiem, czy, jak w tym przypadku, w udostępnionej przez dyrektora Hogwartu klasie. Kiedy pod koniec sierpnia matka dziewczyny zaprosiła go na obiad, został przez nią wykorzystany do naprawienia cieknącego kranu, z czym poradził sobie równie dobrze jak ze wszystkim innym co robił.
- Przebierz się, a potem dokończę cię malować. – podał jej pierwszą szatę i odprowadził za parawan.
Przebierając się, słyszała jak krząta się po pomieszczeniu poprawiając ostatnie usterki i błędy, które wkradły się pod jego nieuwagę. Tak jak się spodziewała, gdy usiadła z powrotem na taborecie, na stoliczku przed lustrem stały symetrycznie porozkładane kosmetyki. Zamknęła oczy. Nie przeszkadzało jej to, że nie widzi nic wokół. Dotyk delikatnych pędzelków w sprawnych dłoniach fotografa zawsze ją w pewien sposób uspokajał.
- Za co dostałaś taką drakońską karę, co? – zapytał zaciekawiony, ale to dociekliwe pytanie jej nie zraziło. Przyzwyczaiła się, że może z nim rozmawiać o wszystkim. Przynajmniej to ich do siebie zbliżyło i ułatwiło wspólną pracę. Co prawda istniała bariera wieku, lecz Scarlet czasem łapała się na tym, że traktuje Alana jak starszego brata. – Bo chyba musiałaś zrobić coś strasznego, że od tygodnia siedzisz w gabinecie nauczyciela, przepisując zdania i piszesz wypracowania po nocach...
- Użyłam zaklęcia tarczy w trakcie obiadu. – odparła, wzdychając ciężko.
- Za moich czasów bitwy na jedzenie nie były aż tak zajadłe... – zażartował, nakładając na jej policzki puder. – Pewnie kłótnia ze Ślizgonami, prawda?
- Tak. Ostatnio znowu się zaostrzyło. I znajdą się bezczelni, których nie obchodzi obecność nauczyciela... – westchnęła, na wspomnienie tamtego popołudnia. – Natomiast nauczyciele tacy jak profesor Marvell nie znają pojęcia „Obrona własna”, uważając, że odpowiedź na atak jest uczestnictwem w bójce...
- Profesor Marvell? – Alan na chwilę przestał łaskotać jej powieki gąbeczką do nakładania cienia.
- Nowy nauczyciel, o ironio, Obrony Przed Czarną Magią. – odpowiedziała, mimowolnie zaciskając ręce na szacie. Nie wierzyła, że kiedykolwiek polubi tego nauczyciela, który już od pierwszych chwil zaczął uważnie obserwować ją i jej przyjaciół, i to wcale nie z sympatii.
- Marvell... – Scarlet otworzyła oczy, zaniepokojona dłuższą bezczynnością fotografa. Mężczyzna patrzył w przestrzeń, pogrążony we własnych myślach tak bardzo, że zapomniał o tym, co akurat robił. Nagle przeniósł wzrok na dziewczynę. – Ian Marvell?
- Tak... – jasnowłosa przygryzła wargę, węsząc w tym wszystkim coś więcej. – Znasz go...
- Nie...! – Alan odpowiedział zbyt szybko i był zbyt zmieszany, żeby uwierzyła. – Po prostu to nazwisko obiło mi się dawno temu o uszy.
Nie dociekała, pomimo tego, że bardzo ją zaciekawił.
- Niedługo masz urodziny, prawda? – to, że zmienił temat potwierdziło jej przypuszczenia, że za tym wszystkim kryje się jakaś tajemnica.
- Jeśli niedługo to trzy tygodnie, to tak. Dlaczego pytasz?
- Bo twoja mama kazała mi przekazać prezent dla ciebie... – odpowiedział, bardzo niepewnym tonem. Nie zdążył w porę ugryźć się w język, gdy zrozumiał swój błąd.
Co Rebeca sobie myślała? Przecież było jeszcze tyle czasu! Scarlet poczuła nieuzasadniony lęk, objawiający się gwałtownym zaciśnięciem przełyku.
- Chcesz go dostać teraz? – zapytał, dosyć głupio, próbując naprawić to, co zepsuł. Nie widział strachu swojej modelki.
Jasnowłosa rozważyła dokładnie wszystkie możliwości. Nie rozumiała zamiarów swojej matki w tym, że kazała Alanowi przekazać prezent dużo wcześniej. Mogła jedynie mieć złe przeczucia. I takie miała. Znowu zmartwił ją nikły kontakt z rodzicielką w trakcie roku szkolnego, chociaż zdążyła się już do niego przyzwyczaić. Rebeca Green była poza tym zapobiegliwa. To nie wróżyło nic dobrego. Dziewczyna postanowiła przyjąć i rozpakować prezent teraz, żeby mieć pewność, że jej podziękowania dotrą do matki. Czekając aż fotograf znajdzie pudełko, pomyślała, jak bardzo irracjonalny i bezpodstawny jest jej strach. Co prawda świat czarodziei przechodził bardzo trudne czasy i nikt nie mógł się czuć w pełni bezpieczny, ale Rebeca nie mieszała się w konflikty.
- Proszę... Przekazane mi z najlepszymi życzeniami urodzinowymi... – podał jej pudło, opakowane w błękitny papier w syrenki z mugolskich bajek, obwiązane grantową wstążką z pokaźną kokardą.
Wzięła spomiędzy kosmetyków swoją różdżkę i dotknęła jej końcem supła i taśmy trzymającej papier, szepcząc cicho odpowiednie zaklęcia. Kokarda gładko rozwiązała się i spoczęła na podłodze obok jej stóp. Papier podążył zaraz za nią. Scarlet sapnęła. Teraz była pewna, że Rebeca i Alan dużo o niej rozmawiają. Fotograf musiał wspomnieć matce o jej rosnącym zainteresowaniu robieniem zdjęć. Doskonale świadczył o tym dobry aparat fotograficzny leżący wraz z lampą błyskową na jej kolanach.
- Potem go wypróbujesz, mogę nawet pokazać ci jakieś funkcje, ale na razie zapraszam na plan. – uśmiechnął się widząc radość i pragnienie jak najszybszego zaczęcia eksperymentów na podarunku.
Posłusznie wstała z taboretu i odłożyła aparat na bezpieczne miejsce. Idąc w stronę przygotowanej przez Alana planszy nie mogła się powstrzymać, żeby przynajmniej dwa razy nie obejrzeć się na to cacko. Być może nie był to bardzo dobry i bardzo profesjonalny sprzęt, ale dla niej liczyło się to, że robi zdjęcia i że jest jej. Jej własny!
Sesja niesamowicie jej się dłużyła. Tym razem miała do włożenia kilkanaście szat, bo jak się jeszcze dowiedziała, te zdjęcia miały trafić do katalogu. Była rozkojarzona i nie do końca potrafiła się dostosować do poleceń mężczyzny, co jeszcze przedłużyło jej pracę.
Idąc z przebieralni, w swoich ciuchach nie zwracała uwagi na to, jak idzie. Myślała tylko o tym, żeby znaleźć jeszcze chwilę na nacieszenie się swoim prezentem. Potrąciła lekko konstrukcję z kartonów, która zachwiała się niebezpiecznie. Jedyne co poczuła, to szarpnięcie i wrażenie, że na coś wpadła. Słyszała głośny, przypominający dźwięki spadającej lawiny, huk. Potem zapadła cisza.
- Nic ci nie jest? – zorientowała się, że ktoś ją mocno do siebie przyciska i przez cały czas ją osłaniał przed spadającym sprzętem. Alan oddychał głęboko, pod wpływem emocji.
- Chyba... Chyba nie... – odparła, próbując otrząsnąć się z szoku.
Drzwi do klasy otworzyły się nagle.
- Przepraszam Scarlet, że ci przeszkadzam w pracy, ale profesor Marvell prosił, żebyś natychmiast po skończeniu przyszła do jego gabi... – Syriusz umilkł z ręką na klamce.
Jasnowłosa nie pamiętała, kiedy znalazła się na klęczkach, ale podejrzewała, że obserwacja wykrzywiającej się w złości twarzy chłopaka, nie byłaby łatwiejsza nawet gdyby stała. Black odchrząknął i zatrzasnął za sobą drzwi. Na korytarzu rozległy się jego szybkie kroki, które niemal natychmiast przeszły w bieg. Włosy Alana łaskotały ją w ucho. Dziewczyna wyprostowała gwałtownie ręce i odepchnęła od siebie mężczyznę. Na tyle szybko, na ile pozwalała jej godna pożałowania kondycja wypadła za Łapą i pognała w kierunku, w którym miała wrażenie, że pobiegł. Oczywiście szybko zgubiła trop i zabrakło jej pomysłów. Poza tym dały o sobie znać zmaltretowane płuca, których pojemność nie nadążała za wysiłkiem, jaki im zafundowała. W rezultacie oparła się o parapet w ślepym zaułku na korytarzu czwartego piętra, znajdującym się w zupełnie innej części zamku niż klasa, w której pracowali.
Czy wszystko musiało się jej rozpadać w palcach?! Dla niej cały jej świat był jak porcelana, na którą nieuważnie nadepnęła – kruszył się i zmieniał w proch...


- Do zobaczenia jutro, panno Green. – profesor Marvell jak zawsze wymówił jej nazwisko dziwnym tonem. Jakby czuł do niej wstręt.
Odpowiedziała mu pod nosem niemrawe „Dobranoc.”, tak żeby nie posądził jej o niegrzeczność, ale nie włożyła w to entuzjazmu. Właściwie w taki sam sposób mogła powiedzieć „Nienawidzę cię.”.
Przez to, że spóźniła się znacznie na przedostatni, umówiony szlaban, został on przedłużony dwukrotnie. Aktualnie był środek nocy, a ona zapomniała wziąć z klasy, gdzie miała sesję zarówno torbę z rzeczami, jak i prezent od matki. Nic jej się nie chciało. Marzyła tylko o ciepłym łóżku. Nawet przepastny żołądek przestał głośno domagać się kolacji. Nie pamiętała potem, jak trafiła do Pokoju Wspólnego i miała wrażenie, że ukradkiem pomogły jej w tym domowe skrzaty pracujące w Hogwarcie. Inaczej pewnie przysiadłaby pod jakimś posągiem i po prostu zasnęła. Była tak zmęczona, że nie potrafiła martwić się kolejnym nabzdyczeniem się Syriusza. Przeszła przez dziurę pod portretem, ostatkiem sił powstrzymując się przed silnym pragnieniem położenia się na zimnym kamieniu. Po drodze do schodów, oparła się kanapę, trąc oczy i zbierając trochę energii na dotarcie do dormitorium.
- Scarlet...? – poczuła, jak ktoś kładzie jej rękę na ramieniu.
- Co tu robisz... Remusie...? – ziewnęła szeroko, nie połasiwszy się nawet na zasłonięcie ust ręką.
- Czekam na ciebie. – uśmiechnął się lekko, bo przez chwile wyglądała jak mała dziewczynka, która ma za sobą dzień pełen wrażeń. Ale poszarzała twarz świadczyła, że daleko jej już do beztroski dziecka. – Ten twój fotograf złapał mnie dziś na korytarzu i prosił, żebym ci to przekazał. – wskazał na leżące na stoliku rzeczy – jej torbę i nie rozpakowane pudełko z aparatem.
- Skąd wiedział, że ma to ci dać tobie...? – Scarlet jakby trochę oprzytomniała.
- Nie wiem, widocznie zapamiętał mnie, jak kiedyś odprowadzałem cię na sesję. Biorąc pod uwagę jego pracę, musi mieć dobrą pamięć do twarzy. – wzruszył ramionami, zauważając to, że się lekko spięła. Równie dobrze mogło mu się wydawać, ale wierzył, że zna ją na tyle dobrze, by móc wyciągać takie wnioski. Było jeszcze coś... – Prosił mnie też bardzo, żebym ci coś powtórzył...
- Taaak...? – jasnowłosa nieudolnie udała obojętność, podnosząc z trudem rzeczy z blatu. Naprawdę była zbyt wykończona, żeby silić się na wykorzystywanie swoich zdolności aktorskich. Ale Lunatyk i tak prędzej czy później orientował się w jej grze.
- Kazał cię bardzo przeprosić i prosił o to, byś nie wyciągała pochopnych wniosków. – Lupin uważnie obserwował jej reakcję. – Scarlet, nie chciałabyś o czymś porozmawiać?
- A o czym miałabym chcieć akurat z tobą rozmawiać?! – zapytała, chyba zbyt ostro.
Chłopak nie zdążył ukryć skrzywienia odwróceniem głowy. Jasnowłosa poczuła pieczenie pod powiekami. Tylko ona potrafiła tak wszystko psuć. Wykrzesała z siebie rezerwy siły i wbiegła po schodach. W dormitorium, nie rozebrawszy się nawet opadła na łóżko. Nie umiała zyskać zaufania przyjaciółki, jej chłopak myślał, że go zdradza i właśnie zraniła swojego najlepszego przyjaciela. Pięknie. Wprost cudownie. Musiała chyba wydać przyjęcie na cześć swojej bezmyślności i nieudolności w kontaktach z ludźmi.
Tej nocy nękały ją koszmary. Zaczęło się od idiotycznej widomości, że Lily i Syriusz wzięli ślub, a ona dowiedziała się o tym ostatnia. Alan obmawiał ją z jej matką, patrząc na wszystko z oddalenia. Próbowała krzyknąć do nich, że nigdy nie kłamała i że to Alan specjalnie ustawił tak te pudła. Zanim jednak do nich dobiegła, wokół zrobiło się ciemno i ten mrok zaczął być gęsty jak smoła, co utrudniało jej poruszanie się. Nagle Rebeca i fotograf zamienili się w Remusa, który zrobił dokładnie taką samą minę, jak w salonie, zanim wybiegła. Po czym odwrócił się powoli i zaczął odchodzić. Usiłowała krzyczeć, zatrzymać go, poprosić, żeby poczekał, dał sobie cokolwiek wytłumaczyć. Głos zamarł jej w gardle, a on był coraz dalej, w końcu stał się jasną plamką, która też znikła. Dostrzegła, że coś upuścił. Podniosła zawiniątko i wyjęła z niego małe, srebrne lusterko. Została sama w ciemnościach, kurczowo zaciskając dłonie na bibelocie, dopóki nie rozprysł się na migotliwe kawałki, bojąc się ujrzeć odbicie tej dziewczyny, której nikt nie wierzył i nie ufał, bo sama nie potrafiła zaufać.


***

Następnego na razie nie obiecuję... Na pewno będzie, ale nie wiem kiedy, przede mną ciężki okres w szkole, ciężki rozwój fabuły i jeszcze drugi rozdział "Kawałków puzzli" do napisania ^^
Lena
komentarze [3]

Rozdział 36: "Pupilka" >> sobota, 4 października 2008 23:32:36
Tu był długi wywód. Niestety nawet ylog.pl i IE mnie nie kochają, więc go nie ma. Przepraszam, że tyle to trwało. I dziękuję, za to, że we wtorek mija już rok. I że dzięki Wam to ma sens ^^
BETA: Mooniak

***

- Jak miałam ci to powiedzieć? W liście, czy może po prostu ogłosić w gazecie? – Lily stała przed nią z hardą miną, wyprostowana jak struna. – Naprawdę wolałam ci to powiedzieć w cztery oczy...
- Kiedy? Kiedy już cały Hogwart widziałby was chodzących za rękę i rozeszłoby się kilka plotek? – Scarlet próbowała się nie złościć. Ale nie wychodziło jej to kompletnie. Tylko bardziej się nakręcała i aktualnie była wściekła jak wygłodniały wilk. – Lily, to ty wystąpiłaś z tym, żebyśmy już nic więcej przed sobą nie ukrywały... Poza tym, mam rozumieć, że uważasz, że od razu bym to wszystkim rozpowiedziała, tak?
- Może nie wszystkim... – Lily spuściła z tonu, ale tylko odrobinkę. – Na pewno jednak od razu wygadałabyś się tym swoim Huncwotom.
- Lily, co ci się stało?! Po pierwsze: dlaczego tak martwisz się tym, że chłopcy by wiedzieli? Po drugie: jakoś w wakacje, nad morzem ci nie przeszkadzali, więc co cię nagle napadło?
- Walter uważa, że oni sprowadzą mnie na złą drogę, tak jak to zrobili z tobą. Bo przecież gdyby nie oni, nie miałabyś żadnego szlabanu. – Evans straciła siłę na kłótnię, próbując się teraz tłumaczyć.
- „Walter uważa”? – Scarlet zacisnęła mocno zęby, żeby nie wybuchnąć zbyt gwałtownie. – Co on sobie wyobraża?! Krytykować mnie i moich przyjaciół, po tym co zrobił...! Bezczelny! – jasnowłosa zatrzęsła się jak w furii.
- Co zrobił...? – prefekt popatrzyła na przyjaciółkę szeroko otwartymi oczami. Ta uparcie milczała, wiedząc, że właśnie powiedziała za dużo. – Scarlet, co zrobił Walter?
- Lily, nie...
- Powiedz mi, co takiego zrobił Walter. – stanowczość w głosie rudowłosej nie zatuszowała jego drżenia.
- Pamiętasz... – Green westchnęła i zaczęła jeszcze raz. – Pamiętasz to, co mi się przytrafiło w grudniu? Kiedy zostałam zmaltretowana przez te dziewczyny...? – przełknęła ślinę. Wciąż niełatwo było jej o tym wspominać. Najchętniej wymazałaby całe to wydarzenie z pamięci, ale im usilniej próbowała, tym częściej powracało, w coraz to koszmarniejszej formie. Lily zmarszczyła czoło i przytaknęła, więc Scarlet kontynuowała. – Walter z nimi współpracował. Gdyby nie on i jego pozorne chęci do pogodzenia się, to one nigdy by mnie nie dostały...
Evans nagle zbladła, tak, że uwydatniły się jej piegi, przypominające teraz plamy z sosu, który rozprysnął się przed nią, przez jakiegoś nieuważnego kelnera. Parę razy próbował się odezwać, ale kiedy minął pierwszy szok, od razu oblała się rumieńcem wściekłości.
- Jesteś podła. – syknęła. – Próbujesz zniszczyć moje szczęście, bo wytknęłam ci prawdę...
Rudowłosa zamiotła powietrze ciemno-rudymi włosami i wyszła z klasy, trzaskając drzwiami. Scarlet miała wrażenie, że coś obślizgłego wędruje w jej wnętrznościach w górę. Napięła mocno mięśnie twarzy i cofnęła tego obrzydliwego potwora, nazywanego żalem. Musiała jeszcze dziś odebrać od McGonnagal Edo, którego w ostatniej chwili zdecydowała się zostawić w domu. Ale matka wysłała go do niej, jak tylko z tęsknoty za swoją młodą panią zabrał się za blat od stołu w jadalni. W międzyczasie zjadł kilkusetletni arras wiszący na korytarzu na pierwszym piętrze i wiele innych wartościowych rzeczy. Musiał zostać zbadany przez opiekunkę domu, czy nie jest przypadkiem niebezpieczny. Green zastanawiała się ile rzeczy w gabinecie wicedyrektorki zdołał w tym czasie pochłonąć.
Zanim jednak wyszła wyciągnęła różdżkę. Wyszła z sali, zanim huk i dym z roztrzaskanych ławek i krzeseł zdołał ściągnąć Filcha lub jakiegoś profesora.

- Scarlet postaraj się skupić na tym, co w tobie najmniej ludzkie, co łączy cię ze zwierzęciem. Skoncentruj się na tym uczuciu, wspomnieniu, czy marzeniu i spróbuj dać się temu ogarnąć, pochłonąć...
- Wiem. Nie musisz mi tego powtarzać za każdym razem. – prychnęła, mierząc Jamesa poirytowanym spojrzeniem.
- Sorry, myślałem, że to ci coś ułatwi. – odchrząknął, kuląc się trochę w sobie. Jakoś miał już dosyć jej dzisiejszych wybuchów. – Więc, skoncentruj się...
Scarlet odetchnęła głęboko i mocno zacisnęła powieki. Zaczęła poszukiwać w sobie pierwiastka zwierzęcego – emocji, przyzwyczajenia, czy jakiegoś pragnienia. Nie było to łatwe, bo musiała dokładnie przesondować swój własny umysł w poszukiwaniu jednej, drobnej cechy. Jeśli ją znajdzie i dobrze zinterpretuje to zdoła przemienić się w zwierzę. Potem wystarczy tylko zapamiętać to uczucie i wywoływać je za każdym razem, kiedy zechce się przemienić. Niestety znów przed oczami pojawiła jej się twarz Lily na dzisiejszym obiedzie, chichoczącej z dowcipu Waltera, której twarz zmieniła się momentalnie w kamień, gdy ujrzała jasnowłosą. Mimo usilnych prób odegnania od siebie tego obrazu, on uparcie zostawał i podnosił poziom jej zirytowania. Nagle usłyszała głośny trzask.
- Na Merlina! Scarlet! – pełen strachu i podziwu okrzyk kazał jej otworzyć oczy.
Niestety, wrzask Syriusza nie okazał się być reakcją na jej przemianę. Znowu skupienie spowodowało nieświadome skumulowanie mocy magicznej i uwolnienie jej na zewnątrz. Tym razem katedra nauczycielska pękła w połowie, trzymając się w całości jedynie na kilku drzazgach. Trzeba dodać, że w Hogwarcie stanowiska nauczycieli były robione z bardzo odpornego i twardego, dębowego drewna, które miało zapewnić im trwałość.
Chłopcy patrzyli na nią z różnymi wyrazami twarzy. Peter skulił się za Syriuszem, który z niedowierzaniem przyglądał się to jej, to katedrze. James przecierał okulary z zakłopotaną miną, zerkając na nią z ukosa. Remus natomiast jako jedyny nie odrywał od niej wzroku, w którym tliło się zaniepokojenie i troska.
- Co się dziś z tobą dzieje? – zapytał Łapa, przerywając ciszę i podchodząc do niej ostrożnie, jakby zaraz miała zrobić z nim to samo, co z ławkami, teraz smętnie leżącymi w częściach pod jedną ze ścian.
- Nic takiego... – mruknęła, unikając jego objęć.
- Dlaczego nie rozmawiasz z Lily? – rzucił niespodziewanie Lunatyk, naprawiwszy katedrę jednym ruchem różdżki.
- Pokłóciłyśmy się o nią i Waltera. – odpowiedziała przez zaciśnięte zęby.
- I wszystko jasne. – Remus sprawnym ruchem wskoczył na blat i usiadł wygodnie, wlepiając w nią czujne spojrzenie.
Scarlet mimowolnie się wzdrygnęła. Nie lubiła takich momentów, kiedy chłopcy zaczynali przypominać zwierzęta. Jeszcze Syriusz, James i Peter zachowywali przy tym typowo ludzkie akcenty, ale Lupin potrafił się ich zupełnie wyzbyć. I to on, jako jedyny z całej czwórki, nie był animagiem.
- Miałam do niej pretensje, że nie uprzedziła mnie, że są razem. Powiedziałam jej, co mi zrobił w grudniu... – dodała bardzo niepewnie.
- Scarlet... – prefekt zmarszczył czoło, ostrożnie dobierając słowa reprymendy. – Nie powinnaś tego robić... – zaczął łagodnie.
- Wiem! – przerwała mu, ale zaraz się opanowała i powtórzyła. – Wiem... Nie wiem, co mną kierowało...
- Zazdrość...? – wtrącił Black, przyglądający się całej rozmowie bacznie.
- Odłóżmy tę rozmowę na później. – Lunatyk zeskoczył z katedry, chcąc na chwilę odwrócić ich uwagę i spróbować dalej zająć ich treningiem dziewczyny. Ale jasnowłosa już zdążyła się zjeżyć i nawet nie zauważyła, że Remus się do niej zbliżył.
- Niby o co miałabym być zazdrosna? – wysunęła głowę do przodu, jak gotowy do ataku drapieżnik.
- Walter tyle czasu cię wielbił, a teraz nagle zdecydował, że woli twoją przyjaciółkę, która bez wahania zgodziła się z nim chodzić... – odparł Łapa, z typową dla niego nonszalancją.
Dziewczyna bez wahania wyciągnęła z pod szaty różdżkę. Ona nie miała zamiaru marnować słów na tego ogromnego kretyna.
- Syriusz...! – James złapał przyjaciela za rękaw na łokciu, ale ten wyszarpnął mu materiał z pomiędzy palców, wyjmując zamaszystym ruchem własną różdżkę.
Remus widząc co się święci odetchnął głęboko. Był pewien, że nie nakłoni ich do schowania różdżek, bo wszystko potoczyło się za daleko. A żadne z nich nie miało w zwyczaju tłumić złości, nawet jeśli miało tego później żałować. Zależało im tylko na tym, żeby się wyładować i niech się dzieje co chce. Pamiętał działania Scarlet, kiedy wpadała w zimną furię, tak jak teraz. Niesamowicie precyzyjne, dokładne i potężne zaklęcia, których na codzień nie rzuciłaby na takim poziomie. Nieoczekiwanie zaświtał mu w głowie pewien pomysł.
- Scarlet! – złapał ją mocno za ramię, nie zastanawiając się, czy jej to nie zaboli. - Pomyśl o przemianie!
Green oderwała wzrok od Łapy i spojrzała zaskoczona na Remusa. Nie zdążyła się jednak odezwać, bo zasiane przez niego ziarenko zaczęło kiełkować. Zamknęła oczy i skuliła się. Lupin puścił ją i odsunął się na najbezpieczniejszą odległość. Poczuła ciepło rozchodzące się po całym ciele i mrowienie wzdłuż kręgosłupa i na wysokości łopatek. Próbowała otworzyć oczy, ale kiedy uniosła powieki ukazał jej się rozmazany obraz, o większej ilości barw niż mieć powinien i nieustannie zmieniający ostrość. Zlękła się tego co się z nią dzieje, zapominając o złości. Naraz wszystko ustało. Cisza w klasie wibrowała nieznośnym napięciem.
Nagle ktoś parsknął śmiechem. W jego ślady poszła pozostała trójka. Scarlet zdecydowała się otworzyć oczy i odjąć ręce od kolan, które objęła, przyjmując pozycję embrionalną. Odniosła wrażenie, że dotychczas jej mundurek nie miał tylu odcieni czerni. Mundurek...?! Popatrzyła na swoje dłonie. Poza tym, że widziała dokładnie linie papilarne na opuszkach palców, to były to jak najbardziej ludzkie kończyny. Powoli wstała. Wciąż chichoczący Lupin chciał ją podtrzymać, ale odtrąciła jego rękę, która wydała jej się bardziej zniszczona niż zwykle. A może po prostu wcześniej nie dostrzegała tych bruzd na jego skórze... Gdy wyprostowała plecy, ze zdziwieniem stwierdziła, że spostrzegła w rogu, pod wysokim sufitem, pajęczynę, pracowicie tkaną przez malutkiego pajączka.
- Coś nie tak, Scarlet? – zapytał Potter, zauważywszy pewnie jak przygryza w konsternacji wargę.
Przeniosła wzrok na niego, mrużąc oczy. Doprawdy, nigdy się nie spodziewała, że na okularach osadza się tyle paproszków. Tak bardzo ją to zafrasowało, że nie odnotowała, że Rogacz cofnął się lekko wystraszony o dwa kroki, wpadając na ścianę. Zareagowała, dopiero kiedy Lunatyk delikatnie dotknął wierzchu jej dłoni. Znów jej spojrzenie wywołało niezrozumiałą dla niej reakcję – Remus z trudem zatuszował dreszcz.
- Coś nie tak? – zapytała nieśmiało.
- Chodź. – Lupin wziął ją za rękę i poprowadził w stronę zasłoniętego materiałem lustra, przyniesionego tu dziś przez chłopców. Wciąż patrząc na jej twarz jakby z lękiem, ściągnął płachtę.
W ułamku sekundy zobaczyła wszystko. I swoje oczy pozbawione białka, czarne i błyszczące jak oczy ptaka. I jakieś dwie, czarne rzeczy, długości jej ramion, które mogłaby nazwać tylko jednym słowem: „skrzydła”. Poczerwieniała gwałtownie. Zamknęła oczy i próbowała się tego pozbyć. Szukała jakiejkolwiek furtki w swoim umyśle, która prowadziłaby ją z powrotem do jej człowieczeństwa. Żadnej nie znalazła. Ogarnęła ją panika.
- Scarlet... – poczuła na ramionach mocny uścisk szorstkich dłoni przyjaciela. – Nerwy ci nie pomogą. Spróbuj się uspokoić i racjonalnie zastanowić nad tym, co pozwoli ci powrócić do stuprocentowo ludzkiej postaci. Albo przemienić się dalej, chociaż wolelibyśmy, żebyś dziś nie kontynuowała.
Jego instrukcje wypowiadane cichym, wyrozumiałym głosem, pomogły jej trochę się opanować i pomyśleć, co może jej pomóc. Trochę dekoncentrowało ją to, że czuła „skrzydłami” tors Remusa. Posiadanie pary dodatkowych kończyn należało do dziwnych doświadczeń. Poza tym złapała w lustrze spojrzenie Syriusza, który z kwaśną miną przyglądał się ich staraniom. Stłumiła w sobie chęć zaatakowania go pytaniem, o co mu tak właściwie chodzi i znów spróbowała zawalczyć ze swoją postacią.
Ale tak naprawdę to miała ochotę od tego wszystkiego uciec, odlecieć jak najdalej i nie musieć już się tym przejmować...

Zajęła miejsce w pierwszej ławce pod oknem, która zwykle stała pusta, bo była najbliżej drzwi do gabinetu nauczyciela. Od kiedy straciła kąt obok Lily, musiała się zadowalać najgorszymi miejscami we wszystkich klasach. Oczywiście na tych lekcjach, na których Huncwoci byli w komplecie, a przynajmniej dwójką. Bo w przypadku nieparzystości, zawsze mogła liczyć na krzesło obok któregoś z nich. Wbrew pozorom, najchętniej siadała z Remusem. On przynajmniej nie trzymał całą lekcję ręki na jej kolanie, albo nie próbował całować, gdy tylko nauczyciel się odwrócił. Denerwowała ją taka desakralizacja tych chwil spędzanych tylko we dwoje. Towarzystwo przyjaciół jej nie przeszkadzało, ale kiedy Łapa zaczynał okazywać uczucia przed klasą, albo całą szkołą, peszyła się. Parę razy próbowała mu coś o tym powiedzieć, ale kiedy ostatnim razem żachnął się, że przesadza, stwierdziła, że jest po prostu niereformowalny i nawet dla niej nie jest w stanie przestać być ze wszystkim w centrum uwagi, którego ona tak nienawidziła.
Klamka od gabinetu nauczyciela drgnęła, więc Scarlet wyprężyła się instynktownie jak struna. Pierwsza lekcja Obrony Przed Czarną Magią z nowym nauczycielem wymagała trochę poprawności. W końcu co mógł sobie pomyśleć o ich klasie profesor Marvell, gdyby już w wejściu zobaczył uczennicę praktycznie leżącą na ławce. Scarlet poczuła jak gwałtowny ruch wywołał odzew jej kręgosłupa w postaci serii trzasków. Pochyliła się lekko do przodu, masując delikatnie swój kark. To co wymyślali wczoraj chłopcy, żeby pomóc jej pozbyć się skrzydeł i tych przerażających, ptasich oczu, przekraczało wyobraźnię wielu ludzi. W rezultacie męczyli się kilka godzin i musieli posłużyć się peleryną niewidką, żeby bez szwanku dotrzeć do wieży Gryffindoru.
Profesor Marvell wszedł do klasy pewnym, stanowczym krokiem, zamykając za sobą drzwi z niezwykłą delikatnością, jak na siłę, jaką do tego użył. Jego spojrzenie prześlizgnęło się po twarzach uczniów siedzących w pierwszych rzędach i zatrzymało się dłużej na Scarlet. Pewnie dlatego, że prawie w każdym roczniku, ta ławka pozostawała pusta, więc nauczyciel musiał być trochę zaskoczony zajętym krzesełkiem. Wszystko to wydarzyło się, zanim uczniowie wstali z miejsc, żeby godnie przywitać profesora. Mężczyzna skinął tylko głową i machnął ręką, nakazując im usiąść. Stanął za katedrą i chcąc się przedstawić, zupełnie niespodziewanie wyciągnął różdżkę. Spod ławki Bellatrix Black wyfrunął najnowszy numer „Czarownicy”. Profesor Marvell złapał go w locie.
- Proszę się dziś do mnie po to – pomachał czasopismem.- ... po lekcji. Ustalimy również okoliczności pani szlabanu.
Bella poczerwieniała ze złości, ale nic nie powiedziała. Skrzyżowała tylko ręce na piersi, w geście bardzo podobnym do zachowania jej kuzyna w takich sytuacjach, i odwróciła naburmuszona głowę. Nauczyciel westchnął i ponownie nabrał powietrza, żeby zacząć przedstawianie się.
- Panie profesorze...? – ręka Lily wystrzeliła w górę.
- Słucham, panno...
- Evans, panie profesorze. Czy mamy w planach przerabianie w tym roku szkolnym Expecto Patronum, bo wiem, że poprzedni nauczyciel Obrony Przed Czarną Magią nie uwzględniał tego w programie. Uważam poza tym, ze w tych czasach to zaklecie bardzo nam się przyda... – rzuciła lekko przemądrzałym tonem.
Green odwróciła głowę, żeby lepiej ją widzieć. Zdziwiła się słowami przyjaciółki, która nigdy nie należała, do aż tak nadgorliwych uczennic.
- Panno Evans, pytania można zadawać, kiedy powiem, że można. Na razie chciałbym przedstawić wam swoją propozycję... A jeśli chodzi o pani pytanie, to tak, przewiduję w tym roku naukę Expecto Patronum na lekcjach szóstoklasistów. – zmroził wzrokiem rudowłosą, która wyraźnie się speszyła i trochę zsunęła na krześle, jakby chciała się schować. Profesor rozejrzał się po klasie. – Panno Green, proszę odwrócić się przodem do tablicy.
Scarlet spełniła jego polecenie dosyć gwałtownie i bez zastanowienia. Bardziej zaabsorbowało ją to, skąd zna jej nazwisko. Jak zwykle zapomniała, że jest w końcu osobą publiczną i że jej twarz jest rozpoznawalna w świecie czarodziei. Ale będąc w Hogwarcie tak bardzo tego nie odczuwała, jak w domu, a człowiek zawsze przyzwyczajał się łatwo do dobrego.
- Nazywam się Ian Marvell, co już pewnie większość z was wie z Uczty Powitalnej. Grzeczność i pewne zasady zmuszają mnie, bym przedstawił się wam jeszcze raz, tym razem w mniejszym gronie. W tym roku szkolnym i, mam nadzieję, w następnym też, będę państwa uczył przedmiotu nazywanego Obroną Przed Czarną Magią. Dosyć często zmieniają się wam profesorowie, więc nie wiem, jak dużo potraficie i podejrzewam, że w waszej wiedzy panuje spory chaos. Postaram się we wrześniu uporządkować waszą dotychczasową wiedzę, a potem zajmę się rozwijaniem jej w sferze obrony własnej i obrony innych, ponieważ to jest istotą tego przedmiotu. Skoro wybraliście ten przedmiot do klasy OWUTEMowej, spodziewam się z waszej strony dużego zaangażowania i pracy na lekcjach. – tu spojrzał wymownie na Bellatrix. – Liczę na owocną współpracę. Pozwólcie, że to będzie tyle ze wstępu i przejdę teraz do regulaminu obowiązującego na naszych zajęciach...
W rezultacie większa część lekcji dyktował długi i rygorystyczny regulamin. Poza tym, profesor Marvell wielokrotnie ich poprawiał i zwracał im uwagę. Wszyscy odnieśli wrażenie, że Obrona w tym roku będzie prawdziwą katuszą. Wyjątkowo negatywnie przyjęli to Huncwoci, którzy nie przepadali za funkcjonowaniem jak w zegarku i robieniem wszystkiego pod linijkę.
- Ten facet ma źle w głowie... – rzucił teatralnym szeptem Syriusz, kiedy Scarlet podeszła do niego jak tylko zabrzmiał dzwonek na przerwę.
- Panno Green, proszę jeszcze chwilę poczekać! – profesor Marvell, tłumaczący Ślizgonce zasady jej szlabanu, podniósł głowę i skinął na Scarlet ręką.
- O co mu chodzi?! – oburzyła się jasnowłosa, uważając, żeby nauczyciel jej nie dosłyszał. – Bo chyba nie o to odwrócenie się na początku lekcji...?
- Po tej godzinie, mogę stwierdzić, że z takim to nigdy nic nie wiadomo... – wtrącił Rogacz, patrząc na dziewczynę pocieszająco.
- Poczekamy na zewnątrz... – rzucił Łapa i pogłaskał ja po policzku.
Scarlet została w końcu sama przy ławce Black’a, targana mieszanymi uczuciami. Z jednej strony było jej przyjemnie, że okazał jej w taki sposób czułość. Lecz z drugiej strony taki gest przy nauczycielu wydawał jej się trochę nie na miejscu. Bella minęła ją między ławkami, rzuciła jej kpiące spojrzenie i zamiotła najbliższy stolik długimi, błyszczącymi włosami w kolorze węgla. Kiedy wyszła z klasy, do jasnowłosej podszedł profesor Marvell.
- Coś zrobiłam, panie profesorze? – zapytała lekko wystraszonym głosem, nie mogąc się powstrzymać.
- Nie, panno Green, powiedziałbym, że raczej będzie pani musiała coś dla mnie zrobić na następny tydzień. Ciekaw jestem eseju napisanego przez tak dobrą uczennicę na temat zagrożeń związanych z długotrwałym i częstym używaniem czarnej magii, rzucaniem klątw i eksperymentami teoretycznie zakazanymi przez czarodziejskie prawo, ale de facto nie karalnymi... – uśmiechnął się łagodnie, ale w tym uśmiechu było coś co wywołało oślizgły dreszcz, który przebiegł jej wzdłuż kręgosłupa.
- To jest jakaś kara, panie profesorze? Co zrobiłam nie tak? Chciałabym wiedzieć, żeby już więcej tego nie zrobić... – rzuciła, siląc się może trochę za bardzo na beztroski ton.
- To ty zaliczyłaś osiem Wybitnych na dziewięć zdawanych Sumów, prawda? – zapytał, jakby zmieniając temat. Dziewczyna zdążyła tylko skinąć głową, zanim dodał. – Dlatego też myślę, że takie wypracowanie nie będzie dla pani większym problemem... Możesz odejść... – odwrócił się na pięcie i zaszył się w swoim gabinecie, zostawiając osłupiałą Scarlet na środku klasy.
Po paru minutach zdołała się ruszyć z miejsca i dołączyć do zniecierpliwionych chłopców. Uparcie milczała, nie chcą udzielić odpowiedzi na żadne ich pytanie, dopóki nie dali jej spokoju. Nawet nie zauważyła, że Syriusz wziął ja za rękę, tak bardzo była zajęta patrzeniem wprost. Tak się złożyło, że na Zielarstwo chodzili całą piątką. Nagle, w połowie rogi do szklarni, stanęła.
- Co jest, słoneczko? Rusz się, bo spóźnimy się na Zielarstwo... – Łapa pociągnął ją lekko do przodu, ale ona mu się oparła.
- Chłopaki... – kontrast pieszczotliwego zdrobnienia i chłodnego rozkazu w ustach Syriusza, wywołał na jej twarzy gorzki uśmiech. – Czy coś jest ze mną nie tak...?
- Tak, a czemu pytasz? – odpalił od razu James, za co dostał kopniaka w goleń od Remusa.
- Co ci powiedział ten facet? – Black zmarszczył brwi i nikt nie wątpił w to, że gdyby był pod postacią psa, to włos na karku by mu się lekko podniosły.
- Zadał mi do napisania esej o skutkach nieodpowiedzialnego nadużywania czarnej magii... – odparła, wciąż zastanawiając się nad tym, co nabroiła.
- Od tak sobie? Nie powiedziałaś za dużo, kiedy chciał z tobą pogadać? – dopytywał Peter, dziwnie ostatnio aktywny i rozgadany.
- Nie, Glizdku... Rzecz polega na tym, że on mi nawet wyjaśnił dlaczego, ale jakoś nie mieści mi się to w głowie. – przeczesała ręką włosy.
- Dlaczego? – Rogacz poprawił okulary na nosie. Była to jedna z oznak niebezpieczeństwa – w umyśle Huncwota właśnie powstawał plan zemsty.
- Jeśli dobrze go zrozumiałam, to z tego, że miałam prawie same Wybitne na Sumach wynika, iż powinnam rwać się do dobrowolnego pisania dla niego wypracowań. – poczuła nagle, jak dłoń Łapy zaciska się mocno na jej. Uniosła prędko głowę i spojrzała w górę, na swojego chłopaka. Jego twarz wyrażała wielką złość. – Nie rób głupstw... – mruknęła, wyswobadzając rękę z jego pozornie żelaznego uścisku i kładąc mu ją na ramieniu.
-Wiesz co, Scarlet? – Remus przerwał pełną napięcia ciszę. – A nie uważasz, że może cię tak traktować, bo jesteś sławna?
- Serio...? – Green była naprawdę zdziwiona tym stwierdzeniem. A raczej jego drugą częścią, dotyczącą jej popularności.
- No, dobra... Może ty nie kupujesz prasy kobiecej, ale moja matka tak. W niektórych tygodnikach, twoje zdjęcia pojawiają się nawet kilkakrotnie w jednym numerze. Zrobiłaś się bardzo znana wśród czarownic. I nie tylko, bo ta nowa kampanie reklamowa firmy produkującej sprzęt do Quidditcha pojawia się raczej w czasopismach dla płci brzydkiej.
- W sumie... Te zdjęcia w strojach do gry w Quidditcha mogą być wzięte za dosyć wyzywające... – Potter, namiętnie czytający sportowe pisma, zrobił minę znawcy, co niezmiernie rozbawiło Scarlet.
Stłumiła w sobie parsknięcie śmiechem. Przypominała sobie lekkie przerażenie w oczach Rebeci, która akurat przy tej sesji była z nią, kiedy Alan kazał dziewczynie rozpiąć zewnętrzną szatę tak, żeby powstał głęboki dekolt i usiąść na miotle. Ale matka nie powiedziała ani słowa. To nie był jedyny sugestywny element na tych zdjęciach, lecz mało kto wtedy zwracał uwagę i przede wszystkim pamiętał, że ta piękność, Scarlet Green ma zaledwie szesnaście lat. Dla jasnowłosej to była tylko praca – miejsce nowych doświadczeń, gdzie poznawała różnych ludzi, uczyła się współpracy i całkowicie zapominała o dawnych kompleksach. Mogła powiedzieć, że nawet zaczynała to wszystko lubić. Fascynował ją koloryt i różnorodność osobowości czarodziei pracujących w reklamie. Byli to w większości pasjonaci i świetni ludzie, otwarci na świat. To od nich dziewczyna w ubiegłe wakacje nauczyła się trochę pewności siebie.
- Po prostu profesorowi Marvellowi, jako nauczycielowi może nie odpowiadać to, że jego niepełnoletnia uczennica odnosi takie sukcesy w dość specyficznej profesji. – wyjaśnił Lunatyk, kiedy w końcu ruszyli do przodu, ponagleni groźbą spóźnienia się na Zielarstwo.
- No, nie wiem... – jasnowłosa wydawała się być nie do końca przekonana takim argumentem.
- Albo nie pasuje mu obraz Wybitnej uczennicy, do modelki z reklam, które widywał często podczas wakacji. I po prostu chce sprawdzić, czy naprawdę jesteś tak „idealna”. – James podkreślił bardzo słowo „Wybitnej”. Jednak nie obyło się bez lekkich docinek i aluzji do jej wyników, ale chyba jej to aż tak nie przeszkadzało.
- „Idealna”? – Scarlet znów przeczesała ręką włosy. Ostatnio robiła to, kiedy była speszona, albo zagubiona w toku własnych myśli.
- Nie oszukując się, Scarlet, jesteś wyjątkowo ładną dziewczyną i masz w sobie to takie dziwne coś, które przykuwa uwagę. Jeśli ktoś myśli stereotypowo to nie połączy atrakcyjności zewnętrznej z bogatym wnętrzem, inteligencją i Wybitnymi zdolnościami... – Rogacz powiedział cały swój krótki wywód tak obojętnym tonem, jakby wszystko było dla niego oczywiste. Na dodatek znów zaakcentował słowo na „W”. Green przez to oblała się rumieńcem.
Syriusz zauważył to, zanim zakryła twarz grzywką i objął ją ramieniem. Jakoś wolał zwrócić jej uwagę w tym momencie na siebie.
- Może i masz rację. – mruknęła. – Dokończymy później. – dodała, bo podchodzili już pod drzwi szklarni, które profesor Sprout przed chwilą uchyliła.
Wchodząc do środka Scarlet potrąciła Bellatrix Black. Oczywiście stało się to całkowicie niechcący i wynikało bardziej z zamyślenia niż z umyślności. W rezultacie jednak Ślizgonka zatoczyła się do przodu i wpadła na jedną z przygotowanych na dzisiaj przez nauczycielkę roślin. Ta zareagowała bardzo nieprzyjemnie, mianowicie, wypluła na szatę i włosy dziewczyny coś co przypominało wymiociny i pachniało zgniłą rybą. Green zmusiła się, żeby przeprosić czarnowłosą, pędzącą co prędzej do łazienki, ale zrobiła to raczej z przyzwyczajenia. Bella bardzo przypominała z twarzy swoją starszą siostrę, Narcyzę, kiedy krzywiła się na smród wydzielany przez płyn obronny rośliny. Scarlet nawet nie spodziewała się, jak dużym błędem było nieuważne chodzenie i wpadanie na ludzi, według poszkodowanej...

Nadeszła sobota. James z samego rana zerwał się na trening Quidditcha, a Peter wysypiał się, szykując się na zbliżającą się pełnię. Remus bezceremonialnie paradował w piżamie po Pokoju Wspólnym, mając w planach powrót do łóżka. Czuł się źle w związku z poniedziałkową pełnią i nie miał nawet siły na odrabianie lekcji. Jego złe samopoczucie wywodziło się chyba bardziej z psychicznego nastawienia na swoje przemiany i lęku o przyjaciół, lecz nerwy miały to do siebie, że doprowadzały do ogólnego, beznadziejnego samopoczucia. Syriusz powitał trochę zaspaną Scarlet u stóp schodów do dormitorium dziewcząt, trzymając w ramionach naręcza książek. Kiedy spojrzała na niego pytająco, wyjaśnił:
- To do twojego eseju. Rogacz obudził mnie o nieludzkiej porze i nie mogłem zasnąć, więc stwierdziłem, ze poszukam w bibliotece czegoś dla ciebie. – uśmiechnął się szarmancko, zupełnie ją rozczulając.
Nie zwracając uwagi na dzielące ich tomiszcza, Scarlet rzuciła mu się na szyję i pocałowała z wdzięcznością. Wykonał za nią lwią część pracy, bo zbieranie materiałów zawsze zabierało jej najwięcej czasu. Z salonu dobiegł czyjś chichot, ale nie bardzo zwrócili na niego uwagę. Gdy wreszcie się od siebie oderwali, jasnowłosa rozmasowała obojczyk, w który wbijał jej się ostry kant książki i poprowadziła Łapę w stronę stolika, na którym rozłożył się blady i widocznie zmęczony Lupin. Prefekt zwolnił im połowę blatu i dalej opierał czoło o chłodne, lakierowane drewno. Green popatrzyła na niego z troską, ale nic nie powiedziała, zabierając się za przeglądanie książek od Syriusza. On też jej w tym pomagał, chociaż chyba bardziej zajmowało go głaskanie jej po łopatkach i kreślenie kółek po wewnętrznej stronie jej dłoni, kiedy wczytywała się w bardziej interesujące ją fragmenty. Po jakimś czasie, nawet Lunatyk zrezygnował z planu pójścia dalej spać, ubrał się w codzienne ciuchy i zszedł im pomóc, biorąc ze sobą jeszcze Petera.
Przedpołudnie minęło im szybko. Zanim się zorientowali nadeszła pora obiadu i musieli przerwać pracę. Po drodze wiele osób z Slytherinu oglądało się za nimi i nachylało ku sobie głowy. To była pierwsza niepokojąca oznaka. W Wielkiej Sali spotkali zmaltretowanego Jamesa, który nie miał nawet czasu na przebranie się.
- Coś się stało? – Syriusz usiadł między Scarlet, a przyjacielem.
- Eh... Liluś właśnie odjęła mi piętnaście punktów. – odparł, wzdychając ciężko.
- Za co?! – zapytali chórem i zwrócili wszystkie cztery głowy na niego.
- Najpierw pięć za zbyt głośne okazywanie radości, potem pięć za „pyskowanie”, a potem kolejne pięć za przeklinanie... – wyliczył, niemrawo dźgając swoją pieczeń widelcem.
- No, dobra... Ale po kolei... – Lupin nałożył sobie sałatki i popatrzył na przyjaciela trzeźwo. – Opowiedz, jak to było. Z czego się cieszyłeś?
- Zostałem mianowany kapitanem drużyny Gryffindoru, bo Rogers miał poważną kontuzję pod koniec wakacji i musiał zrezygnować z treningów. – odpowiedział bez entuzjazmu. Utrata tylu punktów chyba naprawdę go załamała.
- Stary, to super! – Syriusz poklepał go z dumą po ramieniu.
- Kapitanem?! Łał, Rogacz, gratuluję! – Scarlet zrobiła coś, czego nikt się raczej nie spodziewał: wychyliła się przez Blacka i przytuliła Pottera. Odsunęła się prędko i posłała mu ciepły uśmiech, co chyba podniosło go trochę na duchu. James odchrząknął i rzucił do Łapy z większa energią:
- Za tydzień są eliminacje nowych członków do drużyny. Ze względu na stan Rogersa, zwolniło się miejsce obrońcy. Nie chciałbyś może wrócić do gry? – popatrzył na przyjaciela, uśmiechając się jak mugole w reklamie pasty do zębów. – A jak nie obrońca, to mamy jeszcze lukę wśród pałkarzy. Myślę, że zgrałbyś się z Janette...
- Zastanowię się. – przerwał mu Black. – Ale mów, co dalej takiego zrobiłeś, że rudowłosa prefekt tak cię pokarała...
- Powiedziałem: „To już nie można się nawet cieszyć?! To jakiś terror, czy co?”
- A ona? – Pettigrew był bardzo zainteresowany rozwojem wypadków. Zresztą nie tylko on.
- Zimnym głosem rzuciła „Minus pięć punktów.” i usiadła obok tego swojego Wingeda... Trochę się wkurzyłem i zapytałem co zrobiłem źle...
- Ale jakiego przekleństwa użyłeś, że odjęła ci aż pięć punktów. Bo chyba nie swojej ulubionej, mugolskiej „cholery jasnej”, nie? – spytał Remus, marszcząc czoło.
- Nie. – James lekko się zaczerwienił. – Czegoś mocniejszego. Dużo mocniejszego.
- To co się dziwisz? – Scarlet zmierzyła go karcącym spojrzeniem.
- Ale wcześniej nie musiała mi odejmować tych punktów, prawda?! – oburzył się. – Nie rozumiem jej...
- Ja też, Jimmy, ja też... – Scarlet westchnęła, czując pieczenie pod powiekami. Kiedy minęła złość, przychodził do niej tylko smutek, z którym na szczęście na razie sobie radziła.
Nagle ich rozmowę przerwał głośny śmiech od strony stołu Ślizgonów. Syriusz wychylił się, mając złe przeczucia. Green widziała tylko tyle, że piąto- i szóstoklasistki oglądają jakieś kartki i chyba były na nich zdjęcia. Łapa pospiesznie się cofnął. Scarlet odniosła wrażenie, że zaraz wybuchnie. Reszta Huncwotów też to zauważyła i również wychyliła się na stół Slytherinu. Wszyscy przysunęli się do stołu ze zmieszanymi i trochę zdenerwowanymi minami. Jasnowłosa wydęła usta, mocno zaciekawiona tym, co jest na tych obrazkach. Już chciała się wychylić, kiedy Black złapał ją mocno za ramię i pokręcił stanowczo głową.
- Dlaczego? – zapytała buntowniczo się prostując.
- Po prostu nie. – odpowiedział, z dziwnym błyskiem w oku.
Chciała się wyrwać, ale Remus przechylił się przez stół i ścisnął jej nadgarstek, kręcą głową równie stanowczo jak Syriusz.
- Nie chcesz tego widzieć. – dodał, widząc, że ona robi się tylko coraz bardziej ciekawa.
- To może mi powiedz, dlaczego nie chcę. – zacisnęła dłoń w pięść, boleśnie wbijając kostki między ścięgna w jego przedramieniu, lecz Lupin nie puścił.
- Lepiej, żebyś tego nie widziała. – wtrącił James, próbując ratować sytuację. Nie chcieli jej rozłościć, doskonale wiedząc, jak sprawna jest w gniewie.
- Pasuje jej to... – zachichotała jedna ze Ślizgonek, oglądając krążącą po stole kartkę.
Black puścił Scarlet, odwrócił się i wyciągnął różdżkę. Był przy tym diabelnie szybki. Zanim jasnowłosa złapała go za łokieć, zdążył wypowiedzieć zaklęcie Incendio i tym samym sprawić, że wszystkie strony stanęły w płomieniach. Rozległy się głośne piski i okrzyki, wiele szybko spalających się kartek upadło na stół i posadzkę. Ale nic innego się nie zapaliło. Po krótkiej chwili wszystkie płomienie zgasły, a okolice środka stołu Slytherinu usiane były maleńkimi kupkami popiołu. Z krzesła podniosła się Bellatrix.
- Co robisz, drogi kuzynie? – zapytała głośno. Jej głos poniósł się echem po Wielkiej Sali, bo incydent z ogniem uciszył wszelkie inne rozmowy i skupił centrum uwagi na tej dwójce.
- Niszczę śmieci. – odpowiedział, nie chowając różdżki i podnosząc się z miejsca.
- Zdjęcia swojej dziewczyny nazywasz śmieciami? – przekrzywiła niewinnie głowę, uśmiechając się lekko. Z tym wyrazem twarzy, przy swojej chłodnej urodzie i bijącą od niej przykrą aurą była przerażająca. – A może po prostu przykro ci, że ona naprawdę tak nie wygląda, co?
Syriusz poczerwieniał jeszcze bardziej, chociaż wydawało się, że już więcej nie można. Profesor Marvell był jedynym nauczycielem przy stole pedagogicznym. Na razie obserwował sytuację i nic nie mówił. Łapa uniósł różdżkę, ale dłoń trzęsła mu się w furii, więc zatracił na refleksie. Bellatrix okazała się szybsza i to ona pierwsza rzuciła klątwę. Był jednak jeszcze ktoś szybszy. Zaklęcie odbiło się od stabilnej tarczy i uderzyło w belkę, podtrzymującą sufit, powodując nagłe wyrośnięcie obrzydliwych grzybów na całej jej długości. Black popatrzył na Scarlet wzrokiem mówiącym: „Po co się wtrącasz?”. Zanim Bellatrix ponowiła atak, profesor Marvell zdołał odejść od stołu nauczycielskiego i teraz stał przy nich z pozornie miłym uśmiechem. Cała trójka wiedziała, że nie oznacza on nic dobrego.

***
Następny...? Mam nadzieję, że nie za miesiąc xP
Lena
komentarze [7]

Rozdział 35 : Znowu razem >> niedziela, 31 sierpnia 2008 19:07:14
W końcu rozdział. Wyrobiłam się jeszcze przed końcem wakacji xP Spodziewajcie się w bardzo, bardzo bliskim czasie mojego nowego opowiadania na mylogu ^^ Trwało to tyle, bo: a. Nie miałam czasu - wyjazd do Holandii, zwiększenie obowiązków w domu, b. mylog szwankował przez ostatni miesiąc... Wy też nie mogliście się na niego dostać?
Nie zwlekam i wrzucam rozdział. Krótki, bo krótki (wiem, wiem, miały być dłuższe ^^), ale jest. Oby tylko pierwszy rozdział "nowej ery", nie przepowiadał stanu reszty rozdziałów ^^"
BETA: Mooniak

***

- Wstawaj, Śpiąca Królewno! – poczuła lekkie trącenie w ramię i usłyszała cichy chichot, gdzieś z boku.
Ziewnęła, zakrywając usta dłonią i otworzyła oczy. Dopiero teraz zrozumiała, co jej nie pasowało. Pociąg nie jechał. Stał już na gwarnej i tłocznej od uczniów stacji Hogsmeade. Oprócz tego zmieniło się światło. Przestało odbijać się w drobinkach kurzu tańczących po przedziale i już nie raziło ją w oczy. Było miękkie i łagodne, tak jak oczy, w które spojrzała dość nieprzytomnie.
- Witaj, śpiochu. Czyżbyś odsypiała kolejną bezsenną noc? – Lunatyk szczerzył do niej zęby znad odznaki prefekta.
- Przespałam całą drogę? – Scarlet przeciągnęła się i popatrzyła na dwójkę przyjaciół bardziej przytomnie.
- Na to wygląda... – Lily, stojąca jak dotąd koło drzwi, zbliżyła się do nich z roześmianą twarzą.
- Przyjechałyśmy z matką za wcześnie i zajęłam przedział... I chyba zasnęłam... – próbowała się nieudolnie tłumaczyć.
- No, pięknie. My się martwiliśmy, bo nie mogliśmy cię znaleźć, a ty sobie spałaś w najlepsze... – rudowłosa cmoknęła z udawanym niesmakiem. – Black prawie zwariował z tęsknoty... – uśmiechnęła się ironicznie.
Scarlet oblała się delikatnym rumieńcem. Odchrząknęła.
- A co tam u was? – próbowała naturalnie zmienić temat.
- Nie bądź taka ciekawska, tylko przebieraj się w szkolne szaty. No, już! – Evans zrobiła groźną minę i pogoniła ją gestem ręki. Przyglądała się, jak Green wstaje i wygrzebuje z podręcznego plecaka ubranie. Nagle, jakby sobie o czymś przypomniała, zmierzyła wzrokiem Remusa. – A ty, co tu jeszcze robisz? Poczekaj na zewnątrz!
Lupin posłusznie wyszedł i oparł się plecami o ściankę koło drzwi. Lily, kiedy chciała oczywiście, potrafiła być bardzo władcza i wzbudzić posłuszeństwo nawet u największego psotnika. Właściwie to nie była taka znów reguła, bo Potter wciąż potrafił oprzeć się jej spojrzeniu, przypominającemu burzę z piorunami. Popatrzył przez okno naprzeciwko, na szybko zmniejszający się tłum młodych czarodziei. Zamyślił się. Na tyle głęboko, że zdenerwowanego Łapę zauważył dopiero gdy ten potrząsnął nim mocno. Black wyglądał na bardzo zestresowanego. Był prawie tak potargany jak James, miał krzywo zapiętą szatę i krawat zawiązany na supeł, przypominający raczej stryczek.
- Znalazłeś ją?! – zapytał gorączkowo czarnowłosy, jeszcze raz potrząsając przyjacielem.
- Spokojnie... – Remus złapał go za nadgarstek, żeby ten poluźnił uścisk na przedzie jego szaty. – Gdzie James i Peter?
- Glizdogon poszedł złapać dla nas powóz, a Rogacz jeszcze jej szuka...Gdzie ona jest?!
- W tym przedziale, spała... Lily tam z nią jest, właśnie się przebiera... Nie! Łapa, nie wcho...! – za późno złapał Syriusza za szatę, bo ten zdążył już odsunąć drzwi. Lupin ponad ramieniem Blacka zobaczył dużo więcej niż powinien. Wycofał się pospiesznie, chowając głowę w ramiona i próbując ukryć rumieniec pod kołnierzykiem koszuli.
Syriusz niezrażony pełnym oburzenia okrzykiem Lily, wparował do przedziału z roziskrzonym wzrokiem. Jakby nie dostrzegł krępującej Scarlet sytuacji. Zanim rudowłosa zagrodziła mu drogę i wyrzuciła go precz na korytarz, pochwycił jasnowłosą w ramiona i chciał pocałować.
- Łapa, puść! – próbowała mu się wyrwać. – Puszczaj! – odwróciła głowę, kiedy znów się pochylał. – Daj mi chociaż włożyć spódnicę i zapiąć koszulę... Łapa! – jej starania pozostały bez skutku.
- Stęskniłem się... – szepnął prosto do jej ucha.
Scarlet znieruchomiała. Westchnęła cicho, zarzuciła mu ręce na szyję i wspinając się na palce, pocałowała go czule. Lily przewróciła oczami i spojrzała za okno, na zachodzące słońce. Dała im piętnaście sekund, skrupulatnie wystukując ten czas stopą. Kiedy minął, bez słowa załapała Blacka za szatę na plecach i dosłownie wyrzuciła z przedziału. Pokazała mu język, zatrzasnęła drzwi i wetknęła w ręce rozmarzonej jasnowłosej plisowaną szkolną spódnicę.
- Co ty w nim widzisz, hę? – zapytała, pomagając przyjaciółce zawiązać krawat.
Green zastanowiła się przez chwilę.
- Jest przystojny, lubi pomarańcze, kompletnie nie zna się na mugolach i chyba bardzo go lubię... – odparła ze zniewalającym uśmiechem.
Lily tylko popukała się w czoło i strzepnęła z jej ramienia uparty paproszek.


- No, więc...? Ile zaliczyliście? – zapytała konspiracyjnym szeptem Scarlet, kiedy już pomachała Lily idącej do innego powozu i sama usadowiła się między Remusem, a Syriuszem.
- Pytasz oczywiście o Sumy? – wtrącił James, nieudolnie powstrzymując dwuznaczny uśmieszek.
- Tak, to chyba jasne... – przyjrzała mu się, marszcząc brwi. – Rogacz nie miej brudnych myśli już pierwszego dnia w Hogwarcie, bo zaczynam się bać, co będzie potem...
Trójka Huncwotów parsknęła śmiechem. James po chwili namysłu również zaczął się śmiać. Scarlet westchnęła, kręcąc z politowaniem głową. Syriusz to zauważył, objął ją ramieniem i zaczął ją łaskotać. Dziewczyna ponowiła pytanie ocierając łzy z kącików oczu, gdy udało jej się schronić między Lupinem a ścianką powozu, przed rękami Blacka.
- Całkiem sporo ich się trafiło... – zaczął Potter, mając zamiar na tym poprzestać, ale Scarlet kiedy chciała, potrafiła spojrzeć równie przekonująco jak Lily. – Oblałem tylko numerologię...
- A ja historię magii i numerologię... – przerwał mu Łapa, który nie wiadomo dlaczego wyglądał na zadowolonego.
- Tak, tak, wiem. Ale to nie jest powód do radości, wbrew temu co tam siedzi w twojej główce. – Scarlet posłała swojemu chłopakowi karcące spojrzenie, a on skulił się na fotelu i zaskamlał jak pies. Jasnowłosa wyciągnęła rękę i pogłaskała go po włosach, po czym popatrzyła pytająco na Lunatyka.
- Ja zaliczyłem wszystkie... Co prawda słabo mi poszło zielarstwo i runy, tylko na zadowalający... Poza tym sporo P. mruknął nieśmiało, jakby dobry wynik był czymś uwłaczającym.
Green przeniosła wzrok na Petera, lecz ten gwałtownie pokręcił głową. Nie wnikała głębiej, domyślając się, że Glizdogonowi nie poszło najlepiej i wstydzi się mówić o tym nawet przy swoich przyjaciołach.
- Większych zmian w wyborze waszych klas owutemowych wobec tego nie ma... – stwierdziła, a przez jej twarz przeszedł lekki cień.
James myślał o kontynuowanie kariery w Quidditchu jako szukający, więc jemu tak naprawdę obojętne było, z czego zda OWUTEMy. Wybrał w większości przypadków to, co Łapa, któremu ostatnio wymarzył się zawód instruktora animagów. Pomimo marnych osiągnięć jego jedynej dotychczasowej uczennicy. Syriuszowi potrzebne były bardzo transmutacja, zaklęcia, obrona przed czarną magią i opieka nad magicznymi stworzeniami. Poza tym wziął eliksiry i zielarstwo, w razie czego, gdyby jeszcze zmienił zdanie. Remus bardzo lubił obronę przed czarną magią i chciał pracować przy niebezpiecznych stworzeniach. Scarlet wyłapała kiedyś z paru rozmów o przyszłości, że chciałby wnieść w społeczeństwo czarodziei więcej tolerancji dla wilkołaków i walczyć o prawa dla nich. Peter nie miał pojęcia co chce robić w przyszłości, nie miał żadnych marzeń ani pomysłów na ten temat. Dopiero, kiedy Scarlet podrzuciła mu pomysł o pracy przy magicznych słodyczach i przekąskach, zaczął przykładać się do zaklęć i eliksirów.
Green westchnęła cicho i wyjrzała przez okno. Jednakże panująca w powozie cisza odwróciła jej uwagę od widoków na zewnątrz.
- O co chodzi? – spytała, widząc, że wszyscy utkwili w niej spojrzenia.
- No, a jak tobie poszło? – Potter zadał pytanie wiszące już od dłuższej chwili w powietrzu.
- Hmmmmm... – dziewczyna odchrząknęła. – Całkiem nieźle... Mogę kontynuować te przedmioty, które będą mi potrzebne na OWUTEMy...
- Jakieś szczegóły? Ile W, ile P, ile Z? – James dalej naciskał. – A może zapytam wprost: ile nie zaliczyłaś?
Scarlet oblizała usta, odgarnęła włosy do tyłu i westchnęła.
- Żadnego...
- CO?! ŻADNEGO nie zaliczyłaś?! – James wyglądał na głęboko zdumionego. Zresztą nie tylko on. – Jak to możliwe, żeby uczennica, która przez cztery lata była najlepsza na roku w testach, nie zaliczyła żadnego Suma?! Kobieto, co się z tobą stało? Cała wiedza ci z głowy wyparowała od tych amorów z Łapą, czy co?!
- Rogacz... Spokojnie... – ku ich kolejnym zaskoczeniu, dziewczyna się uśmiechała. – „Żadnego” nie oblałam, znaczy się wszystkie zaliczyłam...
- Na ile? – dopytywał się już trochę mniej nerwowy szukający Gryfonów. W tym momencie Green znowu się zmieszała.
- No... Znaczy się... – westchnęła, zastanawiając się jak im to przekazać. Przecież nie chciała źle wypaść w ich oczach, w szczególności w oczach Syriusza. – Osiem Wybitnych i jeden Powyżej Oczekiwań... – jej wzrok utkwiony był w jakiś punkt na ściance powozu ponad głową Petera.
Glizdogon sapnął z wrażenia. Rogacz zamrugał kilkakrotnie i potargał sobie włosy, marszcząc czoło, jakby nic kompletnie nie rozumiejąc. Łapa przypominał osobę, której ktoś z trzeciego piętra zrzucił na głowę kociołek pełen eliksiru. Nie ważne o jakim działaniu, ważne że kociołek był pełen. Remus jako jedyny zachował się odpowiednio, w związku z jej wstydem.
- A czego innego można się było spodziewać po ślicznej i mądrej Scarlet Green...? – uśmiechnął się z nieukrywaną dumą. Był dumny z niej. – Ciekaw jestem czy panna Evans osiągnęła równie wysokie wyniki. Gratuluję dziewczyno... – wyciągnął przed siebie ręce i nie widząc sprzeciwu z jej strony, objął ją serdecznie.
Odwzajemniła uścisk, uśmiechając się lekko i zamykając oczy. Przez chwilę pozwoliła mu się przytulać, a kiedy otworzyła oczy, dostrzegła twarz Blacka. Nie wyglądał na bardzo zadowolonego z faktu, że jego dziewczyna ściska jednego z jego najlepszych przyjaciół, lecz powstrzymał się od jakiegokolwiek komentarza. Zacisnął tylko mocno zęby i poczekał, aż się od siebie odsunął. W końcu Remus był też jej przyjacielem.
- Dzięki, Lunatyku... – mruknęła cicho, wysuwając się z jego objęć. Po zobaczeniu miny Syriusza, minęła jej cała euforia wywołana tym, że chociaż jeden z nich szczerze ją docenił. Spodziewała się raczej żartów i prześmiewczego nazywania jej kujonem.
- Nie ma za co, Scarlet... – Remus uśmiechnął się ciepło, w tym samym czasie trącając łokciem Łapę.
Ten zrozumiał gest i dał się ponaglić bardziej entuzjastycznie niż od niego oczekiwano. Nachylił się i przez Lupina złapał Scarlet za ramiona i pocałował ją namiętnie. Gdy skończył, pogłaskał ją po głowie i przesłał pokrzepiający uśmiech. Ona zaśmiała się krótko i przesiadła z powrotem między niego a Lunatyka. Przez to nie miała okazji dostrzec wyzywającego spojrzenia, jakie Syriusz wysłał Remusowi. Ale wilkołak nie przejął się tym, odwracając beznamiętnie głowę. Łapa zdusił złość, obejmując mocno Scarlet.

Znowu nie mogła zasnąć. Podczas ostatniego roku szkolnego częstotliwość występowania jej bezsenności znacząco spadła. Pewnie dlatego, że zaczęło coś się dziać w jej świecie. Nowi przyjaciele, wrogowie, dużo kłótni i zamieszania, pierwsza, dosyć nietypowa praca... Jej życie rozrosło się do stu procent, dzięki stymulacji Huncwotów. Nie miała czasu na długie zamartwianie się jedną rzeczą, bo zaraz pojawiał się powód do radości. Chłopcy nauczyli ją, że warto skupiać się na tym co dobrego łaskawie dostajemy od życia, bo wtedy wszystkie troski stają się jakoś tak mniej ważne.
Dzisiejszy dzień był pełen wrażeń. Męcząca przede wszystkim była reakcja uczniów na jej związek z Syriuszem. Pierwszy oczywiście pojawił się szok i niedowierzanie, ponieważ wszyscy uważali, że Green i Black się nienawidzą. W szczególności po okresie ich codziennych i bardzo burzliwych kłótni. Dla części szkoły nie było tajemnicą, że Syriuszowi podoba się Scarlet, ale ona traktuje go z góry. Jako dowód przytaczano imprezę sylwestrową w pokoju wspólnym. Większość spodziewała się raczej ujrzeć ją idącą za rękę z Remusem Lupinem, z którym, jak wszyscy wiedzieli, blisko się przyjaźniła. Chociaż nikt w słowo „przyjaźń” w tym wypadku nie wierzył. Jeszcze przed końcem Uczty Powitalnej gruchnęły pierwsze plotki i złośliwości. To spowodowała już tylko zazdrość fanklubu Łapy.
Ślizgoni wykorzystali tą sytuację do ponownego zaostrzania stosunków między Slytherinem i Gryffindorem. Obraźliwe uwagi posypały się, jak tylko zakończyła się uczta. Tak bardzo rozwścieczyły Syriusza, że ten był gotowy wyciągać różdżkę i zaczynać pojedynek. Na szczęście pierwsza zaatakowała Bellatrix. „Na szczęście”, bo w pobliżu znalazł się nowy nauczyciel obrony przed czarną magią, profesor Ian Marvell który od razu zabrał Ślizgonom punkty i wlepił Belli szlaban, obiecując, że jeszcze porozmawia ze Slughornem o złym wychowaniu uczniów jego domu. Gdy Black wyszczerzył zęby do wkurzonej kuzynki, przekonany, że profesor tego nie widzi, mężczyzna posłał mu upiorny uśmiech i zanim odszedł, rzucił krótkie: „Nie prowokuj.”. Był to wysoki, smukły mężczyzna o dosyć przeciętnej urodzie i trochę śródziemnomorskich rysach. Miał brązowo-rude włosy, przystrzyżone na zapałkę, oliwkową cerę i wydatny nos. Nad łukowatymi brwiami widniała prawdopodobnie nigdy nie schodząca bruzda, ciągnąc się przez całe czoło. Widać było, że nowy nauczyciel jest człowiekiem po przejściach, z ogromnym bagażem doświadczeń życiowych. Green rzuciła prędkie spojrzenie na jego dłoń – nigdzie nie zauważyła obrączki. Kiedy podniosła wzrok, dostrzegła, że profesor Marvell przygląda jej się ze zmarszczonymi brwiami. Szybko odwrócił głowę i wrócił do grona pedagogicznego, rozmawiającego przy swoim stole. W jego ciemnych oczach było zdziwienie, zaciekawienie i coś dziwnego, czego jasnowłosa nie potrafiła nazwać.
Do Pokoju Wspólnego dotarli we czwórkę, razem z Jamesem i Peterem. Po kłótni ze Ślizgonami chłopcy byli wyjątkowo mrukliwi, ale najbardziej złość było widać po Syriuszu, w którym widocznie się kotłowało. Większość nauczycieli go lubiła, pomimo kłopotów jakie sprawiał, pewnie dlatego, że całkiem nieźle się uczył. Nie spodziewał się, że ktoś może go potraktować tak od niechcenia. Nawet jeśli chodziło o szlabany i pogawędki z profesorami o jego złym postępowaniu, lubił być zauważony i potraktowany na serio. W tym wypadku odniósł wrażenie, że profesor Marvell potraktował go jak kolejnego rozrabiakę. Tak przynajmniej odebrała to i zrozumiała z jego gniewnego mamrotania Green.
Scarlet próbowała udawać, że nic się nie stało. Lecz wyszła tylko na roztrajkotaną trzpiotkę, która nie zauważa powagi sytuacji. Szczerze mówiąc, to jej nie dostrzegała. Dla chłopców jednak to wszystko było bardzo istotne. Wciąż nie potrafiła tego zrozumieć, mimo iż rozmyślania na ten temat zajęły jej ostatnią, bezsenną godzinę.
W salonie Gryffindoru panowało większe niż zwykle zamieszanie i gwar, związane z pierwszym dniem szkoły. Młodzi czarodzieje chcieli wygadać się z dawno nie widzianymi przyjaciółmi, pochwalić się swoimi wakacyjnymi przeżyciami i nacieszyć się ulubionym miejscem przy stoliku. Remus i Lily pełnili obowiązki prefektów, ale Scarlet musiała przyznać, że dosyć szybko pojawili się przy ich kanapie, nazywanej przez Gryfonów „Azylem Urwisów”. Lunatyk od razu wcisnął się między Petera i Syriusza, a rudowłosa postała z nimi przez chwilę i wymieniła zaledwie parę zdań ze Scarlet. Widocznie kogoś wyczekiwała, bo nieustannie rozglądała się wokół, odpowiadała półsłówkami i była troszkę rozkojarzona. Potem Green dowiedziała się, kogo Lily tak wypatrywała. Gdy tylko w salonie pojawił się Walter, ona szybko ich przeprosiła i pobiegła się przywiać. Podobno widzieli się w wakacje, gdzieś tak w lipcu, lecz w porównaniu z codziennym spędzaniem czasu ze sobą w Hogwarcie, to było dla nich bardzo mało. Scarlet odprowadziła ją wzrokiem, kiedy rzuciła się na szyję Wingedowi, pocałowała go w policzek i zniknęła z nim za portretem, idąc z nim za rękę… Green zerwała się z łóżka, siadając gwałtownie. Jak mogła być tak głupia! Będzie koniecznie musiała pogadać z Evans, na temat tego, kto tu przed kim ukrywa fakty...


***

No... To by było na tyle. Spodziewajcie się w najbliższym czasie nowości xP
EDIT: A jednak nowosć pojawia się teraz! Blog z moim nowym opowiadaniem tylko pod www.kawalki-puzzli.mylog.pl . Zapraszam!!!
Lena
komentarze [10]

Rozdział 34 : Młodzi i głupi. >> poniedziałek, 4 sierpnia 2008 16:53:23
Taaak... To ja... Dziwne, prawda? ^^ Jakoś udało mi się usiąść do kompa i coś naskrobać. Wiele się u mnie ostatnio dzieje i jestem dosyć zajęta, co jest dziwnym stanem jak na wakacje. Nie będę się rozwodzić.
BETA: Mooniak

***

„Być może istnieją czasy piękniejsze, ale te są nasze.”
Jean Paul Sartre

Scarlet nastawiła twarz do słońca, mrużąc rozkosznie oczy. Musiała korzystać z jego ostatnich letnich porywów. Na wyspach jesień pojawiała się bardzo szybko, ale łatwo ustępowała zimie. Wyciągnęła przed siebie nogi, prostując jej na tyle, na ile pozwalał jej ich średni samochód. Rebeca prowadziła dość spokojnie, co było wyjątkowe, jak na nią. Może to dlatego, że nigdzie im się nie spieszyło. Na pewno zdążą na stację King’s Cross na czas i pociąg do Hogwartu im nie ucieknie. Nastolatka mogła spokojnie pogrążyć się we wspomnieniach.
To były inne wakacje, inne niż zwykle: pełne przełomów, nowych doznań i doświadczeń. Wiele się w ich trakcie wydarzyło i wyjaśniło. Dziewczyna na pewno nie mogła powiedzieć, że się nudziła. Właściwie, to nie miała czasu na nudę. Ciągle coś się działo. W sierpniu pracowała. Właściwie codziennie miała jakieś sesje, albo spotkania ze zleceniodawcami, którzy chcieli omówić z modelką przebieg kampanii. Musiała też zająć się Keepem, który znowu przyjechał do nich na wakacje, na dwa tygodnie. Ciotka nie miała pieniędzy, żeby zorganizować mu wyjazdy przez całe dwa miesiące, a chciała od niego odpocząć. Kuzyn Scarlet chodził do jakiejś szkoły magii w Szkocji, która nawet nie umywała się do Hogwartu. Z niego został wydalony za używanie zaklęć w wakacje i to na dodatek w obecności mugoli. Jako dwunastolatek chciał po prostu dorobić sobie do kieszonkowego i pokazywał „sztuczki” na ulicy. Był osobą męczącą, w wieku Scarlet, co dawało nieciekawą mieszankę. Green nie dziwiła się, że ciotka chciała się go pozbyć, mimo, że w domu spędzał weekendy i ferie świąteczne. Tylko dlaczego musiała go wysyłać do swojej przyrodniej siostry? Scarlet lubiła ciotkę Rinę, ale denerwowała ją jej tendencja do prób pokazania, że jest lepsza od Rebeci, co zawsze dawało efekt odwrotny. Młodsza siostra mamy wyszła za mąż w młodszym wieku, ale dziecko miała w tym samym momencie i na dodatek był to chłopiec, który bardzo długo nie wykazywał zdolności magicznych, podczas gdy siostrzenica już w wieku dwóch lat lewitowała ze stołu cukiernicę, żeby wysypać jej zawartość w swoim kojcu i się nią bawić. Scarlet nigdy nie była pewna jak to było z jej ojcem, ale ze względu na to, że rodzina nic o nim nie mówiła, pewnie nie był mężem jej matki. Nigdy nie ośmieliła się o to zapytać, bo kiedy ktoś z rodziny mówił coś o czasach, kiedy urodziła się Scarlet, blondynka stawała się markotna. Rina długo traktowała swoje małżeństwo jako powód do przechwałek. Lecz gdy mąż zostawił ją dla przyjaciółki Rebeci, ślicznej czarnowłosej modelki, straciła zapał do konkurowania z siostrą na parę lat. Kolejnym punktem zwrotnym było wyrzucenie Keepa z Hogwartu. Potem ciotka tylko plotkowała o Rebece z resztą rodziny. O tym nieodpowiedzialnym stylu życia, beztroskim wychowywaniu córki na straszydło, kolejnych nieudanych małżeństwach i kompletnej nieudolności życiowej. Przecież z nieślubnym dzieckiem, wodząca mężczyzn za nos i ledwo rzucająca zaklęcia czarownica była kimś, kto powinien być wystawiony na pośmiewisko. Ale ludzie widzieli, jak bardzo Rebeca się stara wyjść na prostą, poprzez znalezienie mężczyzny, z którym będzie w końcu szczęśliwa i który będzie ojcem dla jej ukochanej córki, poprzez ciężką pracę w redakcji jako modelka, a potem jako doradca i przez zatrudnienie się w teatrze jako aktorka, zresztą zawsze bezbłędna w swojej grze. I zawsze pozostawała tą samą piękną, młodo wyglądającą i roześmianą kobietą, która mimo tego co sama uważała, osiągnęła bardzo wiele.
Tak więc pobyt Keepa nie przyniósł Scarlet zbyt wiele radości. Kuzyn nie pozbył się swojej gapowatości i na dodatek stał się zuchwały. Pomimo tego, że wciąż powtarzał, że ma dziewczynę, wchodził do pokoju Scarlet kiedy się przebierała i rozmawiając z nią stawał nieprzyjemnie blisko. Jasnowłosa po powrocie z sesji naprawdę wolała usiąść z książką, czy ze szkicownikiem, czy odpisać na listy od przyjaciół, niż użerać się z chłopakiem. Trudno było sobie wyobrazić, że wystarczyły różne babcie i już była taka różnica między wnuczętami. Babcia Scarlet była pierwszą żoną dziadka i podobno bardzo piękna kobietą. Zresztą obie z matką odziedziczyły po niej urodę. Z babcią Keepa dziadek ożenił się za radą przyjaciół, że nie powinien sam wychowywać córki. Właśnie chyba to bolało ciotkę Rinę.
Natomiast pobyt Huncwotów w jej domu odbył się pod znakiem wielkich nerwów. Najpierw strach, przed tym, co powiedzą chłopcy na związek z Syriuszem. Okazało się, że niepotrzebnie się bała. Poza tym musiała nieustannie pilnować Edo, który wykazywał iście huncwockie zainteresowanie światem wokół i zapasami w kuchni. Przekonała się, że doskonale wybrała imię, bo to stworzonko tylko by jadło i jadło. I rosło. Odkąd go dostała zwiększył się o połowę. I cały czas chciał być na rękach u Scarlet, jeśli nie spał albo nie jadł, chociaż to drugie mógł też robić na jej kolanach. Tylko, że ona nie była z tego zadowolona, bo zawsze miała całą bluzkę w okruszkach, albo soku. Edo był wszystkożerny w dosłownym tego słowa znaczeniu – w głębinach jego żołądka przepadły dwie pary kolczyków Rebeci, zegarek Jamesa, podręcznik do transmutacji z trzeciej klasy (nie wiadomo, jakim cudem Edo się do niego dostał, bo w tym czasie nikt nie wchodził na strych, gdzie przechowywano stare książki, lecz nadgryziona okładka była niezbitym dowodem, że Scarlet nie ma szans na przypomnienie sobie zaklęć transmutujących, przerabianych na trzecim roku), kąpielówki Syriusza, żaba wybrana przez Petera do ćwiczenia zaklęć, cztery pióra Remusa i kałamarz z zielonym atramentem, około dziesięciu srebrnych łyżeczek, trzy widelce, nóż do krojenia chleba, połowa rabatki z tyłu posiadłości, porcelanowy dzbanek do herbaty, szampon do włosów z rzepy, znicz z domowego zestawu do gry w Quidditcha, klisza ze zdjęciami do nowej reklamy, kilka sztucznych paznokci i piszczący, gumowy słonik. Edo chciał być zabierany wszędzie, stąd ta pokaźna lista.
Poza problemem z niesfornym pupilem, Green musiała bardzo pilnować Huncwotów. Nie miała nic przeciwko żartom, które nic nie niszczyły, były naprawdę zabawne i jeśli wymagały bałaganu, to został on przynajmniej szybko posprzątany. Oczywiście chłopcy nie chcieli zrobić przykrości jej matce, więc zachowywali się w miarę poprawnie. „W miarę”, ponieważ jasnowłosa miała już parę razy ochotę zamordować Rogacza, za używanie zaklęć. Ten oczywiście zawsze się wypierał, że w domu rodzice pozwalają mu trochę czarować. W końcu Namiar nie był czuły na tożsamość rzucającego zaklęcie. To dla Scarlet była nowość, ale nie zdziwiła się, że o tym się nie mówi. Inaczej wszyscy nieletni czarodzieje beztrosko używaliby swoich różdżek. Tylko jeśli dla Pottera „trochę” znaczyło kilkanaście czarów w ciągu dnia, to dziewczyna musiała przeprowadzić z nim tą poważną rozmowę. Wyjaśniła mu, że jego matka nie czaruje aż tyle, i że w końcu mogą to wykryć. W rezultacie i tak po prostu się pokłócili. James był obrażony, dopóki w trakcie spotkania z Lily nie zauważył, że ma w jasnowłosej swoją sojuszniczkę.
No, właśnie... Lily Evans...


- Dzień dobry, piękna. – James szarmancko otworzył szerzej drzwi do jadalni przed zaspaną rudowłosą.
Prefekt zupełnie go zignorowała, przechodząc przez próg i zmierzając w stronę stołu. Scarlet musiała przyznać, że Lily wyglądała uroczo w szortach od piżamy w małe smoki i koszulce na ramiączka z jednym, dużym rysunkiem zielonego smoka wykluwającego się z jaja. Na dodatek była zupełnie poczochrana i jej gęste loki istną burzą otaczały bardziej niż zwykle piegowatą twarz i przesłaniały pole widzenia. Opadła na krzesło obok jasnowłosej z tryumfalnym westchnięciem. Green uśmiechnęła się przyjaźnie i nalała jej ciepłego kakao.
- Jak pierwsza noc? – zapytał Remus, siedzący naprzeciwko, kiedy Rogacz opadł na krzesło obok niego.
- Całkiem dobrze, gdyby... – odpowiedziała rudowłosa suchym głosem i sięgnęła po szklankę. Wypiła duszkiem połowę i dopiero dokończyła.- ... Gdyby nie ten przeklęty zwierzak. – machnęła niedbale ręką w stronę Edo, który kręcił się u nóg krzesła Scarlet, czekając, aż ta rzuci mu kolejną kulkę z chleba.
- A co takiego zrobił? – Lupin zmarszczył brwi. Nie był pewien, czy Evans wie, od kogo jasnowłosa ma to żarłoczne stworzonko.
- Najpierw domagał się głaskania, potem, kiedy wreszcie dał mi zasnąć, dobrał się do mojego kufra i zjadł moją szczotkę do włosów i krem do opalania. – rzuciła niezadowolona.
- I długopis. – wtrąciła Scarlet. Widząc zdziwione spojrzenie przyjaciółki, dodała – Znalazłam szczątki w nogach swojego łóżka i plamy z atramentu na prześcieradle. Musiał to zrobić, kiedy w końcu zasnęłam.
- Znowu bezsenności? – zapytał troskliwie Remus, a Scarlet przytaknęła.
Lily westchnęła ciężko, dopijając kakao i dolewając sobie kolejną szklankę.
- A gdzie reszta? – zapytała po chwili ciszy, która wskazywała na to, że nie tylko ona się nie wyspała.
- Glizdek robi jajecznicę, a Łapa chrapał w najlepsze, kiedy wychodziłem z pokoju. – odpowiedział Rogacz, mimo że pytanie było wyraźnie skierowane do wilkołaka.
- Ten to ma sen. żeby jeszcze móc spać po tym twoim budziku... Wciąż boli mnie od niego głowa.- jęknął Peter, stawiając przed nimi patelnie parującej jajecznicy na pomidorach i miseczkę szczypiorku. – Nakładać sobie i smacznego! – oczywiście jako pierwszy wziął swoją porcję.
- Nic dziwnego, że cię boli. Nie trzeba było go denerwować rzucaniem o ścianę. On ma w zwyczaju oddawać. – Potter dolał sobie picia. – Ale Łapa położył się późno, więc nie ma go co podziwiać...
- O wilku mowa... – mruknął Remus, czekając aż dziewczyny sobie nałożą i obserwując jak drzwi powoli się otwierają.
Do jadalni wszedł, a właściwie wtoczył się Syriusz. Był zdecydowanie mniej poczochrany niż Evans, ale na pewno był bardziej zaspany. Ziewnął głośno, usiłując się przywitać.
- Dzień dobry, Syriuszu. Siadaj i jedz, zanim wszystko zniknie w ustach Glizdogona i Scarlet. – Remus uśmiechnął się pogodnie, wskazując mu wolne krzesło obok jasnowłosej.
- Rzeczywiście muszę się pospieszyć. – zaśmiał się Black i przeciągnął się po raz ostatni.
Green prychnęła z lekkim obruszeniem, odwracając głowę w przeciwną stronę i łaskocząc włosami odsłonięte ramię Lily. Łapa uśmiechnął się pod nosem i już pewniejszym krokiem podszedł do stołu. Złapał jasnowłosą za rękę, kiedy chciała go odepchnąć i nachylił się w jej stronę. Musnął ustami jej skroń, na co ona z zaskoczeniem spojrzała mu w oczy. Wykorzystał sytuację i pocałował ją w usta, po czym pogładził po głowie.
- Dzień dobry, słońce... – powiedział, poprawiając zawinięty rękaw koszulki w której spała i znów korzystając z nieuwagi, poczochrał jej włosy.
- Przestań!- syknęła, uderzając go otwartą dłonią w udo i próbując uciec jego ręce.
Kiedy jej się udało, odwróciła się do niego tyłem i zamarła. Syriusz objął ją ramionami w pasie i położył jej głowę na ramieniu, robiąc przepraszającą minę. I zobaczył to co ona. Rudowłosa prefekt zacisnęła palce na blacie stołu, aż jej zbielały i patrzyła na nich z głębokim wyrzutem. Usta zamknęła prawie identycznie jak robiła to profesor McGonagall. Lekko poczerwieniała.
- Ty... z nim?! – rzuciła ostro, zanim którekolwiek z „winowajców” zdołało wymyślić jak zacząć się tłumaczyć. Evans wstała gwałtownie, potrącając stół i rozlewając kakao. Złapała Scarlet za nadgarstek i wyszarpnęła ją z ramion Syriusza. – Chodź, musimy poważnie porozmawiać! – pociągnęła ją w stronę kuchni.
Scarlet pokornie dała się wyciągnąć z jadalni i tylko raz obejrzała się na Huncwotów z błaganiem w ciemnych oczach. Lupin przepraszająco pokręcił głową. To ona musiała załatwić to z tą emocjonalną Lily. Wilkołak przeniósł wzrok na Łapę.
- Myślałem, że już jej powiedziała... – westchnął cicho czarnowłosy.
Remus tylko poklepał go pocieszająco po ramieniu. Zadrzeć z Lily było łatwo, lecz o wiele trudniej było uzyskać jej przychylność. Nikt nie chciał, w tym sam zainteresowany, żeby Syriusz stał się powodem kolejnej wielkiej kłótni dziewcząt. A na to się zapowiadało.
Tymczasem Scarlet została posadzona na taborecie pod oknem i wystawiona pod ogniste spojrzenie przyjaciółki. Ta wędrowała po kuchni, nie spuszczając z niej oka.
- Od jak dawna? – zadała pytanie jak wystrzał z pistoletu.
- Od ponad tygodnia. – odpowiedziała cicho. – Jak wiesz, Syriusz trafił do mnie wcześniej. I wtedy trochę się zadziało...
- Nie pytam, od jak dawna ze sobą jesteście, ale od jak dawna ty coś do niego czujesz. Więc?
Scarlet zastanowiła się głęboko. Nigdy się nad tym nie zastanawiała, ale zrozumiała, że zaczęło się wcześniej niż nastąpił ten dziwny pocałunek przed transmutacją. Wiedziała, jak to było z jego strony – przyznał się jej, że chyba czuł do niej coś więcej już wtedy, kiedy spotkał ją w pociągu do Hogwartu. Sam nie był pewien, ale po prostu inaczej nie potrafił wyjaśnić swoich napadów złości na nią. Scarlet nie potrafiła się tak zdeklarować. Była pewna, że nie było nic na początku. Spodobał się jej fizycznie, ale kiedy okazał się takim „bufonem”, zachwyt od razu minął. Potem tylko się kłócili, przez długi czas.
- Nie wiem. – odpowiedziała w końcu. – Jakoś tak wszystko obudziło się, kiedy mnie pocałował przed Sumami, ale chyba nie wtedy się zaczęło...
- Pocałował?! Scarlet, ty mi o niczym nie mówisz. O niczym! – Lily zdecydowała się usiąść naprzeciwko.
- Miałam przyjść do ciebie z tekstem: „Ej, słuchaj... Na poprzedniej przerwie Syriusz Black przeprowadził ze mną rozmowę, które w ogóle nie zrozumiałam, rzucił się na mnie i zaczął mnie całować, aż przyłapała nas McGonagall zmierzająca do klasy...”? Przyznaj, że to by było idiotyczne. A ty albo byś mi nie uwierzyła, albo byś mnie wyśmiała.
- Albo poszła do Blacka i zdrowo mu przywaliła jakimś paskudnym zaklęciem. – wtrąciła Evans, której już chyba przeszła pierwsza złość.
- Nie chciałabym tego. Przepraszam, że tak wyszło. Nie miałam pojęcia, jak mam ci o tym powiedzieć.
- Nie chodzi o mnie. Chyba się tego spodziewałam. Najprzystojniejszy chłopak i najładniejsza dziewczyna w szkole – to musiało skończyć się chodzeniem ze sobą. Chociaż patrząc na was i na wasze kłótnie zawsze miałam nadzieję, że do tego nie dojdzie. Teraz wciąż będę miała na karku Pottera, wyskakującego z tekstami w stylu: „Popatrz na nich. Tak dobrze razem wyglądają. Nie chciałabyś tak?” albo „Najlepsi przyjaciele są najlepszymi przykładami, nieprawdaż?” powiedziane obrzydliwym głosem ze słodkim uśmieszkiem. – Lily zatrzęsła się teatralnie w obrzydzeniu.
- Przesadzasz. – przerwała jej stanowczo jasnowłosa. – Rogacz nie jest taki zły. To dobry chłopak, tylko niedojrzały. Ale czego spodziewać się po szesnastolatku...
- Taaaak? – rudowłosa uśmiechnęła się znacząco. – Niedojrzały szesnastolatek, mówisz...? Coś takiego! - roześmiała się pogodnie.
- Nigdy nie powiedziałam, że Syriusz jest dojrzały, jeśli o to ci chodzi... – wtrąciła, lekko urażona.
- Dobra, już dobra... – Evans znów zrobiła się poważna. – A co z Remusem, hm?
- Z Remusem? – Scarlet jej nie zrozumiała. A raczej wolała nie zrozumieć czegoś, o czym w Hogwarcie mówili wszyscy wokoło.
- Co z nim...? Bo on, chyba... Nie...? – Lily lekko się speszyła.
- Nie. – Green roześmiała się serdecznie. – Nie, nic mnie z nim nie łączy i nie łączyło. Jest moim najbliższym przyjacielem. Z jego strony też nic nie ma. W końcu to on najbardziej gorliwie kibicował mi i Łapie. A ja jestem beznadziejnie zadurzona... – uśmiechnęła się do własnych myśli. Po krótkiej chwili, jakby się obudziła i rzuciła zachęcająco. – Chodźmy na to śniadanie. Lepiej, żeby nie wystygło, skoro Glizdek tak się postarał je zrobić. A po śniadaniu muszę ci coś pokazać. – słysząc pytanie ledwie cisnące się na usta przyjaciółki, uzupełniła. – Coś co powinnaś zobaczyć już dawno temu, ale dopiero teraz zdałam sobie z tego sprawę...


Scarlet poprawiła się na siedzeniu i otworzyła lekko okno. Pęd powietrza zmierzwił jej grzywkę i połaskotał w skroń. Tak, dała Lily obejrzeć swoje szkice. I ten portret Syriusza, którego nawet nie pokazała swojemu modelowi. Jej przyjaciółka była pod wrażeniem i próbowała wychwalać talent jasnowłosej, ale ta się nie dała. Głupio było jej wysłuchiwać komplementów na temat tego, co po prostu lubiła robić. Ale ten gest je do siebie zbliżył. Przestały mieć przed sobą tyle tajemnic. Tydzień nad morzem obfitował w wydarzenia, które normalnie byłyby czymś zwykłym, ale ze względu na wakacje zapadły im w pamięć jako coś wyjątkowego. Potem streszczenie całego wyjazdu Rebece zajęło Scarlet kilka dni. Matka nie mogła pojechać, ponieważ miała pracę. Zostawiła tez sobie w domu Stróżkę, wobec czego młodzież musiała sobie sama ze wszystkim radzić. Scarlet i Syriusz nie robili wiele, bo niewiele potrafili. Oboje pochodzili ze starych rodów czystej krwi, więc wszelkie prace domowe i kuchenne wykonywały za nich skrzaty domowe. James i Remus zajmowali się sprzątaniem, a Lily i Peter gotowaniem. Jakoś przeżyli ten tydzień bez większych problemów i niesnasek. Jasnowłosa poprosiła, żeby Rogacz dał spokój Evans, chcąc uniknąć wybuchowych kłótni. Chłopak jej posłuchał – nie robił częstych uwag w stronę rudowłosej ani jej wyraźnie nie podrywał. Lecz ona i tak traktowała go jak powietrze. Green z Łapą też nie miała żadnych nieprzyjemności, co było chyba stanem wyjątkowym, w sytuacji gdy w ogóle się do siebie odzywali. Bo jeśli nie, to logiczne było to, że się nie kłócili. Tym razem bardziej zajmowali się sobą niż sprzeczkami, wiedząc, że do końca wakacji nie znajdą już czasu na spotkania.
Tak, wiele się działo podczas tego tygodnia. Scarlet pamiętała wszystko, jakby dopiero wróciła znad morza. Pamiętała, jak odbyła się konfiskata różdżek, żeby Jamesowi nie wpadło znów do głowy jakieś czarowanie. Dobrze je ukryła, bo Rogacz nie znalazł ich przez cały tydzień, a wiedziała, że szukał ich bardzo intensywnie. Wystarczyło tylko zrobić trochę miejsca za książkami stojącymi na półce w saloniku. Jasnowłosa czuła, że pozycje o tematyce historycznej zniechęcą Pottera i miała rację. Pamiętała też chwilę grozy, gdy Edo ściągnął z głaszczącej go ręki Rogacza zegarek i zbyt szybko próbował go połknąć. Zaczął się dławić swoją zdobyczą i nikt nie wiedział za bardzo jak mu pomóc. W końcu jakoś udało im się sprawić, że zegarek wylądował na podłodze. Jednak zanim James go wziął, Edo z powrotem go złapał i tym razem bez trudu rozgryzł i połknął. Potter, pomimo tego, czego się spodziewano, roześmiał się i życzył stworzonku smacznego. Nie mieli niestety dobrej pogody do opalania, ale nie przeszkadzało im to chodzić się kąpać i spacerować po plaży. Remus pokazał im mugolską grę, nazywaną siatkówką, która bardzo zainteresowała resztę chłopców. Z pomocą Lily ustalili jakieś zasady i już tego samego dnia zabrali się za konstruowanie prowizorycznej siatki. Mieli przy tym kupę zabawy, bo nieczęsto zdarzało im się robić coś bez użycia magii. Syriusz poddał się z mocowaniem siatki na wbitych w połączone ze sobą deski gwoździach, kiedy po raz szósty uderzył się młotkiem w to samo miejsce. Odszedł na bok, do przyglądających się pracy dziewczynom i wyżalił się Scarlet. Kiedy ta uraczyła go jedynie jednym, średnio czułym : „Biedactwo...”, trochę się zezłościł. Wziął ją pod pachę i, częściowo przeciągając po piasku, wrzucił do lodowatej wody. W odwecie ona jego też wywróciła. Zaczęli się chlapać. Reszta, widząc jak dobrze się bawią, szybko porzuciła pracę nad siatką i przyłączyła się do dwójki w morzu. Wieczorem, całą szóstką, ramię w ramię grzejąc się przy kominku, stwierdzili, że większych szaleńców świat czarodziei nie widział. Bo oni byli szaleni, pijani młodością i szczęśliwi, że nie mają oporów, żeby popełniać głupstwa.

***

Ten rozdział jest pewnym zakończeniem. Zakończeniem pewnego etapu w życiu moich bohaterów, końcem księgi pierwszej całej historii. Bo od nastepnego zaczną się nowe wątki, będzie trochę więcej tajemnic i kolejne etapy w ich drodze do dorosłości. Bo czym innym jest ta historia, jak nie opowieścią o dorastaniu? Dla niektórych pewnie rozrywką, opowiadaniem, które pojawia się często i zawsze miło je przeczytać, bo wciąga i autorka ma trochę więcej warsztatu niż przeciętna trzynastolatka pisząca swoją pierwszą opowiastkę na blogu. Bo dla mnie jest moim kochanym dzieckiem. Pierwszą długą historią, którą odważyłam się publikować i obserwować jak rośnie. Niezmiernie cieszę się, że są ludzie którzy to czytają i lubią, ba, twierdzą że jest "cudowne". A ja wciąż ślepo dąże do doskonałości w słowie, w stylizacji, w budowaniu zdań i akapitów, w kreowaniu świata, w poruszających opisach działających na wyobraźnię i w zabawie nad psychologią postaci. Kocham pisać i to jest coś co chcę robić w życiu...
Wiem, zabrzmialo to jak pożegnanie, ale to tylko wstęp do nowego etapu mojej pracy. Dla siebie i przede wszystkim dla Was, moi drodzy czytelnicy, chcę się rozwijać. Tak więc zapowiadam rozdziały trochę rzadziej, może dłuższe, może i udoskonalone pod względem literackim. Dość "odwalania" i zmuszania się do napisania! Zapowiadam też nowe projekty, z których zapewne jakiś trafi do internetu, ale wolałabym się skupić na czymś, z czym chcę zacząć chodzić do wydawnictw.
To także podsumowanie, bo wielkimi krokami zbliża się 10.000 wizyt, rok tego ff i tzw. księga druga... Następny? Jak burza w moim życiu trochę się uspokoi, albo jak będę chciała od niej na chwilę uciec...

Lena
komentarze [7]

Rozdział 33 : Mądrzejsi >> środa, 16 lipica 2008 20:09:30
Zmusiłam się i napisałam. To nie tak, że nie mam weny. Ale jakoś nie bardzo mi ten rozdział się pisał. Krótszy niż poprzednie, ale chyba nie taki zły. Dobrze bawiłam sie na wyjeździe, mimo tego, że nie było tak, jak sobie wyobrażałam. Przede wszystkim dlatego, ze ój kumpel w ostatniej chwili się wyłamał. Mniejsza o całą historię, wciąż mnie bulwersuje i nie chcę o tym mówić, bo się rozgadam. Nie o to tu chodzi.
Ostatnio myślałam o zmianie szablonu. Ale chciałabym coś oryginalnego. Sama nie potrafię robić szablonów... No, dobra, wiem mniej więcej jak to się robi, ale nigdy nie próbowałam. I wolę nie próbować. Brak mi cierpliwości ^^ Przejdę do rzeczy. Jeśli ktokolwiek kto się na tym zna i lubi to robić, byłby chętny do zrobienia dla mnie szablonu, to będę bardzo wdzięczna. Wystarczy wpisać się do komentarza, albo odezwać się na gg (6969918), ja się jakoś skontaktuję i może jakoś się dogadamy...
EDIT: BETA: Mooniak (nadrobiła zaległości ^^)
* jean-lily-huncwoci - nie mam Twojego nr ^^ Mój jest powyżej, więc jak chcesz, to zagadaj ^^


***

Następnego dnia, około południa w starej posiadłości Green’ów zrobiło się nagle gwarno i tłumnie. Obecność czwórki rozbrykanych Huncwotów ożywiła to miejsce. Już od wejścia zaczęli broić. Remus, który dotarł pierwszy, przywiózł w prezencie małą roślinę o dużych, ciemnozielonych liściach oraz ogromnym, fioletowym, nakrapianym na limonkowo kwiecie, w prostej doniczce. Wszystko wydawało się w porządku, dopóki Scarlet nie zobaczyła, że niesiony przez nią okaz botaniczny spokojnie żuje jej włosy. Wystraszyła się nie na żarty, ale słysząc zduszony chichot chłopców, postanowiła zachować zimną krew. Delikatnie wyswobodziła się z mięsistych płatków, odsuwając od siebie donicę i niosąc ją na wyciągniętych rękach. Prędko zorientowała się, że to co wcześniej brała za pączek, jest wielkim, niebieskim okiem i że patrzy na nią z wyraźnym wyrzutem. Gdy w końcu zapytała o to Lupina, ten przyznał, że ta roślina ma w sobie więcej życia, niż powinna i że wie o tym od początku. Stwierdził, że jest zabawna i potrafi być świetnym zwierzątkiem domowym, w przeciwieństwie do rozwydrzonego kota Scarlet. Dziewczyna ze spokojem zniosła również uwagę o tym, że roślina może często domagać się pieszczot. Po postu tak było... łatwiej?
Niedługo potem, zjawił się James, trochę w złym humorze. Jak się okazało, przygotowany przez niego psikus, związany z pojawieniem się przed drzwiami Green w pelerynie niewidce nie wypalił, ponieważ nie mógł jej znaleźć. Odrobił to sobie, kiedy przybył Peter. Wyczarował kremówki ze skrzydełkami, które już w progu zaatakowały jego przyjaciela, goniąc go po całym ogrodzie. Gdy pozostała czwórka stała w progu, zwijając się ze śmiechu, na górze rozległ się głośny huk. A po chwili, kiedy zdążyli umilknąć, głośne dudnienie po schodach. Zdumiona grupka młodych czarodziei spojrzała po sobie, w prawie identyczny sposób, ściągnięty od Lily, unosząc wysoko brwi. Nie minęła minuta, jak wszystko się wyjaśniło, chociaż nie należało do rzeczy, w które łatwo uwierzyć. Między nimi, na chudych nóżkach przegalopował prezent od Lunatyka.
- No tak! – Remus nagle uderzył się otwartą dłonią w czoło. – Stał przy oknie i zobaczył te latające kremówki! – widząc jeszcze mniej rozumiejące miny przyjaciół, dodał. – Wujek mówił, żebym uważał, bo to wyjątkowo ciekawski okaz, nawet jak na nie.
- Mniejsza o to... – Scarlet westchnęła. – Trzeba by go złapać i to szybko. Zanim zgubi się gdzieś w tym ogrodzie i będzie zżerał matce pelargonie. Albo ucieknie za bramę i będzie straszył niewinnych mugoli.- zanim skończyła James i Remus wybiegli śladem dziwacznego kwiatu.
Remusowi wystarczyła ukryta w głosie Scarlet prośba o pomoc. Czuł się trochę winny, bo to on przyniósł do jej domu ten niewielki, nakrapiany kłopot. Natomiast James po prostu przypomniał sobie złość własnej mamy, kiedy przez przypadek wysadził jej wypielęgnowane kwiaty. Trudno zapomnieć zapach przepysznych obiadów i kolacji dochodzący z kuchni, gdy dostał zakaz opuszczania swojego pokoju, a do jedzenia przytrafiało mu się to, co zostało na stole. W domu była dwójka dalekich kuzynów w okresie gwałtownego wzrostu, więc niewiele tego było.
Jasnowłosa chciała już podążyć za nimi, ale poczuła mocny chwyt na nadgarstku i zupełnie kontrastujące się z nim dotknięcie u nasady szyi. Odwróciła głowę, patrząc z niemą prośbą na szczerzącego zęby Syriusza. Ten jak gdyby nigdy nic przyciągnął ją bliżej siebie.
- Łapa, proszę... Zobaczą nas... – mruknęła, kiedy jego twarz coraz bardziej się zbliżała, a duża dłoń kojąco przeczesywała włosy tuż nad karkiem.
Wczoraj jej matka nic nie powiedziała, kiedy wrócili z pomostu trzymając się nieśmiało za ręce. Poklepała tylko Scarlet po plecach, jakby jej czegoś gratulowała, a Syriuszowi nałożyła o połowę więcej kolacji niż zwykle. Migrena przeszła jej jak ręką odjął. Ale i tak poszła wcześniej spać, zostawiając młodych samym sobie. Syriusz, złakniony kontaktu przez to, że tyle czasu musiał się hamować, nie puszczał Green przez cały wieczór. Trzymał ją blisko siebie, albo lekko przytulając, albo obejmując, albo chociaż głaszcząc wierzch jej przedramienia. Rozmawiali niewiele, milczenie wydawało im się odpowiedniejsze. Jedyne co powiedzieli, to krótka wymiana zdań na temat tego, czy od razu afiszować się z tym, że coś się dzieje. Jednomyślnie stwierdzili, że na razie nie chcą. Obydwoje lękali się, iż zbyt wczesne obwieszczenie światu całej sytuacji, może ją bardzo łatwo rozwiać.
- I co z tego...? – zapytał cicho, łaskocząc ją swoją grzywką w nasadę nosa. Nagle odsunął się i zasłonił usta dłonią. Zdążył w ostatniej chwili. Kichnął głośno i pociągnął nosem. Ona w tym czasie już mu uciekła, goniąc za niesfornym kwiatem. Wolał chyba to, niż zepsuć panujące między nimi przyjemne napięcie kichnięciem jej prosto w twarz. Nie widząc innego wyjścia, podążył za wszystkimi, w szaleńczą, pełną śmiechu gonitwę po ogrodzie.
Kwiat znaleźli w kącie ogrodu, gdzie podskakiwał nerwowo, wysuwając spomiędzy barwnych płatków coś, co w normalnej roślinie wyglądało jak gruby słupek, ale jemu służyło najwyraźniej za język. Łapał tym krążące wokół zrezygnowanego Petera kremówki i przełykał ze smakiem. Glizdogon jasne włosy miał pozlepiane słodkim kremem, a rzęsy wilgotne od łez. Dyszał ze zmęczenia. Jednakże nie zarzucał nic Rogaczowi, co wydało się Scarlet dziwne, ale dla Huncwotów było chyba normalne. Chłopcy złapali trochę wyrywający się kwiat, lecz tylko na chwilę. Sprytnie wywinął się ich dłoniom i jednym potężnym susem znalazł się w ramionach jasnowłosej. Umościł się tam wygodnie wydając z siebie coś na miarę kociego mruczenia, przypominające trochę skrzypienie dorosłych sosen na silnym wietrze. Gdy wszyscy zaczęli się śmiać, wysunął długi język i zaczął wylizywać krem z włosów Pettigrew, zostawiając na nich coś, co przypominało zielony, lepki sok.
- Remusie, co to za roślina, co? – zapytała w końcu jasnowłosa
- Tak właściwie to nie roślina. Takie stworzonko zamieszkujące lasy równikowe i wyjadające zapasy z plecaków odważnych mugoli, którzy zapuścili się w dziksze rejony puszczy. Niektóre plemiona je hodują, by wykorzystywać ich ślinę do leczenia poważniejszych chorób. Poza tym robią za zwierzątka domowe. Mój wuj dużo podróżował i kiedyś dostał taką parkę, która niedawno mu się rozmnożyła. – wyjaśnił cicho.
- I to jest jedno z młodych, tak? – James pogładził jeden z górnych płatków. Cofnął jednak rękę, kiedy wściekle niebieskie oko zwróciło się w jego stronę.
Lunatyk przytaknął.
- Wuj oddał nam go, twierdząc, że u niego zrobi się zaraz za tłoczno. Jego żona jest w ósmym miesiącu drugiej ciąży i podejrzewają, że znów będą bliźnięta. Z rodzicami mamy trochę za mały dom i ogród na trzymanie jakiegokolwiek zwierzaka, nawet w doniczce, więc pomyślałem, że oddam go tobie... – Lupin popatrzył na Scarlet z przepraszającą miną.
- One są w ogóle legalne? – wtrącił Syriusz, uważnie przyglądając się dziwnemu stworzeniu, które beztrosko ułożyło łepek na piersi dziewczyny.
- Tak, są. Chociaż u nas mało znane. Poza tym trudno im się przystosować do naszego klimatu. W zimie dużo śpią. – zaczął pomagać Peterowi otrzepywać się ze źdźbeł trawy, ziemi ogrodowej i liści.
- Muszą mieć jakąś nazwę, prawda? Bo albo jej nie podałeś, albo ja nie dosłyszałam. – Scarlet uśmiechnęła się lekko, słysząc cichy oddech istoty na swoich rękach.
- Wiesz... – Lunatyk zmieszał się lekko. – Po angielsku nie ma, a w języku Indian jest nie do wymówienia... – zastanowił się przez chwilę. – Wuj mówił, że tłumaczy się to chyba mniej więcej jako Lazurowe Oko, ale nie jestem do końca pewien...
- Lazurowe Oko, tak? – dziewczyna przyjrzała się stworzeniu po raz kolejny, tym razem dostrzegając w nim coraz więcej uroku. Bo dlaczego coś, co ma tak romantyczną nazwę, nie ma być czarowne...? – Jest słodki... – uśmiechnęła się, czując jak niby-kwiat mocniej się w nią wtula.
Chłopcy spojrzeli po sobie. Wszyscy dobrze znali ten ton u dziewczyny. Peter słyszał go od swojej matki, kiedy zwracała się troskliwie do niego. Remus parokrotnie przyłapał profesor Sprout, gdy rozmawiała z roślinami, które właśnie podlewała. James znał podobny ton pobrzmiewający w głosie rozchichotanych fanek, czekających na niego pod szatnią, po kolejnym meczu quidditcha. Syriuszowi natomiast kojarzył się on jedynie ze śpiewnym świergotaniem jego matki, zwracającej się do Regulusa. Bo kiedy mówiła do niego, jej głos nagle twardniał i stawał się skrzekliwy. W każdym razie, był to ton, którego kobiety używały, chcąc zrobić z kogoś lub czegoś swojego pupila.
- Trzeba wymyślić mu jakieś imię, skoro nie chcesz go oddawać... - zaproponował Lunatyk, poparty pomrukiem aprobaty.
- Hmmm... Może Lapis? Od tego kamienia... – James ochoczo zabrał się do pomocy przy wyborze imienia, wcale o to nieproszony. – Albo Turkus.
- A nie lepiej Ospa? – rzucił Syriusz, który najwyraźniej nie lubił nowego zwierzątka Scarlet.
- Łapa...! – jęknął z wyrzutem Peter.
- No co? Ma przecież plamki... – Black wzruszył niewinnie ramionami.
- ... Aqua też jest fajne... – Potter kontynuował wyliczanie swoich pomysłów.
- A może niech Scarlet wybierze...? – przerwał mu cicho Remus.
Wszyscy spojrzeli wyczekująco na jasnowłosą. Ta zastanowiła się chwilę i rozejrzała uważnie. Musnęła wzrokiem ogród, resztki ciastek na trawie i stworzenie wydające w tej chwili mlaszczące odgłosy. Chyba ze szczęścia.
- Niech będzie Edo*...! – odpowiedziała pogodnie, całkowicie świadoma swojej decyzji.

Scarlet westchnęła cichutko, żeby Remus tego nie dosłyszał. Oczywiście jej się nie udało. Jej zdaniem, chłopak przez swoją wilkołaczą przypadłość, miał wyczulony słuch, jak u wilka, a przynajmniej bardziej czuły niż u zwykłego człowieka. Lupin popatrzył na nią badawczo, mrużąc oczy wystawione na pełne słońce. Pokierował łódkę w stronę środka jeziora, po czym wciągnął wiosła na pokład, pozostawiając ich na pastwę wiatru. Byli sami. James i Peter odpłynęli gdzieś w poszukiwaniu tajemnic na brzegu, a Syriusz musiał zostać w domu, bo po obiedzie objadł się śliwek i rozbolał go brzuch. Green podejrzewała, że po prostu tak okazuje jej swoje niezadowolenie, że nie chce być blisko niego tak często, jak on by chciał. Nie na tym to polegało. Jasnowłosa bardziej pragnęła jego bliskości, niż mógł sobie wyobrazić. Bo kiedy w końcu wiedziała, że nie jest w tej burzy sama, i kiedy już chwyciła wśród nawałnicy jego silną, pewną rękę, mogłaby jej już nigdy nie puszczać. Paraliżował ją jedynie strach, że jakakolwiek ingerencja z zewnątrz może przekonać go, żeby poluźnił uchwyt i odciągnąć ją wbrew jej woli. Być może przesadzała, ale odrobina ostrożności nigdy nikomu nie zaszkodziła.
Lunatyk popatrzył na swoją przyjaciółkę. Podwinęła pod siebie nieśmiało, lekko opalone nogi w dżinsowych szortach i skuliła ramiona w przylegającym topie. Pamiętał ją z czwartej klasy – alienująca się, skryta w sobie i chorobliwie nieśmiała dziewczyna, kryjąca wszystkie dobre cechy pod maską szarości. A przede wszystkim taka samotna i nie rozumiana. Potrącona na korytarzach i mijana niezauważona, kiedy zbierała z posadzki to, co ktoś właśnie wytrącił jej z ręki. Trochę zaniedbana, a raczej nie zwracająca uwagi na swój wygląd, jakby żyła tylko dla siebie. Ciągle z nosem w nowej książce, albo podręczniku, pilnie odrabiająca prace domowe, albo bazgrząca coś w tym swoim ukochanym szkicowniku. Dopiero teraz uświadomił sobie, że jeszcze ani razu nie pochwaliła się mu żadnym swoim rysunkiem. Patrzył na nią teraz. Zasłoniła twarz włosami, patrząc na migotliwą taflę jeziora, zasłuchana tylko we własne myśli. Bardzo przypominała tamtą dwunastolatkę, której kiedyś pomógł oczyścić książki z atramentu, gdy ktoś wytrącił jej torbę z rąk. Sprawiała wrażenie innej, samotnej i odizolowanej od świata wokół. Trudno było przekonać siebie, żeby coś do niej w tej chwili powiedzieć.
- Coś się dzieje, prawda? – zapytał usilnie starając się zabrzmieć naturalnie.
Zmierzyła go obcym spojrzeniem, jakby zadał najgłupsze pytanie na świecie.
- Nie. – odpowiedziała krótko i z powrotem schowała się za kotarą cynamonowych włosów.
Nie uwierzył. Ale nie pytał więcej. Po prostu obserwował i próbował zabawić się w detektywa. Możliwe, że Syriusz ją odtrącił, nawet nie bezpośrednio. Wystarczył jeden gest lub słowo, źle przez nią zinterpretowane. Wilkołak wiedział, że Black wpadł tym razem po uszy. Znał go przecież od lat. Jednym z wyraźnych symptomów było to, że po pierwszej, nieudanej próbie otwarcia się, bał się spróbować znów. Coś musiało się między nimi wydarzyć, Remus chciał tylko wiedzieć co. Byli razem przez kilka dni, sami, więc wiele mogło się wydarzyć.
Na łódce nie odezwał się do niej ani słowem, ona też nie była skora do rozmowy. Spotkali się z pozostałą dwójką przy pomoście. Scarlet obrzuciła te stare wilgotne deski jakimś takim rozświetlonym spojrzeniem, co nie umknęło czujnej uwadze Lupina. Ale zaraz znowu się nachmurzyła. Od paru dni była taka. Właściwie ostatni raz widział jej prawdziwy uśmiech, kiedy planowali jak urządzić zagrodę dla Edo. Tydzień w posiadłości Green’ów szybko dobiegał końca, zbliżał się wyjazd do domku letniskowego, a jej nastrój jakby się pogarszał.
Wrócili całą czwórką do domu. Glizdogon i Rogacz opowiadali im radośnie, co zdołali znaleźć w gęstym lesie. Remus wykazywał uprzejme zaciekawienie co jakiś czas mówiąc: „To super!”, „Chciałbym to zobaczyć...!” albo „Interesujące...”. Jednakże wciąż nie spuszczał oka z jasnowłosej. Szła trochę z przodu udając, że słucha relacji Jamesa i Petera, ale tak naprawdę była głęboko zamyślona. „Rozmarzona” nie było słowem, które pasowało w tym przypadku, bo nie wydawała się być szczęśliwa. Raczej pełna trosk. W domu zastali Black’a, wyglądającego już dużo lepiej (przynajmniej nie był zielonkawy) i pogodnie gawędzącego z panią Green, która na ich widok klasnęła w ręce.
- Na pewno jesteście głodni. – uśmiechnęła się do Pettigrew, który zaczął energicznie kiwać głową. – Podwieczorek jest gotowy, trzeba go tylko przynieść z kuchni. Stróżka sprząta w bawialni, bo pod waszą nieobecność Edo wymknął się z zagrody i zrobił napad na skrytkę z bombonierkami. – uśmiechnęła się znacząco do swojej córki.
- Pójdę po niego. – skierowała się w stronę kuchni.
- Pomogę jej! – rzucił gorliwie Łapa, zrywając się z kanapy i pospieszył za Scarlet.
Potter i Pettigrew pobiegli na górę doprowadzić się do porządku po poszukiwaniach w gęstym lesie. Obydwaj byli umorusani i spoceni, a nie chcieli tak siadać do posiłku. Remus został sam z Rebecą Green. Ta kobieta go onieśmielała. Nie mógł sobie wyobrazić, że ktoś tak młodo wyglądający może mieć szesnastoletnią córkę. Ba, nie tylko młodo wyglądający, ale również młody duchem. Matka jasnowłosej towarzyszyła im czasami, chociaż zwykle starała się schodzić z drogi. Lupin z czystym sercem przyznawał, że po raz pierwszy widział, żeby czyjaś rodzicielka tak świetnie latał na miotle, kiedy grali w ogrodzie w miniaturowego quidditcha. Albo tak dobrze znała się na modnych teraz zespołach. Pasjonowała się tym bardziej niż jej córka, więc widać było, że nie robi tego specjalnie, żeby być taką cool mamą. Nie chciał zaczynać żadnej rozmowy, by nie przeżyć kolejnego szoku, a z drugiej strony milczenie było niegrzeczne. Przyjrzał się krytycznie swoim dłoniom. Na skórze zostało trochę ukruszonej farby z łódki.
- Powinienem umyć ręce. – rzucił stanowczo i posłał pani Green lekko przepraszające spojrzenie. Ta uśmiechnęła się jednym ze swoich przyjaznych uśmiechów, co uznał za zgodę na pozostawienie jej samej. Kiedy wychodził z salonu, przerzucała właśnie nogi przez oparcie fotela. Bardzo przypominała w tym geście swoją córkę.
Najbliższa łazienka na parterze znajdowała się właśnie koło kuchni. Lunatyk przystąpił do walki z brudem, mając za broń mydło i gorącą wodę. Kiedy na jego rękach powstała piana, z pomieszczenia obok dobiegł go głośny odgłos tłuczonego naczynia, najpewniej półmiska. Nie zwracając uwagi na pianę na rękach wypadł z łazienki i szarpnął za klamkę drzwi prowadzących do kuchni. Przewidywał kolejną kłótnię, więc widok który zastał odjął mu mowę. Scarlet i Syriusz stali blisko siebie, on właściwie przyciskał ją do jednego z blatów. I całował. Ona wczepiła palce w przód jego koszulki i odwzajemniała, równie entuzjastycznie. U ich stóp leżały resztki dużego talerza z błękitnej porcelany zmieszane z masą, która kiedyś była kremówkami. Lunatyk nie został zauważony i zawsze uważał, że w takiej sytuacji powinien dyskretnie się wycofać. Niestety coś w jego wnętrzu było silniejsze od przekonań i sprawiło, że parsknął głośnym śmiechem. Jego przyjaciele odskoczyli od siebie jak oparzeni. W rezultacie Syriusz zrzucił sobie na buty kolejny półmisek z podwieczorkiem, a Scarlet uderzyła się głową o kant szafki. To nie przeszkadzało jej, żeby skulonej z bólu poniżej poziomu blatu, tłumaczyć się z tego, co zobaczył Lupin.
- My, tego... no... To nie to co myślisz! – syknęła z bólu, bo masowanie rosnącego guza stało się zbyt energiczne. – On się potknął... i... i...
- Nie umiesz kłamać. – przerwał jej Remus, opierając się o framugę i patrząc na nich z szerokim uśmiechem.
- Nie mów nikomu... – rzuciła prawie błagalnym tonem, kiedy Black utytłany kremem do połowy łydek pomógł jej wstać.
- Dlaczego? – Lunatyk przyglądał się jak Łapa gładzi ją czule po głowie, lecz po chwili odwrócił się. Głupio mu się zrobiło, że obserwuje ich w takiej dosyć intymnej sytuacji. W tym momencie odezwała się Green.
- Bo oni będą się śmiać. – odparła ściskając lekko rękę Syriusza.
Lupin popatrzył na nich zdziwiony.
- Z czego? Z tego, że w końcu oboje zmądrzeliście? Wiecie, wszyscy dobrze wam życzą i chyba nikt nie będzie bardzo zaskoczony takim obrotem sprawy. – popatrzył poważnie na parę. – Jak nie chcecie, to nic nie powiem, ale mam nadzieję, że sami zrobicie to jak najszybciej. – uśmiechnął się i wrócił do łazienki, opłukać ręce z piany, która i tak prawie całkowicie ściekła na próg w kuchni.
Syriusz i Scarlet spojrzeli na siebie niepewnie.

- Kremówki podzieliły los półmisków...! – odpowiedział Łapa na pytanie Glizdogona, wchodząc do salonu z tacą pełną różnych owoców. – Scarlet kończy robić kanapki z dżemem, zaraz przyniesie. – dodał, stawiając tacę na środku stołu, między szklankami z ciepłym kakao.
- Szkoda... – westchnął Peter, ale zaraz pocieszył się soczystą brzoskwinią.
- Jeszcze raz przepraszam, pani Green. Tylko ja mogłem potknąć się o próg i rozbić jeden z talerzy, a potem poślizgnąć się na kremie i załatwić drugi. – usiadł na wolnej, dwuosobowej sofie, robiąc skruszoną minę w stronę Rebeci.
- Nic nie szkodzi, naprawdę. Ta zastawa jest w domu tylko od kilku pokoleń, naprawdę nic nie szkodzi. – blondynka rozsiadła się w fotelu z młodzieńczą gracją, która wyjątkowo jej pasowała.
- Pocieszyła mnie pani... – westchnął, zerkając ukradkiem na Remusa. Ale ten nie zdradził się nawet mrugnięciem.
James wrócił do opowiadania ostatniego meczu quidditcha, na którym był z ojcem. Słuchała go tylko pani Green. Jemu to chyba nie przeszkadzało, bo jeszcze mocniej gestykulował i opisywał dokładnie każde zagranie. Gdyby tylko miał taką pamięć do historii magii, to byłby prymusem. Po chwili pojawiła się jasnowłosa, niosąc ostrożnie pokaźny stos kanapek. Postawiła je obok owoców i popatrzyła dyskretnie na Syriusza. Ten skinął prawie niezauważalnie głową. Odetchnęła głęboko i podeszła do dwuosobowej sofy. Łapa wyciągnął rękę i pociągnął ją za ramię, żeby usiadła blisko niego. Zrobiła to, trochę sztywno, ale czując bijące od niego ciepło szybko się rozluźniła i oparła głowę na jego ramieniu. Objął ją lekko, w przeciwieństwie do niej zachowując całkowitą naturalność. Rebeca uśmiechnęła się pod nosem. Lupin nie krył szerokiego uśmiechu. Nie spodziewał się, że tak łatwo ich przekona i tak prędko zdecydują się na przekazanie prawdy pozostałym Huncwotom. Ci patrzyli na wszystko z otwartymi szeroko oczami. Po brodzie Glizdogona pociekł sok z gryzionego właśnie kawałka arbuza, a ręka Jamesa ze szklanką kakao zamarła w połowie drogi do ust. Potter nagle odstawił naczynie, praktycznie wylewając jego zawartość na stół. Nachylił się do przodu.
- Łapa. – skinął rozkazująco i konspiracyjnie zarazem na swojego przyjaciela. Ten wypuścił z objęć jasnowłosą i wychylił się posłusznie. W nagrodę całkiem mocno dostał pięścią w głowę.
- Ała! – odsunął się i spojrzał z oburzeniem na Jamesa.
- Jeśli mi powiesz, że od zawsze wiedziałeś, że pod słowem „szczerość” oprócz mówienia prawdy jest również nie ukrywanie niczego, to dostaniesz jeszcze, tym razem mocniej. – warknął Rogacz, widocznie obrażony.
Wszyscy roześmieli się serdecznie, włącznie z poszkodowanym Syriuszem. Szukający Gryffindoru dumnie odwrócił głowę i wydał z siebie coś, co przypominało fuknięcie.
- No, już... Przestań się boczyć... – Remus poklepał go po ramieniu. – Oni po prostu bali się waszej reakcji...
- To ty wiedziałeś wcześniej?! – przerwał mu gwałtownie, strzelając iskrami zza szkieł okrągłych okularów.
- No.... Tak, ale niewiele... – znowu mu przerwano.
- Ty, Glizdek, pewnie też?!? – zaatakował pulchnego Huncwota.
- Nie, Rogacz, ja... – zaczął, ale Potter wyraźnie go nie słyszał.
- Pięknie! Po prostu cudownie! Zawsze dowiaduję się ostatni! Wszyscy wszystko przede mną wiedzieli...! – jego złość zaczynała wyglądać poważnie. To, że jego najlepszy przyjaciel coś przed nim ukrywał i że inni wiedzieli to wcześniej, bardzo zraniło jego ego. Nie lubił być pomijany.
- Ja też nie wiedziałem... – powtórzył Pettigrew, tym razem trochę głośniej.
Po tych słowach zapadła pełna wyczekiwania cisza. Scarlet próbowała ratować sytuację.
- Rogacz... To wyszło tak niedawno... Nie mieliśmy czasu, żeby...
- Evans wie? – spytał nagle James.
- Nie. – odpowiedziała szybko.
- W porządku... – wydawał się być trochę udobruchany. – Aha, Łapa... Moi rodzice mi dziś odpisali... – zmienił nagle temat.
- Tak...? – Black’owi głos leciutko zadrżał, jakby z emocji.
- Napisali, że możesz u nas zamieszkać. Wiesz, zawsze chciałem mieć brata... – odparł z szerokim uśmiechem, zupełnie jakby przed chwilą nie był obrażony.
Scarlet spróbowała wyglądać, jakby nie była to dla niej zupełna niespodzianka. Powstrzymała się również od zadawania pytań. Milczała właściwie do końca podwieczorku. Myślała o tym, jak zabezpieczyć zapasy przed żarłocznym Edo i co wziąć ze sobą nad morze. Zastanawiała się nawet, kiedy dojdą wyniki Sumów. Byle tylko nie dać rozczarowaniu dojść do głosu.


*Edo, -ĕre, edi, esum (łac.) – jeść, chłonąć; zakosztować czegoś. Dosłownie „jem” ^^ Roeling nadużywała łaciny, to dlaczego ja też nie mogę? xP

***

Następny nie wiem kiedy. Siedzę w domu, brat radzi mi znaleźć sobie pracę. Ale mi się nie chce. Spróbuję napisać w bliższym czasie...
EDIT: Poprawiłam już niedopatrzenie z przypisem ^^ Przepraszam za to xP
Lena
komentarze [12]

Rozdział 32: Wizyta >> sobota, 5 lipica 2008 19:50:39
Uwielbiam ten rozdział. U-W-I-E-L-B-I-A-M. Co też widać po długości. Tym razem długość nie zamierzona, tak jak w poprzednim, gdzie połączyłam po prostu dwa zaplanowane rozdziały. Ten po prostu bardzo dobrze mi się pisało. Pewnie dlatego, że wena dopisuje, bo wypoczęta jestem. Wakacje są cudowną rzeczą ^^
Bez odpowiedzi na komentarze, nie mam siły. Sprzątanie mieszkania wyczerpuje ^^ Za to daję Wam od razu nowy rozdział.
BETA: Mooniak

***

- Nareszcie koniec! – sapnęła z radością Lily, gdy schodziły z marmurowych schodów, w ich ostatni w tym roku szkolnym poranek w Hogwarcie. Przed chwilą zjadły śniadanie, sprawdziły, czy wszystko wzięły z dormitorium i teraz kierowały się w stronę drzwi wyjściowych, razem z tłumem innych uczniów, taszcząc ze sobą swoje kufry.
- Ty i ulga na zakończenie roku? – Scarlet zmarszczyła brwi, przypatrując się bacznie przyjaciółce.
- Ale za to jakiego roku! Poznałam ciebie i Waltera. Potter mnie wkurzył wielokrotnie, ale chyba w końcu dał sobie spokój. – jasnowłosa, znająca lepiej Jamesa, na te słowa uśmiechnęła się gorzko. Chyba trochę było jej żal tego wbrew pozorom sympatycznego chłopaka. – Zdałam egzaminy na Sumy... Znaczy się, to się okaże, czy zdałam, ale na pewno mam je już za sobą i teraz mogę tylko czekać na wyniki. Zostałam raz potraktowana jak specyficzny król Midas i nawet raz obraziłam się potwornie na kogoś mi bliskiego... – posłała Green ciepły uśmiech. - Ale teraz wszystko jest w jak najlepszym porządku i już dziś wieczorem zobaczę się z rodzicami...! - rudowłosa roześmiała się pogodnie. Tydzień odpoczynku po egzaminach zrobił wiele dobrego. Zwykle blada cera pokryła się delikatną, karmelową opalenizną i pokryła jeszcze większą ilością piegów. Włosy odzyskały dawny, miedziany blask i puszystość, przez co otaczały jej twarz pokaźną aureolą. Oczy błyszczały znaną wszystkim uczniom energią, energią do zabawy, odpoczynku, relaksu i robienia co tylko się chce, bo w końcu nadeszły wakacje.
Scarlet milczała przez bardzo długa chwilę. Podsumowywała swój rok. Zmiana wyglądu, z której nie do końca była zadowolona. Wakacje, w trakcie których nabrała pewności siebie i zdążyła się przyzwyczaić do irytujących spojrzeń chłopców. Kłótnie z Huncwotami i poznanie ich sekretu. Jak mogła być tak złośliwa i wykorzystać to, żeby się nimi wysługiwać? Dość przykro zakończona przyjaźń z Walterem Winged’em, który oczekiwał od niej zbyt wiele. Wydarzenia z minionego roku szkolnego trochę jej się mieszały. Pamiętała bójkę ze Ślizgonami, w która wtrąciła się, żeby ratować Lily. I tą w Hogsmeade, gdzie została zraniona w udo. Z biegiem czasu zrozumiała też, że nigdy nie była łagodna i grzeczna. Przez cztery pierwsze lata szkoły żyła jakby w kokonie. Potem motyl uwolnił się z zasłaniającej go skorupy i Scarlet już na samym początku nabawiła się fanklubu i pracy. Teraz nie mogła wycofać się z pozowania. I nie chciała. Praca przypadła jej do gustu, mogła przez chwilę poczuć się dorosła. Chociaż przy rozrabiających na okrągło Huncwotach każdy czuł się dojrzały. Petera Pettigrew cały czas nie znała, pomimo że spędzała z nim dużo czasu. Ale tylko dlatego, że przebywała z jego przyjaciółmi. Pamiętała, jak kiedyś pomogła mu opanować jeden temat z transmutacji. Na tym, niestety, ich bliższe kontakty się zakończyły. A szkoda, bo chciała go lepiej poznać. Intrygował ją, w szczególności interesowało ją to, dlaczego trzyma się z chłopakami. James Potter... Szukający Gryfonów i przez to popularny chłopak. Bardzo, może za bardzo pewny siebie. Bywał bezczelny, czego doświadczyła na własnej skórze. Lecz gdy przychodziło co do czego, okazywał się pomocnym i opiekuńczym przyjacielem. Pod maską zadufanego w sobie pyszałka był naprawdę miły i inteligentny nastolatek. Trzeba było tylko chcieć go lepiej poznać. Albo przez przypadek zepchnąć ze schodów wspólnego przyjaciela i z powodu braku większego wyboru, przełamując konsternację, wypłakać się na jego ramieniu. Cały czas pamiętała ten lęk, który odczuwała, gdy prefekt trafił do Skrzydła Szpitalnego za jej sprawą. Remus Lupin był najlepszym przyjacielem, jakiego można było sobie wymarzyć. Można było przy nim zachować pełną szczerość i spokojnie oczekiwać dobrej rady. Na dodatek nie patrzył na nią jak na dziewczynę. Znaczy się uznawał jej kobiecość i odmienność płciową, ale nie traktował jej przedmiotowo, jak większość chłopców. Dla niego była zwykłym człowiekiem, który od czasu do czasu ma większe lub mniejsze problemy i potrzebuje ciepłego, pocieszającego uśmiechu. Albo po prostu piersi, na której można się wypłakać bez późniejszych wyrzutów sumienia czy wstydu. Był jeszcze Syriusz Black, przystojny i niedbały syn jednego z najstarszych rodów czystej krwi. Jak przystało na panicza, zarozumiały i uważający, że otrzyma i zasługuje na wszystko, czego chce. Przy tym o urzekającej aparycji, dlatego też zwykle otrzymywał wszystko. Scarlet głupio było się przyznać, ale była zdolna wyrwać sobie z piersi serce, usmażyć je nad ogniskiem i podać mu na srebrnym półmisku, jeśli tylko by sobie tego zażyczył. Ale najbardziej chciała zapomnieć o tym draniu i próbować cały czas traktować go jak kumpla, z którym najlepiej jej się kłóci.
Pewien drobiazg, o którym sobie przypomniała, oderwał ją od wspomnień, tych bardziej przykrych i weselszych. Spojrzała na Lily, idącą obok niej i nucącą coś promiennie, pomimo ciężkiego bagażu, który znacznie ją spowalniaj i ograniczał. Obie zostawiały za sobą dróżki z pogniecionej lub wręcz wyrwanej z ziemi trawy.
- Ale pamiętaj, żeby zapytać rodziców, czy możesz pojechać z nami nad to morze, okej? – rzuciła jasnowłosa, przerywając milczenie.
- Jasne. Jeszcze tego samego wieczoru prześlę ci sowę z odpowiedzią. – Evans uśmiechnęła się, a Scarlet pomyślała sobie, że wszystko będzie dobrze. Wszystko, bez wyjątku, nawet takiego potwierdzającego regułę.

Pomachała na pożegnanie Lily, która właśnie szykowała się do przejścia na mugolskie perony razem ze swoimi rodzicami i naburmuszoną siostrą. Peter już dawno zniknął za metalową barierką, razem z dwójką równie szarych jak on czarodziei. Kobieta była niska i pulchna, mężczyźnie też nie brakowało tuszy. Obydwoje byli jasnowłosi i bladzi. Jak widać, Glizdogon odziedziczył cechy po obojgu rodzicach równocześnie. Syriusz też został przed chwilą wyciągnięty z peronu dziewięć i trzy-czwarte za kołnierz. Jego matka była wyniosłą, ładną kobietą i mogłaby się podobać, gdyby nie ta odpychająca niechęć do wszystkiego i wszystkich wokół. Poza tym to bijące od niej przekonanie, iż jest najlepsza, najbogatsza i ma najczystszą krew. Scarlet wzdrygnęła się na samo wspomnienie. Teraz rozumiała, dlaczego Łapa ostatnio chodził taki przybity. Powrót do domu, gdzie czekała na niego matka-tyranka, nie należał do najprzyjemniejszych wakacyjnych perspektyw. James wciąż trajkotał w ramionach stęsknionej matki, eleganckiej kobiety o takich samych, brązowych oczach. Chciał chyba streścić rodzicom cały rok szkolny, zanim dotrą do domu. Ale im to nie przeszkadzało. Pan Potter śmiał się serdecznie, gdy syn przytaczał najlepsze żarty, potrząsając ciemną, potarganą czupryną. Był wysokim mężczyzną o przyjemnej aparycji i pokaźnych, dokładnie przystrzyżonych wąsach. Miło robiło się na sercu, na widok tak zgranej i kochającej się rodziny.
Westchnęła ciężko, zastanawiając się, czy jeszcze długo będzie musiała czekać na swoją matkę. Złapała za rączkę wózka, chcąc zejść z drogi spieszącym się do domów czarodziejom. Poczuła, że tam, gdzie kończy się jej dłoń, zaczyna się inna, trochę szorstka. I to na pewno nie jej. Odwróciła się gwałtownie.
- Nie denerwuj się tak. – Remus uśmiechnął się, nieco rozbawiony jej reakcją.
- A ty mnie tak więcej nie strasz. – pogroziła mu palcem. – Dlaczego jeszcze nie idziesz do domu? Twoi rodzice też mają w zwyczaju się spóźniać?
- Nie, tata już jest. – wilkołak machnął ręką w stronę wysokiego mężczyzny, stojącego w pobliżu przejścia na mugolską część dworca King’s Cross, opierającego się o wózek z kufrem syna.
Patrzył na nich i widząc, że oni odwzajemniają spojrzenie, uśmiechnął się przyjaźnie. Nie byli właściwie tak daleko, więc Green mogła mu się przyjrzeć. Był naprawdę wysoki i dosyć szczupły. Lunatyk zdecydowanie odziedziczył wygląd po ojcu. Co prawda pan Lupin nie był taki zmizerniały na twarzy, ale nie był przecież wilkołakiem. Długie, ciemno-blond włosy miał związane w ekstrawagancki jak na dorosłego mężczyznę warkocz, ale parę krótszych kosmyków opadało mu na czoło, zupełnie jak jego dziecku. Twarz nie należała do nadzwyczajnie przystojnych czy wyjątkowo brzydkich. Taki zwykły, trzydziestoparoletni mężczyzna. Ale te oczy... Ich nie dało się zapomnieć. Orzechowe, o łagodnym wyrazie, emanujące życzliwością i inteligencją. Ubrany po mugolsku, z zaskakującym smakiem i starannością, nie pasował trochę do tego miejsca.
- Mama czeka w domu, bo trzeba jakoś uwiarygodnić ten mit o jej chorobie. – dodał, chcąc zwrócić jej uwagę na siebie, nieco speszony jej dość poufałym kontaktem wzrokowym z jego ojcem. – Twoja matka nigdy nie przychodzi na czas?
- Nigdy. Spóźniła się nawet na swój ostatni ślub. Szkoda, że poczekali, bo obyło by się bez rozwodu... – westchnęła, wypatrując Rebeci w tłumie. Pociągnęła za rączkę wózka, chcąc się przemieścić na bok.
Remus odchrząknął zakłopotany. Ale szybko znalazł wyjście, by zmienić krepujący go temat.
- Daj, pomogę ci. – dosłownie wyjął rączkę wózka z rąk Scarlet i zaczął z lekkością ciągnąc go pod ścianę, spod której miałaby dobry widok.
Jasnowłosa nie mając co ze sobą zrobić, podążyła za nim. Kiedy dotarł na miejsce odwrócił się w jej stronę. Posłała mu groźne spojrzenie, ale po chwili uśmiechnęła się wdzięcznie.
- Dzięki. Nigdy nie mam siły się z tym męczyć.
Zapadła irytująca cisza. James zdążył już zniknąć za barierką, razem ze swoimi rodzicami. A on czekał razem z nią. Jego ojciec jeszcze przez chwilę im się przypatrywał, potem przeniósł uwagę na przewijających się przed nim czarodziei. Scarlet wpatrywała się w barierkę, ale jak na razie wszyscy za nią znikali, a nikt się nie pojawiał. Od tego intensywnego patrzenia zrobiło jej się gorąco. A może to tylko upalny, czerwcowy dzień dał o sobie znać. Remus przebierał palcami po rączce wózka w takt piosenki, której nie znała. Z cichym westchnięciem spojrzała na swoje nogi. Gumowa podeszwa znoszonych, zielonych jak groszek trampek pękła lekko, zwiastując rychły koniec ich ery. Ona, w przeciwieństwie do Lily, wciąż miała nie opalone nogi, których bladość eksponowała w plisowanej spódnicy przed kolano. Zaczęło jej się nudzić. Poza tym obecność milczącego, teraz już nucącego pod nosem prefekta powoli doprowadzała ją do szału. Coraz większe spóźnienie matki pogłębiało ten stan.
- Scarlet... – rzucił cicho Lupin, przerywając w pół dźwięku swój koncert. Uniosła głowę, na znak, że słucha. – Chyba nie powinienem do ciebie przyjechać w lipcu...
- Dlaczego?! – wyrwało jej się głośno, tak że kilka głów odwróciło się w ich stronę. – Dlaczego...? – powtórzyła normalnym głosem, tyle że dużo bardziej stanowczo.
- Syriuszowi może coś odbić. – wyjaśnił krótko, nie chcąc wgłębiać się w szczegóły. Wolał, żeby Green sama doszła do pewnych wniosków, on mógł ją tylko nakierować i kontrolować sytuację, tak, by potoczyła się prawidłowym torem.
- To dlaczego to ty masz nie przyjeżdżać, hm? – utkwiła w nim nakazujące spojrzenie. – Chcę, żebyś do mnie przyjechał, słyszysz? I żadnych wymówek. Stać mnie na zapewnienie wam wszystkim miłego, wygodnego pobytu, wiesz, że pieniądze nie grają roli...
- Nie chodzi o pieniądze... – mruknął. Ciemno-niebieskie oczy potrafiły być bardzo bezwzględne, kiedy tylko ich właścicielka sobie tego życzyła.
- Więc o co? Syriusz będzie świrował, jak zawsze. Spędziłeś z nim pięć lat i się nie przyzwyczaiłeś...? – Lunatyk już miał jej powiedzieć, że nie o zwykłe „świrowanie” Syriusza mu chodzi, lecz w ostatniej chwili się powstrzymał. – Naprawdę chcę, żeby byli wszyscy. Żebyś był ty. Bo chyba nie wytrzymam z matką całych wakacji, bez chociażby tygodnia z bratnią duszą...
- Nad morzem będzie Lily... – wtrącił nieśmiało.
- Nic nie rozumiesz! – zrobiła groźną minę i tupnęła ze złością, co wywołało u niego lekki uśmiech, który zaraz ukrył pod pozorem kichnięcia. – Na zdrowie! Nic, zupełnie, kompletnie nie rozumiesz. To masz być ty, słyszysz...?! – powiedziała to z ogromną pewnością, której nigdy się u niej nie spodziewał.
Rozczuliła go. Ba, wręcz wzruszyła. Ani James, ani Peter, ani Syriusz nie mówili z taką prostotą i tak bezpośrednio, że go potrzebują. Z prostego powodu – byli facetami, a to wykluczało słowne wyrażanie emocji. On, jako kolejny przedstawiciel płci męskiej, nie mógł po sobie pokazać tych uczuć. Uśmiechnął się jedynie ciepło i przygarnął ją do siebie subtelnie. Scarlet była zaskoczona, lecz prędko się rozluźniła, oplatając ramionami jego tors i wdychając zapach lnianej koszuli z krótkim rękawem. Remus poklepał ją po plecach, trochę jak brata, ewentualnie kumpla, a nie przyjaciółkę.
- Kochanie...! – Green dobiegł z tyłu znajomy, chociaż bardzo dawno nie słyszany głos.
Wysunęła się z objęć Lunatyka, posłała mu pożegnalny uśmiech i odwróciła się w stronę matki. Chłopak poklepał ją po ramieniu i nachylił się jej do ucha.
- Do zobaczenia w lipcu. – rzucił cicho, pogładził ją po głowie, teraz już zupełnie po bratersku i odszedł w stronę ojca.
Scarlet uśmiechnęła się do siebie i złapała za rączkę wózka. Po chwili jednak uśmiech zamarł na jej twarzy. Rebeca Green bardzo się zmieniła przez te dziesięć miesięcy. Schudła znacznie, co wpłynęło bardzo źle na jej wcześniejszą, eteryczną figurę. Chodziła, może nie przygarbiona, ale prosta postawa utraciła energię, pewność siebie. Cery poszarzałej od braku światła słonecznego nie ukrył nawet zwykły, mocniejszy makijaż. Scarlet bez słowa nadstawiła lewy policzek, w oczekiwaniu na powitalnego całusa.
- Witaj, córeczko. – tak jak się spodziewała, matka od razu pochyliła się, żeby ją ucałować. Ale w tym powitaniu brakło naturalnego entuzjazmu, natomiast przejawiła się troska i nieopisany strach.
- Cześć mamo. – dziewczyna spontanicznie objęła matkę, czując, że chyba tego jej potrzeba. I nie zadając zbędnych pytań, na które przyjdzie czas potem. A jeśli nawet ich nie zada, to być może Rebeca sama na nie odpowie.
- Jak minął ci rok szkolny? Egzaminy poszły ci na pewno bardzo dobrze, więc nie pytam. – na ustach kobiety przewinął się cień uśmiechu.
- Wszystko w porządku, mamo... – odpowiedziała ogólnie i wymijająco. W szczególności, że imadło boleśnie zaciskające się na jej gardle przeczyło temu, co powiedziała.
- Właśnie widziałam... – tym razem Rebeca uśmiechnęła się tak naprawdę, jakby rozświetlając tym gestem dużą przestrzeń wokół. Poza tym, w tym uśmiechu była lekka ironia. – Kim jest ten miły chłopak? – zapytała konspiracyjnym szeptem, ukradkiem zerkając na dwójkę Lupin’ów, młodszego i starszego, którzy właśnie zbierali się do wyjścia. – I czy jego ojciec jest samotny?
- Maaaamooo... – jęknęła, śmiejąc się krótko. – Nie, nie jest samotny. Jego żona jest ciężko chora i musiała z tego powodu zostać w domu, wiec sam przyjechał po syna. Poza tym nie używaj słowa „miły”, bo u ciebie znaczy ono jedynie „przeciętny”, a nawet „taki sobie”. A on nie jest pod żadnym pozorem przeciętny. Bo to Remus Lupin, prefekt Gryffindoru...
- I...? – kobieta przerwała jej ze zniecierpliwieniem w głosie. Nareszcie przestała wyglądać na tak zmarnowaną i przygnębioną, jak wcześniej. Ale wciąż nie była to Rebeca Green, którą znała jej córka.
- I moim najlepszym przyjacielem. – dodała z czułością. Ale bez fałszu, czy kłamstwa, nawet wobec samej siebie.
- I tyle...? – mina kobiety trochę zrzedła. A tak bardzo chciała poplotkować z córką o sprawach damsko-męskich!
- I tyle. – skinęła stanowczo głową i roześmiała się serdecznie. – Chodźmy do domu, mamuś... – powiedziała tkliwie się uśmiechając do swojej rodzicielki. – Chodźmy do domu, tam się nagadamy, ile będziesz chciała...

- I wtedy Łapa... – Scarlet odchrząknęła. - ... Syriusz zaczął ten swój dłuuugaśnyy wywód o quiddittchu...
- Przepraszam, że ci przerwę, ale od paru dni mam do ciebie dwie sprawy, a ty albo zaskakujesz mnie paplaniną, albo zamykasz się w pokoju z tym swoim notesem... – Rebeca wyciągnęła na kanapie szczupłe, lekko opalone nogi, patrząc na córkę trochę karcąco. Ta nie przejęła się tym spojrzeniem, natomiast ponownie stwierdziła, że musi coś zrobić ze swoją bladością.
- Słucham cię, mamo... – przycupnęła na oparciu skórzanego fotela, układając nogi jak dama i grzecznie składając ręce na podołku.
- Po pierwsze, to bardzo się cieszę, że miałaś przyjemny rok. I, że stało się to trochę za moją sprawą. Cieszę się też, że w końcu masz przyjaciół. Nie byle jakich przyjaciół... – mięsień na kości policzkowej lekko jej drgnął, ale próbowała udawać, że to, czego się zdążyła nasłuchać przez te ponad dwa tygodnie nie zrobiło na niej większego wrażenia. – Po drugie, chciałam niedyskretnie zapytać, dlaczego tak dziwnie się krzywisz, kiedy mówisz o tym Syriuszu? – widząc niepewność córki, uśmiechnęła się, wszystko już wiedząc.
- Syriusz to bufon i idiota. Niedojrzały, egocentryczny i egoistyczny szczeniak o zbyt wielkich ambicjach. Sam nie wie, czego chce...
- Tak jak ty, kochanie... – Rebeca uśmiechnęła się delikatnie i podniosła z kanapy. – Idę wziąć kąpiel. Muszę się trochę zrelaksować.
Jej córka skinęła głową, odprowadzając ją wzrokiem. Cały czas wydawało jej się, że z matką jest coś nie w porządku. Ale jak na razie bała się zapytać, żeby jej nie spłoszyć. Rebeca Green nie należała do kobiet, które łatwo mówią o swoich problemach. Próbowała sobie ze wszystkim poradzić sama, a żaliła się komuś, czy prosiła o pomoc dopiero, gdy sytuacja wymykała jej się spod kontroli albo zupełnie sobie z nią nie radziła. Scarlet westchnęła ciężko. Za cztery dni przyjeżdżali jej przyjaciele, a ona nawet nie wiedziała, kiedy upłynął ten czas od zakończenia roku. Od chłopców dostała tylko listy z potwierdzeniem, że przyjeżdżają i z pytaniami o adres, godzinę, o której mają się zjawić i inne szczegóły. Z Lily natomiast prowadziła regularną korespondencję. Rudowłosa oczywiście zamierzała pojawić się u Scarlet, ale tylko na chwilę, żeby potem pojechać razem nad morze. Green nie wiedziała, jak wytrzyma cały tydzień sama z Huncwotami. Podejrzewała jednak, że martwi się na zapas. Chłopcy potrafili zachowywać się normalnie i nie niszczyć wszystkiego naokoło, a poza tym jej matka wzięła sobie dwa dni urlopu, żeby lepiej poznać przyjaciół córki. Rebeca też nie należała do osób z którymi można było się nudzić.
Wpadła miękko w fotel, przewieszając nogi przez oparcie. Jednak dobrze było we własnym domu. Pachniał taką przyjazną starością, ale był czysty. Stróżka ze względu na swoją alergię używała bardzo delikatnych i bezzapachowych środków czystości. Albo po prostu czarowała. Jasnowłosa lubiła ten wielki gmach, o wysokim piętrze i sufitach, które wydawały się bardzo głębokie, kiedy leżało się plecami na dywanie przed kominkiem. Lubiła te duże okna, przez które wpadało takie ciepłe światło. Cieszyło ją też to, że wbrew modzie panującej w czasach, gdy ten dom zbudowano, ściany zostały pokryte tapetami w jasnych kolorach. Pomimo tego, że był taki pusty w swej wielkości, lubiła go. Podobno, za czasów dzieciństwa jej dziadka, ten dom pełen był dzieci. Ojciec jej matki miał liczne rodzeństwo rodzone, jak i cioteczne oraz stryjeczne, więc w posiadłości Green’ów zawsze było tłoczno i głośno, pomimo jej rozmiarów. Gdzie teraz podziewała się ta liczna rodzina? Scarlet wiedziała to bardzo dobrze. Wciąż pamiętała ukradkową łzę, którą dziadek ocierał opowiadając o straszliwej wojnie, która pochłonęła wielu czarodziei, a była jednym z kaprysów jednego z nich – Grindelwalda. Teraz działo się podobnie, a jasnowłosa mogła się tylko cieszyć, że większość czasu spędza w bezpiecznych murach Hogwartu, a jej matka nie ma zapędów do bycia bohaterką.
Z rozmyślań wyrwał ją natarczywy dzwonek do drzwi. Zerwała się z fotela, pamiętając, że u nich w domu skrzat nigdy nie otwierał nikomu drzwi. Tak było od zawsze i nikt już nie pamiętał, kto to zapoczątkował. W drodze do holu obciągnęła lekko top, żeby nie odsłaniał brzucha i przed lustrem przygładziła włosy. Szła korytarzem, a żyrandole zapalały się przed nią. Jednak czarodziejskie domy miały wiele zalet, na przykład nie musiała biegać z zapałkami i zapalać lamp, albo martwić się o elektryczność. Wyjrzała przez zakurzony wizjer. Przed drzwiami była tylko jedna osoba, ale nie widziała jej twarzy. Przekręciła zamki i otworzyła na oścież drzwi. Nabrała głośno powietrza, zaskoczona tym, kogo zobaczyła.
Na wycieraczce stał nieco speszony i nerwowo przebierający nogami Syriusz Black. U jego stóp leżał szkolny kufer, a przez ramię miał przewieszony niedbale, spory i widocznie napakowany plecak. Na sobie miał rozpiętą, skórzaną kurtkę, mimo, że wieczór był ciepły. Ciemne włosy układały się w pozbawiony nonszalancji nieład, świadczący o dużym pośpiechu i długiej, męczącej podróży. Uwadze Scarlet nie uszło też brzydkie zadrapanie na policzku i nieudolnie zabandażowana, lewa dłoń.
- Uciekłem z domu. – oświadczył nagle, przerywając ciszę.- Nie mam się gdzie zatrzymać i skoro i tak miałem cię odwiedzić za parę dni, to pomyślałem... – zająknął się, spuszczając wzrok.
- Wchodź. – powiedziała z rozczulonym uśmiechem, odsłaniając mu przejście.
- Jeśli to problem, to nie! – rzucił pospiesznie, patrząc to na nią, to na wnętrze holu. – Ja mogę wrócić...
- Gdzie? – przerwała mu, wciąż uśmiechając się zapraszająco. – Gdzie wrócisz, Łapa? Pod most, czy na dworzec? Śmiem podejrzewać, że twoja matka cię nie przyjmie. Patrząc na przykład na to... – dotknęła lekko jego kości policzkowej, tuż nad zadrapaniem. Chłopak się nie odsunął, wręcz przeciwnie, pozwolił jej przyjrzeć się ranie. Ona nagle otrząsnęła się i popatrzyła na niego przytomnie. – Przepraszam, Łapa. Pewnie jesteś potwornie zmęczony i głodny. Wchodź. – zaprosiła go gestem, wycofując się w głąb holu.
Syriusz wytarł buty w wycieraczkę i cały czas z niepewną miną wtaszczył kufer do domu. Przy tym rozglądał się z zainteresowaniem, ale posiadłość chyba nie zrobiła na nim aż tak wielkiego wrażenia. Dziewczyna zamknęła za nim drzwi i posłała mu zachęcające spojrzenie. Z zauważalną ulgą zrzucił na podłogę ciężki plecak.
- Kto przyszedł, kochanie...? – nagle na szczycie schodów pojawiła się jej matka, ubrana w błękitny szlafrok z mokrymi włosami oblepiającymi szczupłe ramiona. Przystanęła, przyjrzała się, zmarszczyła brwi, bo ten młodzieniec nie wyglądał jej na nikogo z rodziny, ani znajomych, ani nawet na natrętnego akwizytora. Ponownie się przyjrzała.
- Mamo, to jest Syriusz Black, opowiadałam ci o nim. Łapo, to moja mama. – przedstawiła trochę kulawo jasnowłosa.
- Ah, witaj, witaj! – Rebeca momentalnie się rozjaśniła, przybrała postawę przyjaznej pani domu i zeszła po schodach, wyciągając w jego stronę rękę na powitanie.
- Dobry wieczór, pani Green. – bąknął wyraźnie speszony tak prędkim powitaniem i strojem matki Scarlet. Uścisnął rękę kobiety, uśmiechając się lekko.
- Co cię tu sprowadza tak wcześnie? Słyszałam, że macie się pojawić za cztery dni... – popatrzyła to na swoją córkę, to na szesnastolatka przed sobą, który próbował wyglądać hardo, mimo zmęczenia i dziwnej rezygnacji.
Scarlet wiedziała, że padnie to pytanie. Ale wciąż nie miała w zanadrzu żadnej wiarygodnej historyjki. A czas naglił. Rebeca przyjrzała się im przenikliwym wzrokiem. Zanim dziewczyna otworzyła usta, zapytała:
- Nazywasz się Black, prawda? – zwróciła się do Syriusza, który kiwnął głową. – Z tych Black’ów?
- Tak, proszę pani.
- Pogadam z żoną kuzyna, ona jest z wami jakoś spokrewniona, chyba jest córką syna, brata twojej babki, czy jakoś tak... Może cię przechowa, a jak nie to postaram się znaleźć ci jakieś lokum na spędzanie wakacji. Jeśli i to nie wypali, zawsze będziesz mógł mieszkać u nas. To taki wielki dom, za wielki dla dwóch samotnych kobiet... – uśmiechnęła się ciepło, widząc jego oniemiałą twarz. – Bo nie wytrzymałeś w końcu ze swoją matką, prawda?
Łapa odchrząknął i szybko pozbierał się z szoku.
- Tak wyszło, proszę pani.
- „Tak wyszło”, mój drogi, podziwiam cię, że tyle z nią wytrzymałeś, bo na pewno nie dawała ci spokoju, ze względu na to, że trafiłeś do Gryffindoru? – chłopak przytaknął. – Tak się składa, że trochę ją znam i powiem ci, że takiej manii na punkcie czystej krwi powinno się zabronić... My tu, gadu-gadu, a ty pewni jesteś bardzo zmęczony. Dojazd do nas mugolskimi środkami lokomocji jest bardzo niewygodny... Stróżka! – Rebeca klasnęła w dłonie, a w holu rozległo się głośne pyknięcie i u jej stóp pojawiła się chuda skrzatka o wielkich, brązowych oczach. Skłoniła się z szacunkiem, czekając na polecenia. – Przetransportuj ten kufer i plecak do zielonego pokoju gościnnego. – popatrzyła jeszcze raz na szesnastolatka. – I przynieś nam do salonu miednicę z czystą, letnią wodą, czyste szmatki, plastry i bandaże. Coś z tym trzeba zrobić. A potem przygotuj ciepły, obfity posiłek, dla tego oto tu młodzieńca. - Skrzatka skłoniła się jeszcze głębiej i zniknęła razem z bagażem Syriusza. – Scarlet, kochanie, zaprowadź gościa do salonu, a ja zaraz do was dołączę. – wskazała na swoje włosy i podeszła do schodów.
- Idź prosto do końca, potem w prawo i wejdź do pokoju, w którym pali się światło. – poleciła jasnowłosa, poganiając chłopaka ruchem dłoni.
Sama ruszyła za nim. Kiedy mijała schody, usłyszała ciche „Pssst!”. Spojrzała do góry. Jej matka wychylała się przez balustradę, uśmiechając się z tryumfem. Otworzyła usta i powiedziała bezgłośnie: „Jest baaaardzooo przystojny! Oby tak dalej!”. Scarlet uśmiechnęła się cierpko i pokręciła głową z rezygnacją. Jej matka nigdy się nie zmieni. Dogoniła Łapę i teraz szła z nim ramię w ramię, szerokim, jasnym korytarzem, zapadając się lekko w miękkim dywanie. Nie mogła zachować się inaczej, prawda? Nie mogła mu powiedzieć, żeby się wynosił i co w ogóle sobie wyobraża, prawda? Nie mogła.
Weszli do salonu, a on trochę niepewnie przysiadł na samym brzegu kanapy. Dziewczyna nie zdążyła zająć fotela, bo pojawiła się Stróżka, cudem chyba utrzymując w ramionach miednicę pełną wody, kilka szmatek i całe mnóstwo bandaży. Z rozbawieniem odebrała od skrzatki wszystkie te rzeczy i położyła je na stoliku do kawy, naprzeciwko Łapy.
- Dziękuję, Stróżko. – uśmiechnęła się do skrzatki, którą bardzo to uradowało. Ukłoniła się, dotykając czołem dywanu i zniknęła z cichym pyknięciem.
- Na początku ręka. – rzuciła zwięźle jasnowłosa, siadając blisko Syriusza, który nie chciał wcale wyciągać w jej stronę zabandażowanej ręki. – No, daj... – ponagliła, mocząc jedną ze szmatek w miednicy. – W przeciwieństwie do ciebie i Remusa, nie mam w zwyczaju gryźć. – zażartowała, próbując w ten sposób jakoś uspokoić rozszalałe serce. Mogła przysiąc, że jego prędkie bicie słychać w cichym pokoju, postanowiła więc mówić, prowadzić rozmowę. Nie chciała, żeby usłyszał to szalone staccato. – To matka cię zraniła?
- Nie, w rękę nie. Zraniłem się, wyskakując przez okno z tymi wszystkimi tobołami. – odparł, patrząc jak rozwija bandaż i krzywiąc się, gdy oderwała go od zaschniętego strupa. Krew znowu zaczęła cieknąć, plamiąc obicie kanapy.
Green rzuciła brudny bandaż na stół i delikatnie ujęła go za nadgarstek, przemywając dosyć głębokie rozcięcie idące na wierzchu, w poprzek dłoni. Nigdy nie bała się krwi, a widok takiego zranienia, na tej konkretnej ręce tylko ją rozczulał. Ale nie dała tego po sobie poznać.
- Nie łatwiej, byłoby zaklęciem? – zapytał nagle, obserwując to, z jaką starannością czyści skaleczenie.
- Ja nie mogę czarować, ty też. – odpowiedziała cicho. Widząc, że otwiera znów usta i przewidując kolejne pytanie, dodała. – Moja matka też nie może. Jest pół-charłakiem, potrafi tylko proste zaklęcia i to nawet nie wszystkie. – wyjaśniła, chcąc rozjaśnić całą sytuację. – Ale to drażliwy temat, nie chce o tym mówić. I tak wszyscy wiedzą, ale nie mówią. W końcu to przykry temat.
- Rozumiem. – aluzja do niego dotarła. Zakodował już sobie, żeby nie oczekiwać czarów w tym domu i się ich nie domagać. – Masz niezwykle fajną matkę. – dodał, zupełnie szczerze, ona jednak nie skomentowała tej uwagi, bo miała na ten temat swoje zdanie.
- A policzek? – zapytała, wrzucając brudną szmatkę do wody i sięgając po czysty bandaż, namoczony przez Stróżkę w eliksirze przyspieszającym gojenie.
- Wywiązała się awantura, poleciało parę zaklęć... – wymijająca odpowiedź tym razem jej dała do zrozumienia, żeby nie wnikać.
W milczeniu zamotała mu bandaż na dłoni. Musiała w końcu popatrzeć mu w twarz, przestać unikać jego wzroku. Głównie przez to, że trzeba było zająć się raną na policzku. Uniosła głowę i zorientowała się, że on przez cały czas szukał jej oczu. Powstrzymała radosny uśmiech i umoczyła kolejny kawałek materiału. Delikatnie dotknęła szmatką jego kości policzkowej. Liczyła na to, że on coś powie, nawiąże rozmowę. Bo ona, mimo, że bardzo chciała, to nie potrafiła znaleźć tematu. Poza tym przyjemniej było jej tak siedzieć na kanapie, lekko stykać się z nim kolanami i chłonąć tą jedyną w swoim rodzaju bliskość. A Łapa trzymał się prosto, w nienaturalnym bezruchu, tylko wodząc wzrokiem za jej oczami, kiedy się pochylała. Westchnęła cicho, podarowała brudnej szmatce towarzyszkę i z iście huncwockim błyskiem w oku, chwyciła za bandaż, którego rolki zajmowały prawie połowę stolika. Zaczęła dokładnie obwijać głowę chłopaka, zostawiając mu otwory na usta, nos i oczy.
- Co ty robisz? – zapytał po chwili, przez którą nawet nie drgnął.
- Obandażowywuję cię. – odparła beztrosko. Kiedy tylko skończyła, odchyliła się, żeby ocenić, swoje dzieło. – No, jak dla mnie, tak wyglądasz znacznie lepiej.
- Dlaczego? Aż tak niemiła ci jest moja twarz? – zapytał cicho, zerkając na nią stalowo-szarym okiem, spomiędzy zwojów bandaża.
- Nie, nie o to chodzi... Tylko... – westchnęła, łapiąc za koniec i powoli go odwijając.
- Tylko...? – powtórzył za nią, nie dając odwrócić swojej uwagi.
W tym momencie akurat weszła Rebeca, z wilgotnymi jeszcze blond-włosami, ubrana w lekką, wrzosową sukienkę za kolano, w której wyglądała niezwykle dziewczęco. Zaprosiła ich na posiłek z miną pani domu i dumnej matki. Nawet nie wiedziała, jak bardzo przysłużyła się w tej chwili swojej córce.

- O której jutro przyjeżdżają chłopacy? – zapytał Syriusz, kiedy mijali bramę wejściową na teren posiadłości Green’ów.
- W południe... – odpowiedziała po chwili Scarlet.
Cztery dni minęły bardzo szybko. Łapa nadal nie przestał się peszyć i krępować, mimo, że pani Green wielokrotnie mu powtarzała, żeby czuł się jak u siebie w domu i że nie musi się zawsze pytać o pozwolenie. I żeby przestał mówić do niej „pani Green”, tylko „pani Rebeco”, jeśli już musi być oficjalny, ale najlepiej żeby mówił po prostu „Rebeco”. Spędzali dni we dwójkę, chociaż kiedy matka dziewczyny była w domu, to starała się nie porzucać córki. Bo mimo tego, że bardzo jej kibicowała, to widziała, że jasnowłosa czuje się nieswojo, zostając tyle czasu sam na sam z Syriuszem. Młodzi czarodzieje nie wrócili już do tej rozmowy z pierwszego wieczoru, ale było widać, że chłopak bardzo chce znać dalszą część jej wypowiedzi. A ona za wszelką cenę nie chciała mu dokończyć. Bo nie była niczego pewna. Liczyła na to, że tych parę dni wyjaśni wszystko, a przynajmniej trochę. W rezultacie tylko więcej się pokomplikowało. Dużo ze sobą rozmawiali, dzięki czemu mieli okazję się lepiej poznać. On mówił o swojej rodzinie, o tym, jak beznadziejnie żyło mu się w domu, z matką. O tym, że zanim poszedł do Hogwartu, to on był ukochanym, pierworodnym synem. Bo kiedy dostał się do Gryffindoru, został zepchnięty ze stołka przez młodszego brata, który robił wszystko po to, żeby wkraść się w łaski rodziców. Ona głównie słuchała i zadawala pytania. Chociaż też trochę opowiadała o matce, o tym, jak trudno im było we dwójkę jej zdaniem i jak bardzo przez to szukała mężczyzny, który zastąpił by jej córce ojca. O swoim ojcu Scarlet nie mówiła w ogóle. Ale on wcale o to nie pytał.
Bez przyjaciół i fanklubu w pobliżu, Black był spokojny, nawet cichy. Nie wygłupiał się, nie rzucał tylu złośliwych uwag i potrafił wykazać się nawet zachowaniem godnym prawdziwego gentelmana. Ale nie był inny niż w szkole. Pewność siebie i poczucie, że może wszystko zostały na swoim miejscu. To doprowadzało do wielu zabawnych sytuacji. Przykładowo, kiedy pewnego ranka Rebeca oddała się relaksującemu ją podlewaniu trawy, stwierdził, że kobieta w jej wieku nie powinna się przemęczać i wyjął jej szlauch z rąk. Nie spodziewał się takiego ciśnienia wody, więc rurka wyrwała mu się z rąk i zaczęła wić się niczym wąż po ziemi. Za każdym razem, kiedy próbował ją złapać wymykała mu się spod dłoni. Gonił ją w asyście przekleństw, dopóki Scarlet się nie zlitowała i nie zakręciła wody. Przez cały dzień wspominały to zdarzenie kolejnymi wybuchami śmiechu, a Rebeca twierdziła, że to kara „za kobietę w jej wieku”. Chłopak wtedy wielce się obruszał i boczył się, dopóki nie zajęło go coś innego.
Odwróciła głowę w bok, patrząc na niego jawnie. Wokół ściemniało się. Szli drogą nad jezioro, na krótki wieczorny spacer, gdzie nie było latarni. A branie latarki było dla młodych czarodziei uwłaczające. Woleli dotrzeć na miejsce po ciemku, znali drogę, więc nie mieli problemu z dotarciem. Rebeca została w domu, z kolejnym napadem migreny. A im chyba w końcu zabrakło tematów do pogawędek. Scarlet, pomimo niewielkiej ilości światła widziała dobrze jego profil, opatrunek na policzku, wyschnięte usta, zmierzwioną grzywkę i subtelny cień rzucany przez długie rzęsy. Syriusz był naprawdę wdzięcznym obiektem do portretowania. I fotografowania. W jego urodzie była czysta, młodzieńcza męskość z domieszką takiej kobiecości, która dodawała mu tylko uroku. Na przykład te długie rzęsy, czy miękkie, gęste włosy. Jasnowłosa bardzo dobrze rozumiała jego fanki, chociaż tak silnie próbowała z tym walczyć.
Dochodzili już nad jezioro, gdzie było trochę pozapalanych lamp i Łapa miał szansę zobaczyć, jak się w niego wpatruje. I tak też się stało.
- Co? – zmarszczył nos. – Coś nie tak? Odkleiło się? – dotknął ręką policzka, sprawdzając, czy plaster dobrze się trzyma. Ale wszystko było w porządku.
Uśmiechnęła się pod nosem. Unikając dalszych pytań rzuciła się biegiem w stronę pomostu, zmuszając go, żeby pobiegł za nią. Oczywiście dogonił ją jeszcze przed brzegiem. Każdy by to zrobił, bo Scarlet nigdy nie biegała szybko. I wcale nie chciała się tego nauczyć. Posłała mu uśmiech i tanecznym krokiem weszła na pomost, którego koniec ginął w ciemności, bo zachodzące słońce skryło się za lasem. Wokół głośno było od cykad, żegnających swoim śpiewem kolejny dzień, znowu tą samą kołysanką usypiając słońce. Syriusz szedł za nią, próbując odgadnąć, o co jej chodzi. Dziewczyna bez lęku weszła w mrok i zatrzymała się dopiero na samym końcu pomostu. Usiadła na wilgotnych deskach, nie przejmując się stanem pięknej spódnicy w geometryczne wzory, zwieszając nogi nad wodą. Łapa przycupnął obok niej, patrząc w dal. Milczeli dłuższą chwilę.
- Skoczyłbyś dla mnie do jeziora, gdybym cię poprosiła...? – wyrwało jej się nagle, zanim zdążyła ugryźć się w język.
Black spojrzał na nią szeroko otwartymi ze zdziwienia oczyma. Po czym uśmiechnął się tylko do siebie. On już był pewny i nie potrzebował nic więcej. Chociaż słodki uśmiech nigdy by nie zaszkodził.
- Hmmmm... – zastanowił się teatralnie. – To trudne pytanie... Chyba to zależy...
- Zależy... od czego? – znów jej usta zachowały się nieposłusznie i zadały pytanie, zanim ona zdołała się zastanowić i rozstrzygnąć najlepiej maskującą wypowiedź.
- Od tego, co za to bym dostał. – odparł, tym razem nie kryjąc uśmiechu pełnego pewności i doskonale wiedząc, że nawet przy tym świetle ona go zauważy.
Scarlet zacisnęła mocno szczęki. A może warto spróbować, chociaż taki flirt mógł ją zdemaskować. Nie zdawała sobie sprawy, że już ją rozgryzł. Gdyby wiedziała, pewnie wszystko skończyłoby się inaczej.
- Zależy, czego byś chciał... – rzuciła, po chwili głębszego namysłu.
Syriusz odgarnął cynamonowe włosy z jej karku. Czuła, że jego dłoń lekko drży. Nie miała pojęcia, czy zaliczyć to do dobrych znaków, czy nie... Nachylił się i leciutko, prawie niezauważalnie musnął ustami jej wargi.
- Tego. – szepnął, łaskocząc ją oddechem w podbródek.
Green nie zdołała nic powiedzieć. Albo jakiś błysk w jej oczach, albo po prostu przyzwalająca myśl, dały mu do zrozumienia, że to jest mu w stanie dać. Syriusz pocałował ją z nową dawką energii. Scarlet, zanim się zatraciła, pomyślała, że może zostać tak w jego ramionach na zawsze. Czuła się dobrze, było jej ciepło i bezpiecznie. I to wrażenie, że może krzyczeć z radości... Nie było chyba dla niej lepszych warunków.
Pocałunek trwał długą chwilę. Łapa odsunął się od niej, pogładził po głowie, tak jak się głaszcze grzecznego psa i gwałtownie wstał. Ona odsunęła się, zaskoczona tym zachowaniem. Jeszcze bardziej zdziwił ją, kiedy chwycił za dół swojej koszulki i ściągnął ją przez głowę, zostając w samych spodenkach. Rzucił bluzkę niedbale na pomost. Zdjął także buty i skarpetki, ale te ustawił równiutko obok siebie. Dostrzegł nie rozumiejące spojrzenie jasnowłosej i uśmiechnął się nonszalancko.
- Umowa jest umową, nieprawdaż? – i skoczył.
Scarlet osłoniła się przed rozbryzgującą wodą i podniosła się z pozycji siedzącej. Z dołu doszło ją radosne prychanie i parskanie.
- Syriusz...! Ty idioto! Po co żeś to zrobił, co?! No, po co?! – krzyczała w ciemność, bo pod pomostem nie było widać już nic.
- Ja dotrzymuję słowa! – odkrzyknął, śmiejąc się z jej reakcji. – Długo mam tu siedzieć, bo woda jest strasznie zimna...?
- Wyłaź! Już! Przeziębisz się...! – próbowała go wypatrzeć, ale nie dała rady. – Spróbuj popłynąć po lewej stronie pomostu, do drabinki. Tam się spotkamy... – rzuciła, a kiedy usłyszała mrukliwe potwierdzenie i odgłos płynięcia, rozejrzała się za jego koszulką.
Podniosła ją z desek, otrzepała, przewróciła na prawą stronę i ładnie złożyła. Wszystko to robiła z czułością, ciesząc się, że on jej w tej chwili nie widzi, bo na pewno by ją wyśmiał. Podeszła do drabinki, akurat kiedy on zaczął się po niej wspinać. Wyłonił się spod desek, ociekający wodą i lekko siny z zimna, ale roześmiany.
- Jesteś głupi, wiesz... – mruknęła, tym razem bez lęku patrząc mu w oczy.
- Dla ciebie zawsze... – uniknął kuksańca i znów się zaśmiał.
Westchnęła ciężko, wyciągając w jego stronę koszulkę. Syriusz spojrzał to na ubranie, to na nią. Złapał ją za szyję lodowatymi rękoma, podtrzymując jej podbródek. Jej pełen wyrzutu pisk zamarł w kolejnym pocałunku. „Chyba to jest to.” pomyśleli w tej samej chwili, nie zdając sobie z tego sprawy. Chyba to było to, bo jakoś mu się nie spieszyło, żeby się ubrać, a jej, żeby zimne krople wody przestały łaskotać ją w dekolt i plecy, ściekając zgodnie z siłą grawitacji.


***

Jutro wyjeżdżam i wracam 13 lipca wieczorem. Z tego powodu, na następny sobie poczekacie trochę. Może coś sklecę w zeszycie, na wyjeżdzie i potem przepiszę tylko do komputera, ale nic nie obiecuję.
Lena
komentarze [8]

Rozdział 31 : Wystawieni na próby >> piątek, 27 czerwca 2008 13:54:47
Dziwna pora na dodawanie rozdziału ^^ O jeszcze dziwniejszej go skonczyłam pisać (wczoraj około 23) i o jeszcze dziwniejszej został sprawdzony (między 8, a 9, dzisiaj). Podziwiwać Mooniak, że się tak szybko uwinęła. Poczekam, ąż sie załadują komentarz i poodpisuję... Ostatnio pracuję tez nad innym opowiadaniem. Nie wiem, czy nie wyjdzie mi z tego kolejny materiał na bloga. Na razie to tylko projekt, oczywiście do zrealizowania, lecz okaże się niedługo, czy się rozpisze, czy nie ^^
Aha, news a propos tego rozdziału też. Będę teraz pisać dłuższe rozdziały (tak, jeszcze dłuższe niż są teraz ^^), łącząc kilka zaplanowanych. Spróbuję je ładnie pozgrywać. A dlaczego się na to zdecydowałam? Bo ktoś jeden narzekał ostatnio, że krótko. Bo inny ktoś (tak Mistrzu, tu mowa o Tobie ^^") ochrzanił mnie, że nic się nie dzieje. Wprowadzam zmiany, nie planując pozbywać się osiągniętych już umiejętności. Nie wiem, jak to zrobię, ale przynajmniej spróbuję ^^
* jannet - przeczytam, jak w oncu skończę Sagę o Ludziach Lodu. Ostatni tom mi został, więc nastapi to już niebawem. I cieszę się, że tak uważasz. I dodam, pewnie znowu się powtarzajac, że plan napisania i wydania powieści jest w toku układania ^^'
* ciekawehistorie - powiem Ci, że Twoje pytania skłoniły i mnie do zastanowienia. Coś z tej refleksji wyjdzie, albo już wyszło, tego jestem pewna ^^
* Zojka - również Ci życzę miłych wakacji! I nie wiem, jak będzie z ta kapryśną weną, ale życzenia zawsze troche pomagają.
* takie-male-szczescie - mówisz i masz xP
Dla tych, co narzekali na jakość i długość, a raczej powinnam napisać krótkość, rozdział, który zajął mi 9 i pół strony w Wordzie czcionką Times New Roman, o rozmiarze 12 ^^"
BETA: Mooniak (nadal nie wiem, jak ona to zrobiła ^^)

***

Syriusz nie miał już kiedy się dopytać i przycisnąć Remusa w sprawie rozmowy z jasnowłosą dziewczyną. Jak cień zawisło nad nimi widmo Sumów, do których został zaledwie tydzień. Wir nauki wciągnął ich tak bardzo, że nawet nie mieli czasu zdziwić się, że uczą się całą szóstką: Huncwoci, Scarlet Green i Lily Evans. Co wieczór zaklinał siebie, że następnego dnia skorzysta z okazji i złapie Lupina samego, albo poprosi go o chwilę w cztery oczy, z dala od reszty. I równie często nie znajdywał na to ani czasu ani odpowiedniej sytuacji. Tak, jakby przeciw niemu sprzymierzył się Los i wszyscy uczniowie, wraz z nauczycielami, postaciami na portretach, czy nawet samym zamkiem. Młodsi Gryfoni ciągle wykręcali jakieś numery. Skoro przodująca w dowcipach czwórka piątoklasistów musiała się uczyć, walczyli o tymczasowe pierwsze miejsce w błaznowaniu. Prefekci mieli z nimi mnóstwo roboty. Albo jakieś koleżanki z innych domów, również szykujące się do egzaminów i niegdyś zupełnie nie zauważające wilkołaka, zaczęły nieustannie prosić go o korepetycje, czarując trzepotaniem podkręconych sprytnym zaklęciem rzęs. James obstawiał, że po całej histerii testowej zupełnie zapomną o kimś takim jak Remus Lupin i wrócą do wielbienia jego ołtarzyków. To był kolejny powód, przez który Lunatyk nigdy nie zostawał zupełnie sam. Przyłożyli się też do tego nauczyciele, którzy nagle zaczęli zapraszać tego kujonka do siebie, do gabinetów, żeby omówić z nim te błędy, których ma się koniecznie wystrzegać na egzaminach z praktyki, a które popełnił więcej niż raz. Łapa już na tym etapie dostawał dreszczy ze złości. Jakby tego było mało, wrogiem Black’a w tej sprawie okazał się też Hogwart. Kiedy jeden jedyny raz udało mu się zostać sam na sam z prefektem, musiała im akurat towarzyszyć najbardziej plotkarska podobizna w całym zamku – młoda czarownica o żółtych włosach i rozanielonym, a właściwie głupim wyrazie twarzy z obrazu uczty, wiszącym w korytarzu pierwszego piętra. Śledziła ich dłuższy czas i nadstawiała ucha, czy przypadkiem nie usłyszy planu jakiegoś nowego wybryku. Dlatego też chłopcy starali się rozmawiać o neutralnych rzeczach. A Lunatyk za wszelką cenę unikał wzrokiem oczu przyjaciela, w których widniał stanowczy nakaz w niemożliwej mieszance z niemą, błagalną prośbą. Innego dnia, Syriusz chciał pobiec za oddalającym się do odległego gabinetu McGonagall wilkołakiem, ale dokładnie w tej samej chwili schody zdecydowały się na zmianę położenia. Łapa nie był jeszcze na tyle zdesperowany, żeby skakać ze stopni na nieruchomą podłogę, na wysokości piątego piętra. Ale niewiele mu już brakowało do takiego poświęcenia.
A to czy Remus miał zamiar mu cokolwiek więcej powiedzieć, jakoś umknęło czarnowłosemu. Nie zrozumiał tego dosyć wyraźnego przekazu w refleksyjnej odpowiedzi przyjaciela, brzmiącego „Nie pytaj więcej, bo i tak nic ci nie powiem.”. Jednakże, każdy kto znał jego naturę, wiedział, że nawet gdyby zrozumiał, to i tak dalej parł by naprzód. Bo przecież dla niego to cel uświęcał środki. Tylko co było tym celem? Jego własna satysfakcja z kolejnej, na dodatek tak ładnej, zaliczonej dziewczyny? Ugruntowanie we własnym egoizmie i egocentryzmie, w przekonaniu o byciu najlepszym? Może po prostu zaspokojenie ściskającego gardło pragnienia pogłaskania jej po włosach, wplecenia w nie palców, tak jak wtedy...? Otrzymanie jednego z jej słynnych, słodkich uśmiechów...? Albo po prostu wywołanie ciepła na całym, nocnym niebie w jej oczach...

Nadszedł pierwszy egzamin z Sumów. Scarlet zjadła dwa razy więcej na śniadanie, ale i tak cały czas czuła dziwny ucisk i mrowienie na wysokości żołądka. Lily w końcu przestała boczyć się na cały świat, ale tylko po to, żeby móc z kimś powtarzać. Nie odpuściła Green nawet pod Wielką Salą, kiedy czekały, aż zostaną wpuszczone na pisemny test z zaklęć. Jasnowłosa była tak porządnie przygotowana, że odpowiadała na pytania przyjaciółki machinalnie, w szczególności, że były dokładnie z tego, co przerobiły po raz ostatni wczoraj wieczorem. Dzięki temu mogła zanurzyć się we własnych przemyśleniach.
Rozmowa z Lunatykiem naprawdę jej pomogła. Zdołała ukoić skołatane nerwy, wyleczyć się z zupełnej dezorientacji i chociaż trochę uzbroić w cierpliwość. Poza tym on był kimś, przy kim mogła mówić, dopóki nie zabraknie jej słów. W zwierzaniu się rudowłosej była zasadnicza różnica – panna Evans nie potrafiła słuchać. Dorzucała zbędne i wytrącające z równowagi komentarze, zadawała pytania. A pod spojrzeniem łagodnych, czekoladowych oczu Lupina, Scarlet potrafiła się rozluźnić i po prostu mówić. O tym, co się wtedy wydarzyło. O swoich niezrozumiałych odczuciach. O tym mętliku, który przeszkadzał jej w zrobieniu czegokolwiek pożytecznego. On poczekał aż skończy. Potem uspokoił delikatnymi słowami, dobrodusznym uśmiechem. Nie powiedział nic, co mogłoby jej zasygnalizować stosunek Syriusza, ale i tak miała pewność, że wszystko potoczy się właściwym torem, jeśli za jego radą nie da się wciągnąć w żadne gierki i na razie zachowa dystans. Da czas zarówno sobie, jak i Black’owi na rozważenie całej sytuacji. Pośpiech był jej największym wrogiem. Lecz zwykła, ludzka niecierpliwość nie ułatwiała niczego. Scarlet zawisła w stanie oczekiwania, jak bańka mydlana na wietrze. Niewiele potrzeba było, żeby zburzyć ten jej spokój. Wiedziała, że Lupin postara się, żeby Łapa na razie jej nie nagabywał i by sam miał czas na własne przemyślenia.
- Scarlet! – Lily syknęła, jak mała rudowłosa żmijka i złapała przyjaciółkę drżącą, spoconą dłonią za nadgarstek, wyrywając ją z zamyślenia. – Już otwierają!
Rudowłosa miała rację. Drzwi do Wielkiej Sali otworzyły się na oścież, a piątoklasiści zaczęli się przez nie przelewać podekscytowaną falą. Green dostrzegła w tym tłumie znajomą czwórkę. Peter był zielony ze strachu i szedł pierwszy, na miękkich nogach. Lekko się zataczał, więc idący za nim James musiał go popędzać i uważać, żeby nie uszkodził się za bardzo w konfrontacji z framugą. Potter natomiast wydawał się być całkowicie wyciszony i skupiony. Oczywiście nie zabrakło bijącej od niego pewności siebie, ale to był już stały element jego osobowości. Szukający poza tym, że był zdolnym uczniem, był również kretynem. Dlaczego? Tylko osoba głupia nie bała się niczego i uważała, że zawsze sobie poradzi. On jak na razie nie natknął się na sytuację, która zburzyłaby te przekonania. Może to i dobrze, bo nie wiadomo było, jak zareagowałby na większa porażkę. Za nim w drzwiach zniknął Syriusz. Jego twarz okrył cień, który można było uznać za koncentrację. Ale jasnowłosa znała go za dobrze, żeby nie zauważyć, że jest zaniepokojony. I bynajmniej nie z powodu egzaminu, lecz tego już wiedzieć nie mogła. Ostatni szedł Remus. Jak zwykle czujny, wyczuł jej spojrzenie i odwrócił wzrok w ich stronę. Przesłał Green uspokajający uśmiech. Ten zamarł na jego wargach, gdy odwrócił się w stronę Wielkiej Sali. Widać po nim było, że pomimo świadomości dużego wkładu pracy przez całe pięć lat, on również jest zestresowany.
Przyszła kolej na dziewczyny. Lily mocno szarpnęła przyjaciółkę za rękę, ale ta nie zwróciła jej na to uwagi. Każdy przeżywał zdenerwowanie na swój sposób. Ona obiecała sobie, że nie będzie myśleć o Łapie. I to ciągłe odganianie od siebie myśli o chłopaku, pozwoliło jej również zapomnieć o wadze Sumów. Tylko dlaczego tak dziwnie drżały jej usta? Musiała zakryć je wolną dłonią, żeby uczniowie wokół nie słyszeli szczękania jej zębów. Będzie dobrze, poradzi sobie. Nie na darmo zmarnowała cztery lata życia nad książkami.

- I jak? – gdy tylko wyszły po dwóch godzinach z sali, podszedł do nich Walter. A dokładniej podszedł do rudowłosej, bo Green wciąż starał się nie zauważać.
- Co ty tu robisz? – Lily popatrzyła na niego badawczo, tak jak to tylko ona – prefekt, potrafiła. – Nie mów, że urwałeś się z zielarstwa, żeby zapytać się, jak nam poszło.
Chłopak momentalnie się zmieszał, próbując i tak zachować twarz. Uśmiechnął się jednym ze swoich pokazowych uśmiechów, maskując to, że zastanawia się nad tym, co powiedzieć. Scarlet obserwowała całą scenkę, ale katem oka szukała Huncwotów. Nie miała zamiaru zostawać w pobliżu Winged’a dłużej, niż było to potrzebne.
- Wiesz, Lily...Zielarstwo nie jest mi niezbędne do szkoły aurorów... – bąknął.
Błąd. Jasnowłosa widziała, jak jej koleżanka szykuje się do długiego wykładu na temat tego, co tak naprawdę przydaje się w życiu, i że dopóki jest w szkole, powinien uczyć się wszystkiego, co nauczyciele chcą mu przekazać, bo robią to tylko i wyłącznie z dobrej woli. Ale zamiast wygłoszenia przemowy, Lily odwróciła się gwałtownie w stronę Scarlet i spojrzała na nią z wyrzutem.
- Weź mu coś powiedz, dobra...?! – jęknęła, aby po sekundzie zakryć usta dłonią. Dawno już nie strzeliła takiej gafy. Przecież doskonale wiedziała, że oni nie wymieniają ze sobą nawet powitania, od kiedy Green odtrąciła jego wyciągniętą po zgodę rękę. Ale po prostu przypomniał jej się czas, kiedy była ich tylko trójka. A ci wstrętni Huncwoci kombinowali, jakby tu bardziej uprzykrzyć Scarlet dzień.
Jasnowłosa zamarła. Co miała zrobić w obliczu tak jawnej prośby? Przecież odejście w tej chwili było niegrzeczne w stosunku do Lily. A ta nie mogła cofnąć tego, co juz powiedziała. Oczekiwanie od niej przeprosin też nie miało sensu. Dziewczyna, gdy popadała w zakłopotanie, milczała wyczekując, aż ktoś wyratuje ją z tej opresji. Green, po raz pierwszy od wielu miesięcy, odrzuciła z czoła grzywkę, podniosła głowę i spojrzała Walterowi w oczy. Tak samo jak pierwszego września przypominały dwa kawałki matowego, barwionego na niebiesko szkła. On też mierzył ją wyczekującym spojrzeniem. Dlaczego zrzucili wszystko na nią?!
Odetchnęła głęboko i złapała się na tym, że zwija w rulonik swój zestaw pytań. Schowała ręce za siebie, zaciskając je mocno na zmaltretowanej kartce. I wymusiła na swoich ustach ciepły uśmiech. Wszystko to trwało króciutką chwilę, tak że nikt nie zorientował się, jakim to dla niej było problemem.
- Posłuchaj teraz panny Evans, Walterze, bo mądrze będzie mówić. – mimo przyjaznego wyrazu twarzy, nie poradziła sobie z grą głosem - brzmiał nienaturalnie beznamiętnie i chłodno. – Zostawię was, ja już się nasłuchałam o wadze nauki w dzisiejszym świecie. – mrugnęła z sympatią do rudowłosej i uścisnęła lekko jej ramię, na znak, że się nie gniewa. W ostatniej chwili zdecydowała się jeszcze skinąć głową w kierunku Winged’a. Ten odkłonił się równie oficjalnie.
Scarlet wbiegła lekkim krokiem po schodach, nie oglądając się. Huncwoci jej gdzieś znikli, więc do obiadu została sama. Miała podobne wrażenie, co wtedy, w lutym. Że zrobiła kolejny, nawet spory krok naprzód. Bo stanęła twarzą w twarz z kimś, kto jak dotąd przyniósł jej najwięcej bólu, z kimś, przez kogo spowodowane wydarzenia ostatnio prześladowały ją w snach, chociaż sama nie chciała się do tego przyznać? Nie... Po prostu niczego, w sytuacji, która wydarzyła się przed chwilą, nie żałowała. Po czternastym lutego cały czas miała wątpliwości, czy dobrze zrobiła, odmawiając mu zgody. Pojawiały się nawet wyrzuty sumienia z powodu bólu, który mu przysporzyła. Ale dzisiaj czuła tylko ulgę, że dość sprawnie wywiązała się z krępującej sytuacji.
Oparła czoło o chłodną ścianę. Potrzebowała już wakacji.

Następnego wieczoru usiedli w Pokoju Wspólnym, od dziwo, znowu całą szóstką. Mieli za sobą już dwa dni egzaminów, a przed sobą aż siedem. Prawdę mówiąc, wszyscy chcieli juz weekendu, w szczególności po dzisiejszym sprawdzianie z transmutacji, który okazał się trudniejszy, niż się spodziewano. Oczywiście poradzili sobie raczej lepiej – Lily ze względu na to, ile pracy włożyła w dotychczasową naukę, a Huncwoci i Scarlet ze względu na swoją małą tajemnicę mieli więcej wiedzy z tej dziedziny, niż przeciętny piątoklasista. Najgorzej, jak zwykle, poszło Peter’owi. Blondyn siedział teraz skulony w fotelu i na głos narzekał na egzaminatorów.
- Jak można wymagać transmutacji kociaka w szczeniaka od piętnastolatka? To niedorzeczne...!
- Glizdek... – Scarlet miała dość jego pojękiwania. – Nie próbuj obwiniać całego świata wokół za to, że trafił ci się najbardziej zgryźliwy i wymagający egzaminator, dobra? Bo ani w tym wina świata, ani tym bardziej nasza.
- Nasza „cynamonowo-włosa ślicznotka” ma rację, Glizdogonie. Zamknij jadaczkę, a jeśli nie możesz się powstrzymać, to zajmij ją przeżuwaniem. – wtrącił James, odrywając się od dyskusji jaką prowadził z Syriuszem i Remusem.
Lily, słysząc epitet jakiego użył w stosunku do Green, spojrzała znad książki to na nią, to na niego, unosząc wysoko brwi. Nie umknęło to uwadze Rogacza.
- Nie przejmuj się piękna. Liczysz się dla mnie tylko ty, a Scarlet to zaledwie przelotny romansik. – rzucił z diabolicznym uśmieszkiem. On miał własne sposoby, na przyspieszenie co poniektórych do zajęcia się własnymi sprawami sercowymi. A inni mieli własne sposoby, żeby mu takie pomysły wybić z głowy. Pettigrew obdarzył go zaskoczonym spojrzeniem i twarzą pełną niewinnego zdziwienia. Remus odchrząknął cicho, jakby naturalnie po długiej rozmowie. Lecz wszyscy wtajemniczeni wiedzieli, że szykuje się potem długi wykład na temat delikatności. Jasnowłosa uderzyła go mocno w tył głowy, a kiedy stęknął z wyrzutem, robiąc minę co najmniej pobitego psa, pokazała mu język. Syriusz za to nie powiedział nic. Zmroził jedynie przyjaciela wzrokiem, od którego James wolałby chyba parę ciosów sztyletem.
- To, co ty robisz, Potter, mało mnie interesuje. – odpowiedziała Evans, wracając do kart księgi trzymanej na kolanach.
- Nie uważacie, że praktyczny z zaklęć był banalny? – zapytał Lupin, przerywając drażliwą ciszę.
- Jak dla kogo... – fuknął Peter, grzebiąc w swojej torbie. Prawie od razu znalazł w niej paczkę Fasolek Wszystkich Smaków Bertie’go Bott’a i wyciągnął ja tryumfalnie. To oznaczało, że przez najbliższe dwadzieścia minut nie ma zamiaru się odzywać.
- Chyba spodziewałam się czegoś trudniejszego. – Scarlet pospiesznie poparła przyjaciela, bo po uwadze Pettigrew zapadło takie niezręczne milczenie. – Nie mówcie, że dla tej słynnej i zdolnej dwójki Huncwotów był on trudny? – zakpiła, patrząc wyzywająco na Jamesa. Musiała mu się odwdzięczyć za ten tekst skierowany do Lily. Drugim powodem, dla którego wybrała Rogacza, było to, że Łapa na pewno znów odwróciłby twarz i zignorował.
Martwiło ją to. Przez pierwsze dni przecież to on szukał kontaktu, spojrzenia, słów. I to jego oczy tak słodko miękły na jej widok. A teraz nie wiedziała co ma sobie myśleć. Unikał jej wzroku, ignorował komentarze, rzucane niby do wszystkich, ale jednoznacznie skierowane do niego. Czyżby dała mu się omamić, jak wiele dziewcząt przed nią? Nie, tej myśli nawet do siebie nie dopuszczała. Wolała już mieć w głowie pustkę i dalej grać nierozgarniętą. Przy tej postawie podtrzymywały ją jeszcze dodające otuchy gesty Remusa. Uśmiech od niechcenia, lekkie uściśniecie dłoni w tłoku pod Wielką Salą przed dzisiejszym egzaminem, czy pozornie błaha uwaga na temat cierpliwości, kiedy jęczała o szybszy koniec roku szkolnego.
Przekomarzali się właściwie do momentu rozejścia się do swoich dormitoriów. Przed nimi był kolejny dzień egzaminów, dzień pełen stresu i emocji, kolejny pod znakiem niepewności i prób odgadnięcia co myśli to drugie.

- Proszę odwrócić kartki! Możecie pisać. – zarządził profesor Flitwick głosem bardziej piskliwym niż zwykle, przekręcając klepsydrę.
Scarlet lekko drżącą ręką odwróciła papier przed sobą i spojrzała na pytania. To był już czwarty raz, a ona za każdym razem denerwowała się równie mocno. Pobieżnie przeleciała wzrokiem po linijkach. Rzuciło jej się w oczy jedno pytanie, a dokładniej to oznaczone numerem dziesięć: „Podaj pięć oznak, po których można rozpoznać wilkołaka.”. Uśmiechnęła się pod nosem. Huncwoci na pewno się ucieszyli, przecież kiedy spędza się co miesiąc jedną noc z wilkołakiem, w końcu zapamiętuje się jak wygląda i co go różni od psa. W szczególności, jeśli jeden z twoich przyjaciół jest animagiem i w takiego psa potrafi się przemienić, i na dodatek robi to w równym, comiesięcznym cyklu, jak wilkołak, albo nawet częściej, jeśli nadarzy się okazja. Raźno chwyciła za pióro, umoczyła je w atramencie i chciała zacząć bardzo zamaszystym ruchem. Skończyło się to tylko tym, że narobiła kilka kleksów na czystym pergaminie. Starła je burcząc sobie pod nosem i próbując zignorować to, że wszyscy wokół, łącznie z profesorem od zaklęć, patrzą na nią jakby popełniła wykroczenie obłożone karą Azkabanu. Nie była skora poświęcić rękawa szkolnej szaty, więc musiała rozetrzeć atrament na dłoni. Potem, jak będzie miała chwilę i różdżkę, to ją wyczyści. Teraz mogła pokornie zabrać się do pisania. Ten mały wypadek wytrącił ja trochę z równowagi, ale szybko dała się pochłonąć pisaniu.

- Ufff... Już po wszystkim... – westchnęła Scarlet, podchodząc do czekającego na nią Remusa. Siedzieli daleko od siebie, więc wszyscy zdążyli go już potrącić, albo kopnąć w nogę, albo przydepnąć, tak bardzo spieszyło im się na błonia. Gestem poprosiła, żeby zaczekał jeszcze chwilę. Wygrzebała z kieszeni gumkę do włosów, odgarnęła z twarzy i ramion rudo-blond kosmyki i związała je w z pozoru mocny koński ogon.
- To jakiś rytuał? – zapytał Lunatyk żartobliwie, patrząc na nią ciepło. Widząc niezrozumienie na jej twarzy, dodał. – To podwijanie rękawów i wiązanie włosów. Już trzeci dzień, kiedy zaraz po egzaminie wyjmujesz gumkę. – zaśmiał się, patrząc jak powoli wszystko do niej dociera.
- Nie zauważyłam, że robię to z taką regularnością. – odparła w zamyśleniu, idąc przed nim w stronę sali wejściowej. Spojrzała na swoje ręce. Dostała chyba jakieś feralne pióro, bo te kleksy z początku egzaminu nie były jedynymi. W rezultacie jej dłonie były teraz w granatowe, fioletowe i czarne plamy, w zależności od ilości wyschniętego atramentu. – Wiesz, Remusie, musze dostać się do łazienki i to szybko. Wolałabym, żeby mi to tak nie zostało. – wyciągnęła przed siebie ręce, pokazując mu wzory na nich.
- Dobra, idź. Będziemy na błoniach, jakby co... – mruknął, odłączając się od niej koło marmurowych schodów i doganiając Syriusza, Jamesa oraz Petera.
Scarlet wbiegła po stopniach, mając nadzieję, że łazienka na pierwszym piętrze jest czynna. Chłopcy nie mogli sobie odpuścić przed Sumami i wykorzystali to miejsce do kolejnego wybryku. Mycie rąk w zlewie, który próbował cię ugryźć ceramicznymi zębami nie należało do najprzyjemniejszych. Poza tym, Green sama widziała, jak z kabiny wyszedł sedes na krótkich nóżkach i groźnie kłapał deską, rozlewając wokół wodę. Więcej nie zobaczyła, bo Lily wyciągnęła ją z łazienki, zabezpieczyła drzwi, „żeby się kible po zamku nie rozlazły” jak stwierdziła i zaciągnęła ją ze sobą do McGonagall. Opiekunka Gryffindoru powiedziała im, że przed egzaminami nie jest w stanie zdjąć tego skomplikowanego zaklęcia ożywienia, więc łazienka na czas Sumów będzie nieczynna. Jasnowłosa miała nadzieję, że profesorka znalazła chwilę na odczarowanie armatury, bo inna, najbliższa łazienka była na trzecim piętrze w sąsiedniej części zamku.
Niestety i tym razem szczęście jej nie dopisało. Łazienka na pierwszym piętrze była zamknięta na cztery spusty, na drzwiach wisiała kartka „Nieczynne’. Z pomieszczenia dochodziło metaliczne warczenie i odgłosy człapania drobnych, ceramicznych nóżek. Scarlet wdrapała się na trzecie piętro. Naprawdę nie miała kondycji. I ostatnio nabyła takiej choroby o nazwie lenistwo. To nie ułatwiało długiego spaceru do łazienki. Kiedy w końcu do niej dotarła, spędziła nad umywalką kolejne minuty, które mogła poświęcić na relaks przed egzaminem praktycznym. Jednak atrament schodził gorzej, niż można było się spodziewać. Próbowała najpierw mugolskimi sposobami, czyli wodą i mydłem, ale w rezultacie nie obyło się bez pomocy różdżki. Kiedy skończyła, podeszła do okna, które wychodziło na błonia. Chciała zawczasu sprawdzić, gdzie ulokowali się chłopcy, żeby potem nie szukać ich jak głupia. Pierwsza rzuciła jej się w oczy Lily. Trudno było nie poznać tej ciemno-rudej, bujnej czupryny, nawet z daleka. Brodziła w wodzie, nad brzegiem jeziora, z podwiniętą szatą, gawędząc z Klarą Schulz i Marie Collins. Rozejrzała się uważniej. Dostrzegła również Huncwotów. Podchodzili całą grupką, do jakiegoś samotnie siedzącego Ślizgona. To zwiastowało tylko większe kłopoty, Scarlet powinna pospieszyć się z dotarciem na dół, jeśli chciała zapobiec kolejnej awanturze i ponownemu zaostrzeniu konfliktu między Gryffindorem, a Slytherinem. W ciągu paru ostatnich miesięcy nauczycielom i profesorowi Dumbledore udało się złagodzić gorące stosunki pośród młodzieży i już długo obyło się bez większej bijatyki czy kłótni. No, pomijając drobne incydenty, znęcania się Potter’a i Black’a nad Snape’m, ale to rzadko odbywało się przy większej publiczności i przechodziło bez echa. Green domyślała się, że wyrostkiem, do którego zbliżali się chłopcy musi być właśnie Severus Snape.
Dotarła do schodów i zbiegła po nich, chociaż jej droga w dół przypominała raczej kontrolowane spadnie na łeb na szyję, niż kulturalny bieg. Roztrąciła grupkę trzecioklasistek z Hufflepuff’u na półpiętrze miedzy drugim, a pierwszym piętrem. Rzuciła im zwięzłe przeprosiny i pognała dalej. Kątem oka zauważyła, jak dziewczyny skłaniają ku sobie główki, jak więdnące kwiatki w bukiecie, żeby obmówić to, co je właśnie spotkało.
Jasnowłosa sama nie wiedziała, co ją tak popędza. Przecież to był tylko nędzny, samotny Ślizgon, którego nie lubił nikt, nawet ludzie z kliki, z którą trzymał. Mało ją obchodził. Wątpiła też, czy kolejny wybryk Huncwotów dokonany na nim tak bardzo pogorszy stosunki między domami. A nawet jeśli, to potrafiła się obronić, jeśli chciała. No, właściwie to liczyła na obronę swoich przyjaciół, bo oni byli zdecydowanie lepsi w pojedynkach. Ona potrafiła popisać się refleksem i pomysłowością tylko wtedy, gdy była naprawdę zła. Chyba trochę bała się tego, że Syriuszowi się coś stanie. Przecież mogli się tam zaraz pojawić starsi Ślizgoni i mogła rozgorzeć prawdziwa walka. Pojedynki Potter’a i Black’a przeciwko wychowankom Slytherinu nie były nigdy zabawą, zdążyła już tego doświadczyć na własnej skórze. Lęk o Łapę był raczej przykrywką do dziwnego niepokoju, podobnego do tego, jaki odczuwała poprzednim razem, kiedy chłopcy przy niej maltretowali Snape’a. Przypominała sobie grudzień i dotkliwe uderzenia zadawane przez mszczące się dziewczyny. „Przeprosiny” Walter’a i upokorzenie, którego doznała niedługo potem…
Chyba zaczynała się domyślać, o co w tym wszystkim chodzi. Zwolniła trochę, bo w sali wyjściowej zrobiło się nagle tłoczno. Kiedy wydostała się na zewnątrz dobiegło ją wyraźne mimo, że dosyć odległe wołanie:
- Evans! Hej, EVANS!
Poznała głos Jamesa. Zauważyła też oddalającą się od małego zbiegowiska w stronę jeziora wiśniową czuprynę Lily. Jasnowłosa przeczuwała duże nieprzyjemności. Między przyglądającymi się scenie uczniami dostrzegła swoich przyjaciół i przyspieszyła kroku. Błysnęło, niektórzy z nastolatków roześmieli się, a dziewczyna zobaczyła wystające ponad ich głowami i bezradnie majtające w powietrzu chude nogi w zniszczonych tenisówkach. Lekko w niej zawrzało. Na widok rozbawionego Black’a coś w niej pękło. Poczuła pieczenie pod powiekami i zdecydowała się interweniować. Mimo, że nie lubiła Snape’a, może nie tak bardzo jak chłopcy, ale był on jednak osoba odpychającą. Mimo, że sama nazywała go Smarkerusem. Mimo, że sama miała czasem ochotę wpakować mu do ust grudkę błota. Mimo, że był od niej lepszy z eliksirów i musiała przyznać, ze zazdrości mu talentu, którego, jak się okazało, jej brakło. Mimo, że zawsze mierzył ją takim szyderczym spojrzeniem czarnych, mroźnych oczu, jakby była śmieciem na jego drodze do potęgi. I jakby uważał ją za sprzedajną dziwkę, mówiąc bez ogródek. Pomimo tego wszystkiego czuła litość. I potrzebę niesienia pomocy, której ona wtedy nie uzyskała.
Syriusz właśnie unosił różdżkę, żeby zaprezentować gapiom majtki Severusa z dala od ich właściciela. Peter obserwował wszystko z podziwem, a James ziewał , zasłaniając usta wolną dłonią. Remus stał w lekkim oddaleniu, odwracając od tego wszystkiego głowę i obserwując migoczącą toń jeziora.
- Expelliarmus! – krzyknęła z taką mocą, że różdżka Potter’a wyleciała w powietrze na dobre dwadzieścia pięć metrów i wylądowała w jej wyciągniętej dłoni.
Snape z łoskotem zwalił się na trawę, ale nie miał siły, żeby atakować. A może po prostu był zbyt zaskoczony już drugą interwencją jednej z Gryfonek, nie lubiących go nad wyraz. Zaklęcie Łapy, mające rozebrać Severusa, prześlizgnęło się między obserwatorami i uderzyło w pobliskie drzewo, z którego opadła cała kora do wysokości półtorej metra. W tej samej chwili różdżka Black’a wyrwała się z jego dłoni i trafiła obok tej należącej do Jamesa. Trzej Huncwoci popatrzyli na nią z wyrzutem, a Lupin przeniósł na nią spojrzenie, w którym było coś zagadkowego.
- Co robisz? – zapytał poirytowanym głosem Rogacz, wyciągając rękę po swoją różdżkę.
- Pacyfikuję idiotów. – odparła, próbując zachować spokój. Wycelowała różdżkę w szukającego z chłodną pewnością. Jego oczy rozszerzyły się ze zdziwienia i lekkiego strachu.
Lunatyk, doskonale pamiętający wygląd Scarlet w furii, podszedł do nich szybko. Nawet teraz, czerwona na twarzy z wysiłku, jaki przyniósł jej bieg, oddychająca głęboko i mało dziewczęco, z włosami opadającymi na twarz i lepiącymi się do oblizanych przed chwilą warg, wyglądała groźnie. I na pewno nie zawahałaby się rzucić na nich wszystkich jakiejś zjadliwej klątwy.
- Jesteś dokładnie taki, jakim cię poznałam. A nawet gorszy. Zarozumiały kretyn, próbujący wszystkim pokazać, że jest lepszy... – zauważyła, że Remus próbuje się do niej zbliżyć. – Nie, Lunatyku. – teraz w niego wycelowała różdżkę. – Zawiodłam się na tobie. Nie potrafisz ich nawet uspokoić. Nie, ty boisz się, że cię odrzucą, jeśli się sprzeciwisz. A myślałam, że dla ciebie priorytetem jest wyciąganie do ludzi pomocnej dłoni i skuteczne im pomaganie... – głos jej lekko zadrżał, co nie umknęło uwadze wilkołaka. Bał się podejść, bo nie wiedział jak gwałtownie zareaguje, ale doskonale widział granatowe oczy, przeszklone od gromadzących się w nich łez.
Green zaczęła drżeć ręka, lecz chwyciła mocnej zimną, drewnianą różdżkę i uspokoiła dreszcze. Przynajmniej na chwilę. Odrzuciła z czoła włosy, uwalniając ich więcej spod gumki i przeniosła wzrok na Syriusza, który po raz pierwszy od wielu dni nie odtrącił tego spojrzenia. Jego twarz była jak maska – nieprzenikniona i chłodna.
- Daj sobie spokój z tymi wykładami o moralności, Scarlet. Od tego jest Remus, poza tym juz trochę usłyszeliśmy od tej twojej Evans. – mruknął cicho Łapa, patrząc jej w oczy.
To była próba sił: wytrzyma niechęć w jego źrenicach, odwróci twarz, rozpłacze się, czy rzuci zaklęcie? A może ta niepokojąco samodzielna sympatia płynąca spomiędzy jej rzęs ociepli lodowate srebro jego oczu...?
Szczęka Syriusza zadrgała prawie niezauważalnie, świadcząc o jego przegranej. Ale jasnowłosa w tej samej chwili opuściła głowę. Zaklęła cicho pod nosem i cisnęła obie różdżki chłopców w kępę bujnej trawy u stóp Potter’a. Zepchnęła stojącego jej na drodze Pettigrew i pobiegła przed siebie, w stronę chatki gajowego. Nie chciała, by tyle ludzi widziało ją rozmiękczoną i miałką jak porzucony przez dziecko wafelek z lodami w wyjątkowy upał. Liczyła na to, że Hagrid jest w swoim domu i że pozwoli jej się wypłakać nad filiżanką herbaty i talerzykiem niejadalnej krajanki własnej roboty. Nikt za nią nie biegł, nie słyszała kroków. I dobrze. Teraz chciała mieć spokój od Huncwotów. Nawet nie życzyła sobie obecności rudowłosej przyjaciółki, ale ta i tak pewnie nic nie widziała, bo była zbyt zajęta gaszeniem własnej złości w jeziorze. Dobiegła do drzwi domku gajowego i zapukała w nie mocno. Nikt nie otwierał. Ponowiła pukanie i pociągnęła za klamkę. Zamknięte. Zeszła ze schodków, czując pierwsze łzy cieknące po policzkach i podskoczyła do okna. Pusto. Nagle poczuła się zmęczona. Przytrzymując się ściany, przeszła na tył chatki, żeby nikt jej nie widział. Oparła się plecami o zimne kamienie i osunęła na ziemię, podkulając pod siebie nogi. Rozszlochała się na dobre.
Naprawdę nie wiedziała, co ruszyło ją aż tak bardzo. Wróciły wspomnienia z bolesnego, grudniowego wieczoru. Lecz nie były one na tyle przykre, żeby się tak złościć i musieć tak ostro odreagowywać. Zawiodła się, zresztą nie pierwszy raz, na Remusie. Za każdym razem, kiedy jej tak cudownie pomagał, rozmawiał z nią i doradzał, zapominała o tym, jak łatwo ignoruje infantylne wybryki swoich przyjaciół. I za każdym razem, kiedy była świadkiem tych brutalniejszych, znów czuła się zawiedziona. Tak w kółko. Denerwowało ją to, ale nie potrafiła nic na to poradzić. Lubiła Lunatyka, ufała mu, nazywała go swoim przyjacielem. To, że nie tolerowała i przede wszystkim nie rozumiała niektórych jego zachowań było całkowicie naturalne. Dlaczego więc za każdym razem to bolało równie mocno? Jednak najbardziej dotkliwe było dzisiejsze zachowanie Syriusza. Ten lodowaty chłód i obojętność. Chyba myliła się co do jego uczuć. Była taka głupia! Ostatnio powtarzała to sobie coraz częściej. On potraktował to jako jednorazową przygodę, a ona od razu musiała się w to angażować. Może miał nadzieję na trochę dłuższą zabawę, ale zauważył, ze go unika i zrezygnował. A jasnowłosa jeszcze zastanawiała się czy to na pewno to! Głupia, głupia, głupia, niemądra i naiwna dziewczynka...
Cichy szelest między jednym łkaniem, a drugim. Kto? Uniosła głowę tak, żeby zobaczyć co się dzieje wokół niej. Zza węgła nieśmiało wychylił się Peter. Miły, smutny i taki słaby chłopiec. Lubiła go, ale nie rozumiała tego bezgranicznego uwielbienia dla przyjaciół. Poza tym mało go znała. Za bardzo pochłaniało ją poznawanie Remusa, Syriusza i Jamesa, przy których Pettigrew wydawał się być niewidzialny.
Nie była w stanie nic powiedzieć, znów schowała twarz między kolanami. Słyszała, jak blondyn okrąża ją i staje po przeciwnej stronie. Kilka innych par stóp, dokładnie trzy. Miała ochotę siarczyście zakląć, ale nie była w stanie wydobyć z siebie żadnego kontrolowanego dźwięku. Była na przegranej pozycji. Jeden z Huncwotów pochylił się nad nią. Poznała tą sportową wodę kolońską. Łapa.
- Scarlet... – szepnął cicho, tuż do jej ucha.
Wzdrygnęła się, nie wiedząc, że tak bardzo się przybliżył. Nie słyszała też miękkiej nuty w jego głosie. Złapał ją pod ramiona i postawił na nogi, bez większego trudu, ponieważ mu się nie opierała. Popadła w stan chwilowej obojętności i nic jej nie obchodziło. Trzęsła się bardzo – zmęczony biegiem organizm ciężko znosił długi płacz. Wciąż chowała zapłakaną twarz pod włosami. Gumkę zgubiła po drodze, więc rudo-blond kosmyki służyły jej teraz za dobrą zasłonę. Chłopak próbował ją lekko objąć, dość niezręcznie przesuwając dłonią po jej kręgosłupie. Coś ją odrzuciło. Nie mogła mu na to pozwolić. Odsunęła się od Black’a gwałtownie i zatoczyła się jak pijana. Przed zderzeniem z twardą ścianą chatki Hagrida uchronił ją zawsze czujny Remus. Wpadła w jego objęcia i stwierdziła, że jak na razie woli w nich zostać. Wczepiła się mocno palcami w jego szatę, zupełnie jak małe, zagubione dziecko. Spazmy trochę zelżały, ale wciąż trzęsła się jak w gorączce, szlochając głośno. Lupin westchnął cichutko, delikatnie otaczając ją ramionami. Wykonał ten gest dosyć nieśmiało, podejrzewając, że jemu wyrwie się tak jak Łapie. Ale nie. Scarlet jeszcze mocniej zacisnęła dłonie na materiale jego szkolnej szaty. Przytulił ją, już odważniej głaszcząc ją po włosach i pozwalając się wypłakać. Glizdogon wycofał się na swoją stronę domku. James złapał Syriusza za rękaw i odciągnął od tej dwójki. Potrzebowali spokoju, w szczególności Green. A obecność Black’a jej tego nie zapewniała, wręcz przeciwnie.

- Rogacz, rozumiesz to wszystko? – zapytał cicho Syriusz, kiedy usadowili się na schodkach do chatki gajowego i czekali.
- Co wszystko? – James wyrwany z refleksyjnego zamyślenia, nie bardzo rozumiał to, o co zapytał go przyjaciel.
- No, to wszystko... – niechętnie wskazał kciukiem na tył budyneczku.
- Kobiety są tajemnicą... – burknął równie nieprzytomnie, co poprzednio, widocznie chcąc wrócić do swoich rozmyślań. Lecz Łapa nie dał mu takiej możliwości.
- Ocknij się, Rogaczu i zacznij ze mną rozmawiać! – nakazał stanowczym, nie znoszącym sprzeciwu głosem.
- Dobra, już dobra. Czego ode mnie chcesz, jaśnie panie? – szukający zmierzwił potargane włosy i popatrzył bacznie na Black’a.
- Żebyś mi wyjaśnił jej zachowanie. I jego, jego w szczególności. – skrzywił się, jakby dopiero co polizał przekrojoną na pół cytrynę. – Dlaczego on najpierw mówi, żeby czekać, że ona potrzebuje czasu... I żeby się nie afiszować i przede wszystkim nie wypytywać jego o to, co mu powiedziała. A teraz? Czule utula ją w smutku... – ostanie słowa wypowiedział z wyraźną niechęcią.
- Łapa... Czyżbyś był zazdrosny...? – zapytał, uśmiechając się pod nosem. Wymienił też porozumiewawcze spojrzenia z siedzącym dotąd cicho Glizdogonem.
- Nie twoja sprawa. Ale wyjaśnij mi, jeśli łaska, o co chodzi temu Lunatykowi?! – Syriusz był wyraźnie zły. Czuł się odrzucony i oszukany, ale tego po sobie nie pokazywał. Tylko złość. Bo najlepszą obroną od zawsze był atak.
- Lunatyk, to Lunatyk... Znasz go... Nigdy nie afiszował się z uczuciami... – odpowiedział ostrożnie, ale nie dość.
- Czyli uważasz, że on czuje coś do Scarlet? I ona do niego? – w głosie Black’a rozbrzmiało wiele. Ból. Poczucie bycia zdradzonym. Wściekłość na wszystkich bliskich, a szczególnie na niego. Zagubienie w świecie, który go przerósł i rozpacz, która jako jedyna mu w nim pozostała. Wiele nocy nieprzespanych z powodu natłoku myśli i obrazów na daremno. Liczne bitwy stoczone z własnym pragnieniem pocałowania jej, choćby w czubek zgrabnego nosa. Pytania zadawane w pustkę, kiedy nikt nie słyszał. Ciche marzenia, które wymknęły się przez szczeliny w murach, które nałożył na własny umysł, żeby móc dobrze odegrać beznamiętność. I te żałosne westchnięcia, cisnące się na usta, kiedy mógł ukradkiem podejrzeć, jak ona patrzy w dal, w pustkę nieba, myśląc o swojej bliższej lub dalszej przyszłości.
- Tak... – to jedno słowo sprawiło, że Syriusz momentalnie się skulił. – Uważam, że nigdy nie uda mi się natknąć na taką głęboką przyjaźń między dziewczyną, a chłopakiem, którzy nie są dla siebie siostrą i bratem. – uśmiechnął się, widząc jak jego przyjaciel patrzy na niego nic nie rozumiejącym wzrokiem. – Łapa, popadasz w paranoję. Lunatyk nie jest taki. Scarlet nie jest taka. Pójdź w końcu za radą naszego mądrego prefekta, przestań główkować i poczekaj. Myślę, że wszystko się ładnie rozwiąże. Ale jeśli spróbujesz wejść w ich przyjaźń, to nie licz na wiele. Przełknij dumę, chociaż wiem, że to trudne, bo jest wyjątkowo duża, kanciasta i łatwo można się nią udławić. I bądź cierpliwy. Mam wrażenie, że po dzisiejszym Scarlet będzie potrzebowała jeszcze więcej czasu. A i przede wszystkim zaufaj Remusowi, on zawsze wie co robi... – James, nie pozbywając się trochę idiotycznego uśmiechu, którym próbował naśladować Lupina, poklepał Łapę po plecach.
- Rogacz... Gdybyś tylko sobie potrafił dawać takie rady, to ta Evans już dawno by była twoja... – Black zaśmiał się sucho, z ponurą miną. Mimo tego, wyglądał znacznie lepiej.

- Witam pana, panie Lunatyku...! – rzucił James znad szachownicy, gdy wieczorem siedzieli w salonie Gryffindoru i relaksowali się przed ostatnim w tym tygodniu egzaminem.
- Hej, chłopaki... – Remus wyglądał na zmęczonego. O czym zaświadczyła bezwładność z jaką opadł na wolny fotel.
- Jak się czuję Scarlet...? – zapytał pospiesznie Pettigrew, chcąc pominąć wszystkie krępujące, rutynowe pytania w stylu: „Jak ci minął dzień?”.
- Lepiej. Chociaż wygląda jak królik z tymi czerwonymi oczami... – uśmiechnął się lekko do siebie.
- Jak wyjątkowo ładny królik... – wtrącił kąśliwie Syriusz. Jakoś trudno mu było zachowywać się normalnie, w szczególności, że porady Potter’a nic mu nie wyjaśniły, jedynie uzbroiły w cierpliwość.
Lupin spojrzał przenikliwie na przyjaciela.
- Masz racje, Łapo, nie przeczę, że wyjątkowo ładny... Ale chyba już zajęty... – przerzucił nogi przez boczne oparcie, rozsiadając się wygodnie. W tej chwili w swojej nonszalancji bardzo przypominał Syriusza.
- „Zajęty”...? – czarnowłosy nasrożył się i gdyby był pod postacią psa, na pewno wyszczerzyłby zęby. Wilkołak uprzedził chcącego interweniować szukającego Gryfonów.
- No, tak... Ten świat robi się coraz bardziej idiotyczny. Żeby to króliki wypłakiwały oczy dla polujących na nie psów... – Lunatyk wymienił ukradkowe spojrzenia z Potter’em. Ten wyszczerzył zęby, wstrzymując chichot.
Łapa jakby oklapł, bardzo zdezorientowany.
- Aha... Prosiła, żeby przekazać wam, że zaprasza całą naszą czwórkę do siebie na wakacje w drugiej połowie lipca, na dwa tygodnie. Chce spędzić z nami jeden tydzień w swoim domu, a potem zabierze nas do swojego domku letniskowego nad morzem. Kazała mi powtórzyć, dokładnie to, co ona mówiła, ale ja nigdy nie miałem pamięci do reklam... – dodał, nieco beztroskim tonem.
- Dlaczego...? – pytanie Jamesa przerwał prefekt.
- Powiedziała, że przecież nie można boczyć się do końca życia... – posłał pocieszający uśmiech Black’owi. Tym razem Rogacz nie powstrzymał parsknięcia. Po krótkiej chwili Syriusz mu zawtórował, zaskakując zupełnie swoich przyjaciół.
- Zapowiadają się interesujące wakacje... – mruknął do siebie Łapa, przekonany, że nikt go nie słyszy.

***

Przede mną wielkie sprzątanie nieużywanego mieszkania mojego brata na wsi, potem wprowadzenie się do niego na tydzień z przyjaciółmi... Hmmm... Postaram się, gdzieś tak między odkurzaniem, a szorowaniem blatów w kuchni coś naskrobać i wrzucić jeszcze przed wyjazdem.
Lena
komentarze [11]

Rozdział 30 : Pomiedzy nimi >> czwartek, 19 czerwca 2008 21:12:39
Ostatni w tym roku szkolnym ^^ Przperaszam, że ostatnio tak rzadko wrzucam, ale nie mam siły na pisanie. Tej fizycznej i psychicznej. Liceum i dojazdy męczą. Na szczęście, od jutra wakacje! Cieszę się ogromnie, anwet nie wiecie, jak bardzo... Więcej czasu na keyboard, na tworzenie piosenek, na czytanie, na ogłupianie się przed konsolą, na spotykanie z moimi i, przede wszystkim, na pisanie. Chcę zabrac się za coś ambitnego, w końcu przecież muszę napisać tą powieść, którą chcę wydać jako debiut ^^. Hmmm... Moje nie fanficowe pisanie wyglada troszkę inaczej, moze kiedyś kupicie i przeczytacie xP Mam nadzieję...
* ciekawehistorie - dzięki, za zwrócenie uwagi ^^ juz poprawiłam. I cieszę się, że podoba Ci się równie mocno jak mi.
* zycie-uslane-cierniami - będę szczera. To chyba był komentarz, który jak dotąd mnie najbardziej wzruszył. Nie powiem, że chcę więcej, bo popadnę w samouwielbienie, ale chyba znów uwierzyłam w to, że to co tak kocham robić, podoba sie innym i że ma sens. ^^"
* jean-lily-huncwoci - a tym razem powiem, że chce wiecej! Takie długie komentarze sa naprawdę świetne. Każdy komentarz to rzecz piękna, ale te długie... Chociaż podobno liczy się jakośc, a nie długość xP Jeśli chodzi o dalszą historię, to licze na to, że Cię zadowoli. I nie tylko Ciebie...
BETA: Mooniak

***

Zbiegła po schodach, prowadzących z dormitorium dziewcząt do pokoju wspólnego. Miała po dziurki w nosie Lily, która zabarykadowała się za zasłonami przy łóżku, twierdząc, że na pewno nie zda Sumów i że musi się uczyć. Zwykły stres przedegzaminowy w wykonaniu panny Evans, czyli zdecydowanie wyolbrzymione objawy. Przy pustym, ciemnym kominku stali Huncwoci. Cała czwórka zbiła się w ciasną grupkę i dyskutowała o czymś szeptem. Pewnie planowali kolejny wybryk, żeby jeszcze bardziej zdenerwować nauczycieli i uczniów przed sprawdzianami. Scarlet zmarszczyła brwi, odgarniając włosy z czoła. Miała wielką ochotę wybić im z głowy wprowadzanie w szkole chaosu, ale istniała pewna zasadnicza przeszkoda. Przeszkoda, która miała ostre, metaliczno-szare oczy, natychmiast łagodniejące na jej widok. Przeszkoda o niskim, przyjemnym głosie i szerokich, jak na szesnastolatka, ramionach, w których ma się ochotę schować przed całym światem. Green potrząsnęła mocno głową, burząc ułożenie cynamonowych kosmyków na swoich ramionach. Uszczypnęła się mocno w policzek. Musiała się otrząsnąć, bo zdecydowanie zachowywała się jak jedna z tych idiotek, należących do jego fanklubu. To co się z nią działo było głupie i wcześniej nie do pomyślenia. A teraz... Otarła zwilżone łzami rzęsy i pomasowała bolącą skórę na policzku, chociaż i tak wiedziała, że nikt nie zobaczy zaczerwienienia. Fala gorąca, która w nią uderzyła, zapewniła jej rumieniec przynajmniej na najbliższe kilkanaście minut. Nie mogła w takiej chwili do nich zejść. Licząc na to, że jej jeszcze nie zauważyli, odwróciła się na piecie i chyłkiem wbiegła na górę.

- Czy to nie była Scarlet...? - Rogacz uniósł głowę, patrząc w ślad za jasnowłosą. Przy tym starał się zabrzmieć naturalnie i nie zerkać wymownie na Łapę.
- Ostatnio nas unika. Co jej się mogło stać? – Peter również udawał, że niczego się nie domyślają. To prawda, że on sam nie zwróciłby na to uwagi, ale słuchał rozmowy Jamesa i Remusa, na temat Syriusza i Green.
- Łapa... – Lupin uśmiechnął się pewnie, może nawet tryumfalnie, widząc jak Black próbuje być coraz mniejszy. Przy tym zrobiło mu się żal przyjaciela, który wyglądał w takiej sytuacji żałośnie. – Masz może nam coś do powiedzenia w tej sprawie?
Kiedy padło to pytanie, zarówno Potter jak i Pettigrew spojrzeli na Lunatyka z szeroko otwartymi oczyma. Nie spodziewali się, że prefekt będzie zdolny do poruszenia tej sprawy, przede wszystkim dlatego, że podejrzewali go o większy sentyment w stosunku do Scarlet, niż powinien do niej żywić przyjaciel. Jednakże nie nastąpił żaden wybuch, żadna kłótnia ani tym bardziej wyciągnięcie różdżek do pojedynku. Syriusz jeszcze bardziej się skulił i zakrył twarz dłońmi. Stojący najbliżej niego James zauważył, że jego przyjaciel lekko zbladł. Po długiej chwili milczenia, Black odjął ręce od policzków i popatrzył na Remusa stanowczym wzrokiem.
- Ty znasz ją lepiej ode mnie... Co jej odbiło? – ciemnowłosy wyczekująco umieścił swoje spojrzenie na twarzy wilkołaka.
- Nie wiem... – głos prefekta zabrzmiał, jakby ten się nad czymś zastanawiał. Po chwili zaczął wolno, ostrożnie dobierając słowa. – Czy... miedzy wami... tobą i Scarlet... czy coś zaszło?
Pozostała dwójka Huncwotów ze zniecierpliwieniem na twarzach patrzyła to na jednego, to na drugiego. Black odchrząknął, podrapał się w potylicę i zmienił pozycję, prostując plecy. Za wszelką cenę próbował nie wyglądać na zakłopotanego, ale nie bardzo mu to wyszło.
- Wiesz Luniaczku... Ja tylko nie mam pojęcia, o co ona tak się wkurza... – odparł wymijająco.
- Odpowiadaj na pytania, proszę cię. Inaczej ci nie pomożemy...
James z podziwem popatrzył na Lupina. Powiedział dokładnie to, co Syriusz chciał usłyszeć. Sam chciał mieć taką siłę przekonywania i tak łatwo wzbudzać zaufanie. W sprawie jego i Lily Evans bardzo by mu się to przydało.
- Łapa, czy między tobą, a Scarlet do czegoś doszło, wtedy, kiedy profesor McGonnagal wlepiła ci szlaban? – powtórzył łagodnie z uśmiechem, który każdego skłoniłby do zwierzeń i wielu już przekonał.
- Właściwie to tak... – wymamrotał cicho, próbując powstrzymać lekki uśmiech, usilnie wpełzający na jego usta.
Rogacz roześmiał się głośno, klepiąc z dumą przyjaciela po plecach. Parę głów odwróciło się w ich stronę z zainteresowaniem.
- Wiedziałem, wiedziałem! – zakrzyknął radośnie Potter.- Od samego początku wiedziałem, że coś z tego będzie! To musiało się tak skończyć!
- James, ciszej z łaski swojej... Ludzie się patrzą... – Lunatyk zainterweniował taktownie. Chciał wyciągnąć z Black’a jak najwięcej, a uwaga całego Gryffindoru zwrócona na nich nie sprzyjała wyznaniom.
- Żadna ci się nie oprze, Łapa, żadna... – Potter przeszedł w teatralny szept. – Ona już od tego spotkania w pociągu była twoja... – na to zdanie Syriusz zaczerwienił się nagle.
- Śmiem uważać, że było odwrotnie, prawda Łapko...? – prefekt delikatnie przerwał uwagę szukającego Gryfonów, posyłając ciepły uśmiech Black’owi. Ten nie skomentował. Wolał odpowiadać na konkretne pytania.
- Ale jesteście teraz ze sobą...? – rzucił niecierpliwie Rogacz.
- A czy widzisz ją gdzieś tutaj? Albo żeby chodzili ze sobą ostatnio za rękę? Oj, Rogacz, Rogacz... – westchnął Lupin. – Największym problemem Łapy jest to, że po tym co zaszło, on sam nie wie, co dalej robić. A ja chciałbym wiedzieć co zaszło, żeby nie rozmawiać ze Scarlet na podstawie domysłów. Więc pytam: co zaszło?
Black odchrząknął i zaczął opowiadać. Wszystko, ze szczegółami. Remus słuchał go uważnie, pilnując, aby ani James ani Peter nie wyrwali się z jakimś okrzykiem, albo opinią. Kiedy skończył, zapadła długa cisza.
- Łapa... Ty na poważnie poleciałeś na dziewczynę, której podobno tak nienawidzisz...? – James wyobrażał sobie całą sytuacje kompletnie inaczej. Był pewny, że to ona dokonała wyznania, a nie on wyszedł z inicjatywą. Przecież to zawsze było tak, że Syriusz przyjmował propozycję dziewczyny, umawiał się z nią kilka razy i porzucał dla kolejnej, podobnej do niej.
- Rogacz, co się dziwisz? – Pettigrew zdecydował się odezwać. – Nie on jeden i nie on pierwszy wpadł w nią, jak kamień w wodę...
- I nie pierwszy został ofukany za zbytnie pozwalanie sobie wobec kogoś takiego jak ona... – rzucił z przekąsem Potter.
Remus nagle się roześmiał. Pozostała trójka popatrzyła na niego, jak na chorego umysłowo.
- Co ci jest, Luniaczku?
- Czas... – rzucił, pomiędzy jednym parsknięciem a drugim.
- Co „czas”? – Syriusz zacisnął pieści i włożył je do kieszeni dżinsów, patrząc trochę złowrogo na przyjaciela.
- Czas wam pokaże...

Green z cichym westchnięciem odłożyła na bok podręcznik do eliksirów. Nie potrafiła się skupić. Przeszkadzało jej mamrotanie dochodzące z łóżka Lily. Poza tym ciągle odpływała myślami do tej przerwy sprzed kilku dni, przed transmutacją. Dlaczego okazała się taka słaba, że nawet jemu się nie oparła? Mogła wyciągnąć różdżkę i zagrozić mu różowym kolorem włosów, jeśli nie zostawi jej w spokoju. Teraz mogłaby się uczyć i spędzać z nimi czas, znosząc jedynie jego naburmuszenie. Ewentualnie kłócąc się z nim o byle głupstwo. Tamte czasy, sprzed tego zdarzenia, wydawały jej się teraz tak bardzo odległe...
Uniosła się na łokciach i sięgnęła po leżący na brzegu etażerki szkicownik. Miała ochotę porysować. Skoro nie mogła zapomnieć o tej krępującej sytuacji podczas nauki, to może da radę w trakcie rysowania. Złapała za róg notesu, tak niefortunnie, że wszystkie leżące w nim luźno kartki rozsypały się po podłodze. Niechętnie wychyliła się z materaca i zaczęła je zbierać. Były to prace głównie z tego roku. Mimowolnie zaczęła je oglądać. Po paru stwierdziła, że jest straszną idiotką. Że też tego wcześniej nie zauważyła! Trzymała w ręku szkic wyraźnie chłopięcego tułowia ze skrzyżowanymi ramionami. Obok delikatny zarys kominka, o który miał się opierać. Kolejne „dzieło” – burza ciemnych włosów, rozwiewanych przez wiatr na stabilnej szyi, tworzącej z barkami zgrabny kąt. Nie było widać twarzy, ale Scarlet nie musiała długo się domyślać. Każdy kolejny rysunek coraz bardziej ją kompromitował wobec samej siebie. Głupia, nie znająca ani świata ani ludzi dziewczynka...
Ostatni malunek, który trafił w jej ręce był tym jedynym kolorowym i, wbrew temu co mówiła przyjaciołom, całkowicie skończonym. Całą resztę odłożyła obok siebie na łóżko, a z tym usiadła po turecku, badając go uważnie. Taki dokładny... Każde załamanie powierzchni koszuli, wszystkie cienie na skórze. Nawet parę różnych odcieni czerni na jego włosach – bardziej granatowe, brązowe, czy te srebrzyste. Sama nie widziała, że potrafi tak dobrze odwzorować rzeczywistość na papierze. W tym przypadku bardzo pomogła jej magia i coś jeszcze. Tylko co? Nie umiała, a raczej nie chciała tego nazwać po imieniu.
Powiodła palcem po konturach postaci. Przykryła opuszkiem palca jego dłoń. Przesunęła palcem wskazującym wzdłuż jego twarzy, jakby chciała odgarnąć mu z czoła ciemne kosmyki, które i tak zaraz by wróciły na swoje miejsce z tą samą nonszalancją. Obrazek był nieruchomy, martwy, chociaż ona widziała w nim życie, które dała mu własną ręką. Bała się tego wrażenia, ale zarazem ja fascynowało. Pozwalało jej uniknąć stanięcia twarzą w twarz ze swoją sytuacją, poprzez pogrążenie się w kontemplacji swojej własnej pracy. Próba objęcia jej rozumem mijała się z celem, bo to równało się z konfrontacją lęków z rzeczywistością. Gubiła się już w tej swojej pokrętnej logice, więc skupiła się na wpatrywaniu się w rysunek. Chciałaby, żeby podobizna uniosła nagle głowę, odsłoniła kotarę z rzęs i z beztroskim uśmiechem odwzajemniła jej natarczywy wzrok spojrzeniem stalowo-szarych oczu. Z drugiej strony, bardzo bała się, że zareagowałaby inaczej – szyderczym śmiechem, albo ucieczką z obrazka. Dlatego też Green po raz pierwszy w życiu równocześnie żałowała, że nie wypróbowała zaklecia ożywiającego, jak i cieszyła się, iż zrobiła coś metodą mugolską.

Na kolacji Scarlet usiadła naprzeciwko chłopaków, udając obojętność. Przywitała się z nimi, skąpym kiwnięciem głowy i cichym mruknięciem pod nosem. W końcu widziała się dziś z nimi pierwszy raz i nie wypadało zareagować inaczej. Lily, wprowadzając jasnowłosą w stan lekkiego stresu, odmówiła pójścia na posiłek. Jej „nauka” do Sumów zaczynała sięgać już trochę za daleko. Evans nigdy nie jadła dużo, ale dbała o siebie i starał się jadać każdy posiłek. Takie zachowanie, jak opuszczanie kolacji było nie w jej stylu. Green musiała z nią poważnie porozmawiać, jak tylko wróci do dormitorium. Z tego tez powodu czuła się trochę samotna. Nie miała pojęcia, czy Syriusz powiedział cokolwiek chłopakom. Chciała pogadać z Remusem, ale ta niewiedza utrudniała sprawę. Poza tym, nawet jeśli Lunatyk nie wiedział nic od Black’a, to nie miała bladego pojęcia jak sama ma mu to oznajmić. „Wiesz, Remusie... Miałam ostatnio interesującą przygodę. Mianowicie całowałam się z twoim przyjacielem, Łapą i nie wiem co mam z tym faktem dalej zrobić...” Nie, to brzmiało gorzej niż idiotycznie.
Zaczęła denerwować się tak bardzo, że aż trzęsły jej się ręce i z trudem przełykała każdy kolejny kęs kanapki z serem. Dziwnie namolne spojrzenia Huncwotów wcale jej tego nie ułatwiały. To mogło oznaczać dwie rzeczy: przyjaciele Syriusza coś zauważyli, zaczęli uważniej obserwować i zastanawiać się co mogło zajść, a teraz próbowali do tego sami dojść albo wyciągnąć z nich coś nachalnym milczeniem. Lub po prostu dowiedzieli się całej historii, z pewnością ubarwionej o parę wyolbrzymionych szczegółów i teraz patrzyli na Scarlet, myśląc jaka to z niej hipokrytka.
Skończyli jeść i zaczęli wstawać od stołu. To była jej ostatnia szansa, bo podejrzewała, że później jej nerwy tego nie wytrzymają i zrezygnuje. Nie mogła czekać. Nie w nieskończoność.
- Poczekaj! – rzuciła. Chyba trochę zbyt emocjonalnym głosem, ale nie zdołała się opanować.
Cała czwórka odwróciła się jak na komendę. Jej uwadze nie umknął wyraz uradowanej pewności na twarzy Petera i tryumfalny błysk w oku Jamesa. Chyba jednak wiedzieli. Remus wydawał się być nieprzenikniony. Natomiast Syriusz schował ręce do kieszeni, patrząc na nią z lekkim, wręcz nieśmiałym uśmiechem. Już otwierał usta, żeby rzucić jakiś komentarz, ale ona go pospiesznie ubiegła. Nie pozwoli mu na nic, nie teraz.
- Lunatyku, masz może czas? Musze poszukać kilku lektur dodatkowych w bibliotece, bo chcę je sobie przypomnieć, jeszcze przed Sumami. – wyrzuciła z siebie.
- Mhm, jasne. – odparł naturalnie, z ciepłym uśmiechem. – Poczekam na nią, a wy już idźcie. Potem do was przyjdę. – rzucił do trójki przyjaciół i z powrotem usiadł na swoje miejsce.
Łapa zbladł lekko i odszedł szybkim krokiem. Glizdogon i Rogacz musieli go dogonić i próbowali zagadać, ale on milczał, przynajmniej w Wielkiej Sali.
Green, zachowując chłód i jako takie opanowanie, dokończyła posiłek. Nie wymienili żadnego słowa aż do samej biblioteki. Pierwszy odezwał się Lupin.
- Co będziesz wypożyczać? – zapytał cicho, zachowując podstawową zasadę panująca w bibliotece.
- „Mikstury lecznicze i antidota” Janice Farbric – mruknęła w odpowiedzi, trąc delikatnie spoconymi dłońmi o materiał dżinsów, przez kieszenie.
Remus uniósł brwi, ale nie skomentował. Już był pewny, że nie chodzi o zwykłe towarzystwo w konfrontacji z lekko fanatyczną panią Pince. Pamiętał przecież, jak brała tę książkę w dzień, w którym rozegrała się ta cała szopka z Łapą. Tutaj nastąpiła krótka dyskusja z bibliotekarką przy biurku. Zagłębili się między przykurzone regały, stanowiące nagromadzenie wiedzy czarodziejów, odkrywanej i uzupełnianej przez wiele wieków.
- O czym chcesz pogadać? – zapytał wprost, kiedy upewnił się, że nikt ich na pewno nie podsłucha.
Green wahała się przez chwilę. Ale w rezultacie zaczęła mówić. On tylko słuchał, nie wtrącając ani słowa.

- I co, i co? Mówiła coś? – kiedy prefekt wrócił z biblioteki i pożegnał się z wyraźnie rozpogodzoną Scarlet pod schodami dormitorium dziewcząt, został otoczony przez stado znanych ze swojej psotności zwierzątek. Pytania sypały się ze strony Rogacza i Glizdogona, Łapa natomiast udawał, że go to nie interesuje, w rzeczywistości nadstawiając psie ucho.
- Owszem, mówiła. – odpowiedział krótko, a Huncwoci umilkli, czekając na długą opowieść, która nie nastąpiła.
- A co mówiła...? – zapytał obojętnym tonem Black, przerywając tą niekończącą się ciszę.
- Nie mogę powiedzieć. – Remus próbował zabrzmieć jak najłagodniej. Jeszcze mu tylko brakowało zazdrosnej furii ciemnowłosego.
- Dlaczego? – spytał Syriusz, tym razem ostrzej i z wyraźną niechęcią.
- Zaufanie jest filarem kontaktów międzyludzkich. – wymijająca odpowiedź wydawała się wilkołakowi najlepszym wyjściem.
Łapa zacisnął mocno usta.

***

Następny...? Nic nie obiecuję, ale spróbuję wykrzesać z siebie jeszcze trochę energii w najbliższym czasie... ^^
Lena
komentarze [10]

Rozdział 29: Unik >> niedziela, 1 czerwca 2008 18:10:49
Nie wierzę, że to zrobiłam, ale macie nowy rozdział po tygodniu... Cieszycie się? Po prostu wykorzystałam przemęczenie i to, że nie byłam w stanie się uczyć. Tak więc powstało to, co za chwilę przeczytacie. Zdradzę, że przyspieszam akcję, bo już sama mam dośc rozdziałów, w których się nic nie dzieje. I kocham ten rozdział xP
* Isabell - kłótnie = cudownie??? Chyba nigdy nie byłaś przy tym, jak dwójka Twoich przyjaciół się żre ^^
* jean-lily-huncwoci - powiem Ci, że ja też wiem jak to jest. Takie dwa moje też przez to przechodzą. Niestety oni nigdy nie przestaną. A czy wszystko się ułoży, to zobaczymy... ^^"
* panna-deschanel - błędy w komentarzu wybaczam i wybaczam prośbę o powiadamianie w komentarzu. Ale przysięgam - ostatni raz. Wpisujcie się do Księgi Gości. A, i ciesze się, że nie słodzisz, bo od nadmiaru cukru robi się niedobrze ^^
BETA: Mooniak

***

Powrót do przyjaźni bardzo cieszył obie dziewczyny, które od miesiąca tak naprawdę męczyły się w tym, co na siłę zrobiły ze swoich relacji. Dotarło to do nich dosyć późno, ale dobrze, że trwało to zaledwie, a może aż miesiąc i kilkanaście dni. Miały wiele do nadrobienia i jeszcze więcej do odbudowania. Podstawowym problemem była obecność chłopaków – Huncwoci dość sceptycznie patrzyli na odnowione stosunki Gryfonek, natomiast Walter notorycznie unikał Scarlet. Zresztą z wzajemnością, lecz nikt się temu nie dziwił. Green i Evans siedziały razem na lekcjach i to był właściwie jedyny czas, który spędzały razem. Obie intensywnie uczyły się do nadchodzących wielkimi krokami egzaminów. Rudowłosa korzystała z pomocy Winged’a, natomiast Green próbowała wkuć na pamięć formułki przy akompaniamencie bezsensownych rozmów Jamesa i Syriusza, którzy na przemian gadali i się uczyli. Jakby nie mogli cały czas robić tego drugiego, tak jak Remus i Peter. Ci dwaj przynajmniej nie przeszkadzali innym, nie odrywając nosów od książek. Czasem tylko Pettigrew zapytał o coś, co nie do końca rozumiał. Albo Lupin poprosił ją, żeby go odpytała, oferując w zamian to samo.
Łapa i jasnowłosa już się nie kłócili. Takie zawieszenie broni na czas egzaminów. Minęło sporo czasu od ich ostatniej sprzeczki, co reszta Huncwotów bardzo sobie ceniła. Zresztą nie tylko oni. Zarówno piątoklasiści, Gryfoni, jak i nauczyciele odetchnęli z ulgą. Przez pierwszy okres czekali w napięciu na kolejne wybuchy, lecz gdy upłynęło więcej czasu trochę się rozluźnili. Trudno było tylko Scarlet i Syriuszowi. Oboje często musieli gryźć się w język, bo powiedzenie czegokolwiek wprost, lub ze zwykłą dla ich kontaktów złośliwością mogło się skończyć przerwaniem zawieszenia broni, a to nie spodobałoby się Lunatykowi. Wilkołak kilkakrotnie im powtarzał, że jeszcze parę dni ich ciągłych utarczek, a przestałby prosić i zacząłby egzekwować posłuszeństwo w sposób właściwy dla prefekta.

- Lily, dlaczego znowu zaczęłaś rozmawiać z Walterem? – szepnęła Scarlet, kiedy na zielarstwie wybierały najostrzejsze nożyce z kilkudziesięciu szkolnych par.
Evans spodziewała się tego pytania od dawna. Przygotowała sobie też odpowiednią odpowiedź, która miała wszystko wyjaśnić i zarazem nie urazić jej koleżanki. Bo rudowłosa miała własne zdanie na temat związku Winged’a z Green i własną interpretację tego, kto to doszczętnie rozwalił. Znała wersję wydarzeń z obu stron i potrafiła wyciągnąć wnioski. Jej odpowiedź nie mogła dotknąć jasnowłosej, nie mogła uświadomić jej, że prefekt właściwie cały czas ma pretensje o odrzucenie szóstoklasisty. Tylko dlaczego Lily nie pamiętała ani słowa z tak skrupulatnie przygotowanej przemowy?
- Dlaczego…? – jasnowłosa powtórzyła z dozą żądania w głosie. Przecież jednym z punktów ich umowy, co do odnowienia przyjaźni była właśnie pełna szczerość. Ten warunek jako jeden z niewielu wypowiedziały na głos, więc obowiązywał w każdym przypadku.
- Tak wyszło. – bąknęła w końcu, łapiąc za jedną z najnowszych par nożyc i ruszając w stronę ich stanowiska. Najnowszych nie znaczy najostrzejszych, ale Lily miała nadzieję, że Scarlet pochłonięta walką z kolejną krwiożerczą rośliną odłoży to pytanie na później. A wtedy może Evans uda się przypomnieć sobie, albo ułożyć od nowa, zgrabną odpowiedź.
- Proszę, Lily. Nie wymiguj się od odpowiedzi. Dlaczego wróciłaś do tego koleżeństwa? – tym razem był to nakaz odpowiedzi, a nie delikatne żądanie.
- Bo źle mi było samej. A skoro on chciał odnowić kontakt, to stwierdziłam: „Czemu nie...?”. I tak to wyszło. Po prostu. Nie ma w tym ani żadnych zagadek, ani spisków, ani tajemnic. Nie bój się, mam dosyć godności, żeby nie nastawiać się przeciwko swoim dawnym przyjaciołom. – odpowiedziała wyczerpująco, ale zupełnie inaczej niż chciała. Zabrzmiała jak spragniona towarzystwa i osamotniona dziewczyna, która czuje się co najmniej niepotrzebna i odrzucana przez wszystkich. Na dodatek jeszcze wtrąciła ten komentarz o konspirowaniu przeciwko dawnym znajomym, co mogło wywołać podejrzenia, że skoro się tłumaczy, to na pewno planowała coś przeciwko Scarlet.
Green nic nie odpowiedziała. Tak naprawdę miała bardzo mieszane uczucia w związku z całą tą sytuacją. Rudowłosa nie wiedziała, do czego Walter przyczynił się bardzo bezpośrednio. I, że to właśnie można nazwać spiskowaniem przeciwko byłym przyjaciołom. Z trudem powstrzymała się od komentarza. Skoro Evans czuła się dobrze z tym wszystkim i potrzebowała kontaktów z Winged’em, to młoda modelka nie zamierzała ingerować. Byle by tylko nie musiała zbyt często natykać się na szóstoklasistę i, tym bardziej, nie była namawiana na spędzanie z nim czasu. Stare rany wciąż bardzo bolały, a kłótnia z Lily i ciągłe sprzeczki z Syriuszem jakby je pogłębiały i rozszarpywały od nowa. Grudniowy wieczór zaczął powracać w jej snach, niezbyt przyjemnych snach. Jak na razie zdołała ukrywać się ze swoją bezsennością, ale nie wiedziała, jak długo to jeszcze potrwa.
Do końca lekcji nie wymieniły już ze sobą słowa, pomijając krótkie prośby o podanie rękawic czy miski. Na szczęście był to już koniec zajęć i miały teraz chwilę dla siebie. A tak właściwie, to nie miały, bo zaraz przyczepili się do nich Huncwoci. James i Peter dyskutowali zawzięcie o aktualnych wynikach w tabeli krajowych rozgrywek Quidditcha. Potter z nieukrywaną pasją prezentował pantomimę, przedstawiającą widowiskowe pochwycenie znicza. Glizdogon dopingował go wytrwale. Remus zagadał Lily o eliksirach, a Syriusz szedł krok w krok obok Scarlet, mierząc ją dziwnym spojrzeniem.
- O co ci chodzi, Łapa? – zapytała w końcu nie potrafiąc znieść tego pełnego wyczekiwania milczenia i pisków Pettigrew.
- Co tak ostro? Nie mów, że znów ci coś zrobiłem...? – zmarszczył nos, udając, że nie ma zielonego pojęcia, o co ona pyta.
- Nie rozumiesz po ludzku? „O co ci chodzi?”, bądź „Czego chcesz?”, jak wolisz. Mam ci to może wyszczekać...? – burknęła, gotowa na kolejną sprzeczkę. Ale zanim Syriusz zdołał jej coś odwarknąć, poczuła jak twarda podeszwa czyjegoś buta przesuwa jej się po rzepce. Odwróciła się, mrożąc wzrokiem Rogacza.
- Przepraszam Scarlet! – rzucił jak najbardziej skruszonym tonem, jednocześnie wymownie kiwając w stronę rudowłosej prefekt.
Green zapobiegawczo ugryzła się w język i zwróciła się z powrotem do Black’a. Chłopak zdążył już ochłonąć i znów przyglądał jej się wyczekująco.
- Powiedz mi, o co ci chodzi. Nie jestem facetem i naprawdę nie wiem co sobie teraz myślisz, kiedy tak na mnie patrzysz... – powiedziała trochę sarkastycznie, machinalnie wypinając do przodu pierś i prostując plecy.
Łapa zachichotał i zawtórowało mu dwóch jego przyjaciół, idących z tyłu i słuchających ukradkiem tej rozmowy. Uśmiechnął się pewnie i cmoknął cicho, jakby zastanawiając się nad doborem słów, co było niecodziennym widokiem.
- Scarlet... Nie musisz tak ostentacyjnie pokazywać, że nie jesteś facetem, bo i tak to wiem. I widzę. – jego stalowoszare oczy rozbłysły wesołością.
- Bałwan! – uderzyła go szybkim ruchem w ramię, kryjąc rumieniec za gęstymi włosami. Po chwili odgarnęła je z twarzy i z pełnym spokojem zapytała. – Czego ode mnie chcesz?
- Skąd wnioskujesz, że czegoś chcę? – ze skrzywioną miną rozmasowywał obitą rękę. – Powinnaś porzucić pozowanie i zabrać się za boks. Będę mieć siniaka, wiesz? – jęknął z wyrzutem, wciąż unikając odpowiedzi.
- Znam cię już tak długo, że wiem, kiedy czegoś chcesz. Powiedz to wreszcie i miejmy to z głowy! – zignorowała jego komentarz na temat swojej siły i zmrużyła oczy. Gest oznaczający skrajny, chłodny spokój, który w jednej chwili mógł się przerodzić po prostu w złość.
- Dobra, już dobra, nie mierz mnie tymi swoimi ciemnymi ślepiętami. Skończyłaś już ten rysunek? – zapytał prosto z mostu, co było jak najbardziej w jego stylu.
- Dlaczego pytasz? – nagle poczuła pewien niepokój, czający się w głębi podświadomości.
- Bo chciałbym go zobaczyć. Coś mi się należy za to pozowanie, nie? – puścił do niej oko, znów zaczynając traktować ją jak jedną ze swoich fanek.
- Nie. Nie zobaczysz tego rysunku, bo nie poprawiłam jeszcze paru niedociągnięć w kolorystyce. Wiesz, ręka mi zadrżała i masz kilka pasemek zielonych, albo coś innego, równie małego. Ale istotnego. – słyszała, że zabrzmiała dosyć sztucznie. Ale nie mógł zobaczyć tego rysunku. Było w nim coś, co ją przerażało. Nie rozumiała tego. Ostatnio niewiele rzeczy rozumiała. Właściwie to nic, poza zasadami transmutacji i problematyką antidotów. Tak bywało, kiedy człowiek nie miał czasu na nic innego poza nauką.
- Jaki rysunek? – wtrąciła się Lily, która jak zawsze miała podzielną uwagę i prowadząc swoją dyskusję, potrafiła podsłuchiwać rozmowy ludzi naokoło.
- Łapa pozował Scarlet do rysunku. Którego zresztą jeszcze nikomu nie pokazała. – wyjaśnił Lupin, wyręczając jasnowłosą.
- Oooo... Scarlet, ja chcę to zobaczyć! – Evans naprawdę rozochociła perspektywa obejrzenia pracy swojej przyjaciółki. – Jak Black pozował? – zapytała szeptem, nachylając się do ucha Green.
- W jakim sensie pytasz? – Scarlet zmarszczyła brwi. Był to gest, który przejęła od Lunatyka, ale nikt na to nie zwracał uwagi. Wszyscy przyzwyczaili się, że zastanawiająca się dziewczyna ściąga brwi, albo układa usta w ciup, co podpatrzyła u Syriusza.
- No... był ubrany? – rzuciła bardzo cicho, tak, żeby usłyszała ją na pewno tylko przyjaciółka.
- Lily...! – Green wybuchnęła głośnym śmiechem i poklepała po plecach zawstydzoną swoją śmiałością prefekt.
- Scarlet! Pokaż mi go! – Łapa złapał ją za nadgarstek, żeby nie mogła mu się wywinąć.
- Pokaż go nam! – podjęła grę rudowłosa, przytrzymując jej drugi łokieć.
- Zobaczycie go, jak będzie gotowy! A teraz dajcie mi spokój! – odtrąciła ich i przepchnęła się między Remusem a Jamesem, którzy zastąpili jej drogę. – Musicie sobie zasłużyć! – rzuciła spod schodów prowadzących do zamku i pokazała im język.

Lekcje, a potem zakuwanie do Sumów. Żadnych rewelacji. Scarlet nie dała się ponieść ogólnemu podnieceniu, ze spokojem podchodząc do egzaminów. Żadnych rewelacji. Leniwy, późnowiosenny dzień o zapachu nadchodzącego lata…
Właśnie szli całą piątką na transmutację, a Scarlet powtarzała w myślach formuły zaklęć, kiedy pod ich spojrzenia napatoczył się znajomy Ślizgon.
- Hej, Smarku! – James nie mógł się powstrzymać od zaczepienia go. – Zacząłeś już kuć do Sumów? Bo mam wrażenie, że za bardzo cieknie ci z nosa, żebyś mógł się na czymkolwiek skupić! – wyciągnął zza pazuchy różdżkę, turlając ją od niechcenia między palcami.
- Rogacz… - syknęła Green, łapiąc go ostrzegawczo za tył szaty.
- Ja nie musze obstawiać się dziewczynami z rozkładówek chodząc z klasy do klasy. Sam potrafię trafić na zajęcia. – Snape buntowniczo odrzucił z twarzy brudne włosy.
Lupin i Pettigrew spojrzeli po sobie porozumiewawczo, a Black patrzył na wszystko z chłodną wyniosłością. Severus, zanim zdążył sięgnąć do kieszeni, zawisł w powietrzu. Zaklął paskudnie. Jasnowłosa czuła dziwny ucisk w gardle, patrząc na skrzywionego ze złości chłopaka. Niby był również jej wrogiem, ale coś nie pozwalało jej okazać w tej chwili obojętności. Przygryzła wargę, ale pomogło tylko na króciutką chwilę.
- Potter, kretynie! – dziewczyna, obserwująca całą sytuację z rosnącą grozą w oczach, szarpnęła kolegę za szatę. A już miała nadzieję, że zupełnie uspokoił się ze Snape’m i że już znudziło mu się dokuczanie samotnemu Ślizgonowi. Nie wiedziała, że James wciąż często męczył chłopaka, ale nigdy nie robił tego przy niej. Nie chciał, żeby się czepiała i wytykała mu jego wady. Ona natomiast stwierdziła, że myliła się, co do tego, że trochę dojrzał. Poprawka, dojrzeli, bo reszta Huncwotów również nie wykazywała zainteresowania idiotyzmem całej sytuacji. Tak bardzo nie chciała kłopotów, teraz, przed egzaminami…
- No co?! – popatrzył na nią, kiwając różdżką i powodując, że Snape uderzał głową o podłogę, klnąc bezsilnie. – Przecież to Smarkerus…
- I co z tego?! Nie masz widowni, widzieliśmy to już tyle razy, że może się znudzić. Zostaw go. – wyciągnęła rękę po jego różdżkę., ale usunął ją sprzed zasięgu jej ramienia.
- Nudzi mi się. Ciągle tylko kucie i kucie… - jęknął, jakby to miało cokolwiek wyjaśniać.
- Łapa! – krzyknęła dziewczyna, obracając się na pięcie.
- Niech robi, co chce. – mruknął Black, opierając się plecami o ścianę i leniwie wyciągając przed siebie nogi, ręce wkładając do kieszeni dżinsów. Był w tym tak odpychająco neutralny i nie zainteresowany, że musiała stwierdzić, że zwraca się do niewłaściwej osoby. Wzrastał w niej gniew i to dziwne, bolesne uczucie, kojarzące się trochę z paniką…
- Lunatyk…? – zaczęła, ale widząc jak Remus wzrusza bezradnie ramionami, prychnęła dziko. Glizdogona nie miała nawet co prosić o pomoc w okiełznaniu specyficznych objawów nudy u Jamesa. – W porządku. Róbcie tak dalej, ale na mnie nie liczcie. Nigdy więcej! – wyrwała różdżkę szukającemu i przebiegła obok Snape’a, który dopiero co zwalił się na posadzkę. Wrzała w niej złość i narastała chęć do płaczu, chociaż sama nie wiedziała dlaczego. Nie miała aż tak silnego poczucia sprawiedliwości, żeby przejmować się Ślizgonem, który nazwał ją „dziewczyną z rozkładówki”.
- Scarlet! – nie obchodził jej również ten pełen niezrozumienia okrzyk Rogacza. Miała w nosie to, że zaraz zaczynała się transmutacja. Zachowanie chłopaków dotknęło w niej pewną ukrytą strunę, której bolesne drganie kazało jej biec przed siebie i nie oglądać się.
Usłyszała, że któryś z Huncwotów za nią biegnie. Przyspieszyła, ale i tak zawsze była słaba w sportach, więc niewiele jej to dało. Zatrzymał ją chwytem za nadgarstek, tak mocnym, że poczuła jak coś strzyknęło jej w ramieniu. Siłą odwrócił ją w swoją stronę. Do bólu zacisnął palce na jej ramionach. Stalowoszare oczy świeciły w półmroku korytarza. Nie wiedziała, czy to wzruszenie, czy złość, czy może coś zupełnie innego. Nie wiedziała. Ale intensywnie w nie patrzyła, bo fascynował ją ten blask.
- Scarlet, o co ci chodzi? – warknął, prawie po psiemu, tak jak to tylko on potrafił.
- Łapa, nie pytaj. To żałosne. I takie niedojrzałe. Zachowanie godne Ślizgonów, nie Gryfonów. – jednak odwróciła wzrok, patrząc na kamienną ścianę, której szarość niewiele miała do chłodnego odcienia oczu Black’a.
- O co ci chodzi?! Czemu tak dbasz o tego Smarka? Podoba ci się?! – parsknął okrutnym śmiechem, chociaż w jego głosie zabrzmiała nutka zdezorientowania.
- Łapa, ty idioto! – próbowała się wyszarpnąć, ale on zawsze był od niej silniejszy. I tym razem na coś bardzo zdecydowany. – To boli… Puść…!
- Odpowiedz mi na proste pytanie: O co ci chodzi? – zaakcentował każde słowo, badając ją wzrokiem.
Odetchnęła głęboko, cofając zbyt prędko gromadzące się łzy. Nie będzie przed nim płakać, o nie, nie zniży się do tego. Nie wiedziała o co mu chodzi.
- Łapo…
- Daj spokój z tym przezwiskiem! Mam imię.
- Syriuszu… - wzięła jeszcze jeden głęboki oddech, ale niewiele jej to pomogło. To, że nie rozumiała ani jego ani siebie było uciążliwe. – To co robicie jest głupie i do niczego nie prowadzi. On też ma uczucia. – znów ten dziwny ucisk w gardle. – Jest Ślizgonem, ale też człowiekiem. Kiedy to zrozumiecie…? – nie mogła już powstrzymać łez. Ciekły po policzkach, kapiąc na szkolna szatę. Tak naprawdę nie wiedziała dlaczego płacze, lecz było jej wstyd za tą słabość.
- Scarlet… Nie zrozumiałaś mnie chyba… - pochylił się, cały czas mocno ściskając jej ramiona i pocałował ją.
- Nie! – załkała, wyrywając się w końcu.
Cofnęła się o parę kroków. Serce biło jej jak oszalałe, z prędkością światła. Syriusz szybko ją dogonił. Próbowała go odepchnąć, zła i zszokowana zarazem. On z chłodną stanowczością zręcznie złapał ją za nadgarstki. Kiedy protestowała, zepchnął ją dosyć brutalnie na ścianę. Nie chciała mieć z nim do czynienia. Tak szczerze, to chciała wydrapać mu oczy. Problem w tym, że był silniejszy. Patrzyli sobie w oczy – ona próbująca się wyswobodzić, a on obserwujący każdą łzę spływającą z kącików jej ciemnoniebieskich oczu. Kiedy znów się nachylił, znieruchomiała. Zupełnie instynktownie poszukała ciepła jego ust, które dziwnie koiły szloch. Czując, że się rozluźniła, puścił jej ręce, wplatając palce w jasno-cynamonowe włosy. Scarlet wczepiła dłonie w przód jego szaty. Pocałunek, pełen tłumionych emocji, trwał i trwał, stopniowo przez niego pogłębiany.
Scarlet kręciło się w głowie. Wrażenie, że zaraz upadnie, nie ustawało, ale mimo tego była całkowicie spokojna. Jakby przed chwilą jeszcze nie targał nią gniew.
- Pan Black?! – surowy, zaskoczony okrzyk rozniósł się echem po pustym korytarzu.
Łapa z wyraźną niechęcią oderwał się od niej. Przesunął dłoń na bok Scarlet, delikatnie podtrzymując ją na prostych nogach. A jednak zauważył, jak bardzo zmiękły jej kolana.
- Tak, pani profesor? – niewinny ton nie podziałał na McGonagall pojednawczo. Zacisnęła usta. Syriusz oblizał się nieznacznie. To przeważyło szalę. Na skroni nauczycielki wyskoczyła szybko pulsująca żyła. – Pan Black minus dwadzieścia punktów i szlaban do końca tygodnia! – ryknęła, niczym rozjuszony byk. – Co to ma znaczyć?! Powinien pan być na mojej lekcji! A panna Green…! – urwała, widząc twarz Scarlet. Ta prędko przetarła policzki i oczy rękawem szaty. – A dla panny Green minus dziesięć punktów. Proszę się też przypomnieć na koniec lekcji, żebym dała pannie karne wypracowanie. Teraz proszę za mną! – odwróciła się, zamiatając skromną szatą podłogę.
Jasnowłosa domyślała się, co pomyślała sobie profesor McGonagall. Że Syriusz ją do czegoś próbował przymusić i dlatego płakała. Minerwa potraktowała ją ulgowo, ale bez pewności nie mogła zupełnie darować kary. Dwójka Gryfonów ruszyła za swoją nauczycielką w stronę klasy. Jedno z nich było kompletnie oszołomione i zawstydzone. Syriusz po kilku krokach wyciągnął rękę i chciał złapać jej dłoń w swoją. Udało mu się tylko musnąć kawałek skóry dziewczyny, która gwałtownie zabrała rękę, jak spłoszona łania, gdy tylko poczuła palce Black’a. Już postanowiła, że będzie to traktować tak, jakby to on ukradł jej pierwszy pocałunek. Miała się czuć wykorzystana. Dusiła silną i żywotną myśl, że ona sama też tego chciała. Przecież ten kretyn nigdy jej nie pociągał. Ale te miękkie kolana w trakcie pocałunku... Pocałunek…
Prychnęła cicho i ostrzegawczo, widząc kątem oka, że Łapa szykuje się do zdecydowanego chwycenia jej ręki. Ten dźwięk ostatecznie ostudził zapały chłopaka.

***

Podoba się, nie? Nastepny na pewno nie w tym tygodniu... Może w przyszłym...
EDIT: A i wszystkiego dobrego z okazji Dnia Dziecka, moje maluszki!!! XP
Lena
komentarze [16]

Rozdział 28: Rozmowy pokojowe >> poniedziałek, 26 maja 2008 20:02:47
Tak... Opóźnienia spowodowane nadchodzącym wystawianiem ocen i Mooniakowym buntem komputera ^^ Przepraszam, wiem, że miałam dodawać rozdziały częściej. Pocieszę Was, że kolejny rozdział, jeden z moich ulubionych zresztą, jest w zaawansowanym stopniu pisania. Ale nie wiem, kiedy będzie, tak szczerze. Właśnie zrobiłam sobie przerwę w powtórce z renesansu i poczytywaniu "Potopu", żeby sprawdzić pocztę. A jutro strajk nauczycieli... Wiecie co Lena robi? Uczy się, taaaa...
Aha, a propos tej sceny pozowania... Tak, inspirowałam się tym rysunkiem na DeviantARTcie, miałam to napisać po poprzednim rozdziale, ale mi umknęło...
*mrs-innocence - jestem przekonana, że gdzieś zaznaczałam, że zgodność mojego ff z sagą Rowling, jest do 6 tomu włącznie. Jak nie, to zaznaczam to teraz ^^ Więc nie ma mowy o przyjaźni Severusa i Lily...
Poza tym powinnam mordować za spam = ="
A i spróbuję się dostosować do Waszych uwag co do opisu sceny z Syriuszem i Scarlet. Jeśli taki styl i klimat się podobają, to spróbuję więcej pisać w tym tonie...
Przejdźmy do rozdziału...
BETA: Mooniak

***

"Mamy trzy rodzaje przyjaciół: tych, którzy nas kochają, tych, którym jesteśmy obojętni, i tych, którzy nas nienawidzą."
de Chamfort

Scarlet miała zły dzień. Już od samego rana zbierało się na wielki wybuch, a było naprawdę źle, bo dziewczyna ostatnio nie kłóciła się wcale. Może ta kumulacja emocji też była powodem kiepskiego nastroju. Zaczęło się od problemów ze snem w nocy, które dały jej spokój od kiedy mogła powiedzieć, że ma przyjaciół. Zasnęła nad ranem i przespała śniadanie. Nikt jej nie obudził, bo Lily wciąż obnosiła się ze swoim zranieniem i omijała szerokim łukiem nawet łóżko Green. Klara i Marie trzymały się razem, poza tym chyba miały pretensje do jasnowłosej, że to ona przyjaźni się z paczką najprzystojniejszego chłopaka w szkole i z tym chłopakiem we własnej osobie. Scarlet nie wiedziała. Właściwie nie zamieniła z nimi zbyt wielu słów od początku roku. Chłopcy nie mieli jak jej obudzić, ze względu na złośliwość schodów. A ponadto byli zajęci załatwieniem kolejnego dowcipu, dotykającego najmłodszych Ślizgonów. Spała na tyle długo, że spóźniła się na pierwszą lekcje. Komentarz Syriusza, z którym siedziała, kiedy James leżał w Skrzydle szpitalnym po kolejnej kontuzji na treningu Quidditcha, tylko bardziej ją rozsierdził. Odfuknęła mu, że sam wygląda jak miotła, i żeby się zamknął. Niestety te słowa dotarły do McGonagall, która nie omieszkała odjąć za nie punktów Gryffindorowi. Przez pierwsze lekcje irytował ją uśmieszek Black’a. Chłopak nie był w najlepszym nastroju, już od dłuższego czasu, co wiązało się z byciem złośliwym dla wszystkich wokół. Miał pretensje do każdego, że pozwolił mu odejść z pozycji obrońcy na początku roku, gdy kapitan drużyny domu lwa stała się natarczywa w proponowaniu spotkania. A że była to wysoka i potężna siódmoklasistka, takie sugestie były dla Łapy uwłaczające.
Na trzeciej przerwie, przed Obroną Przed Czarną Magią, natknęła się na jedne z przyjaciółek dziewczyn, które znęcały się nad nią w grudniu. Nie obyło się bez ciętych i ordynarnych komentarzy. Bo to przecież Scarlet przyczyniła się do tego, że musiały odejść z Hogwartu. Na dodatek Syriuszowi zebrało się na przedrzeźnianie ich, co doprowadziło do głośnej kłótni z udziałem widowni. W trakcie zajęć Green nie radziła sobie za dobrze – była niewyspana i zła. To tylko jeszcze bardziej ja nakręciło. Punktem kulminacyjnym okazał się artykuł, który pojawił się w Proroku Codziennym, którego nie miała okazji przeczytać wcześniej niż na obiedzie, bo przegapiła poranną, sowią pocztę.

- Przeczytaj. – Remus wyciągnął w jej stronę zwiniętą gazetę, patrząc gdzieś w bok.
- Co to? – dość gwałtownie wzięła Proroka z jego ręki.
- Przeczytaj. – powtórzył, chórem z Peterem, Jamesem i Syriuszem.
Zmarszczyła brwi i posłusznie zaczęła czytać. Gdy tylko skończyła, popatrzyła na całą trójkę. Pettigrew powoli przeżuwał kolejne kęsy ciemnego chleba. Black udawał wyjątkowo zainteresowanego swoimi paznokciami – po raz trzeci przyglądał się temu na palcu wskazującym u lewej ręki. James dosyć nerwowo poprawiał bandaż na ramieniu, jakby wciąż bolało go odnowione złamanie kości, mimo że wszyscy wiedzieli jak szybko pani Pomfrey potrafi uśmierzyć ból i wyleczyć uszkodzone tkanki. Lupin uparcie badał kąt załamywania się promieni słonecznych na powierzchni soku jabłkowego.
- Dlatego nikt wcześniej mi nie powiedział, że traktuję moich fanów jak służących i gorszych ode mnie?! Że każę im nosić za sobą torbę i dawać drogie prezenty? – usiadła obok Lunatyka, zakrywając twarz dłońmi. – Cholera…
- Scarlet… - prefekt położył jej rękę na łopatce, próbując zajrzeć pod kotarę złoto-miedzianych włosów. – To tylko głupi artykuł…
- Remus… Przestań, dobrze? To nie o tobie napisali jak o zarozumiałej, nadąsanej…
- … snobce. – uzupełnił Syriusz, uśmiechając się ironicznie.
Scarlet zacisnęła mocno usta, genialnie naśladując w tym opiekunkę Gryffindoru, odgarnęła z ramion do tyłu połyskliwe włosy i odetchnęła głośno. Glizdogon skulił się na krześle. Ale to nie na niego patrzyła.
- Chrzań się, Black! To, że ty masz na tyle tupetu, żeby wykorzystywać swoją pozycję i popularność, nie znaczy, że możesz mnie obrażać. Nie będę z tobą dyskutować, bo dałeś dziś doskonały przykład swojego poziomu. Jesteś obrzydliwy… - nadała swojemu głosowi lodowaty ton, trzymając na razie emocje na wodzy.
- Nasza urocza doskonałość raczy wiedzieć, że obrzydliwe może być tylko wodzenie innych ludzi za nos i bezkarne ich oszukiwanie. Po to tylko, żeby potem powiedzieć im, że to jednak nie o to chodziło…– warknął nieudolnie podrabiając barwę jej wypowiedzi.
- Łapa… - syknął ostrzegawczo Remus, czując jak barki dziewczyny drżą pod jego dłonią.
- Przestań wtryniać nosa w nieswoje sprawy, paniczyku! – zmierzyła go wrogim spojrzeniem.
Te słowa pociągnęły za sobą lawinę zdań i zdarzeń, która skończyła się dla obojga szlabanem. Lekkim, co prawda, ale spędzanie wolnego wieczoru dla piątoklasistów, nad czyszczeniem obrazów, nie należało do najprzyjemniejszych. Oboje zdecydowanie woleliby się pouczyć do Sumów, niż do późnej nocy warczeć na siebie znad starych płócien.
A to był dopiero początek. Histeria przedegzaminowa osiągała właśnie apogeum, bo do Sumów i Owutemów zostało zaledwie półtorej miesiąca.

Scarlet i Syriusz kłócili się średnio 3 razy dziennie. Zwykle ciągnęło to za sobą kilka ofiar, głównie w postaci talerzy, szklanek, dzbanków, ale również książek, pergaminów i składników eliksirów. Nawet profesor Slughorn zdenerwował się, kiedy umazali całą klasę śluzem ognistych ślimaków, żyjących wewnątrz kraterów wulkanicznych. Nie dość, że musiał posłać wszystkich uczniów do ambulatorium po maść na oparzenia, to jeszcze nie było ani ławki, ani krzesła, które nie zostałoby nadpalone. Za karę Green i Black musieli oczyścić kilka beczek ropuch. Nie mówili, co musieli dokładniej robić, ale czas, jaki Syriusz spędził potem pod prysznicem był dobrym wykładnikiem obrzydliwości całej procedury.
A kłócili się o każde głupstwo, byleby tylko wykazać drugiemu, że nie ma racji. O to, że Łapa za głośno szepcze na lekcjach z Jamesem, o to, że jasnowłosa nie odpowiada od razu na zaskakujące pytania Flitwick’a. O to, że on ciągle posyła uśmieszki swoim fankom, a ona swój fanklub całkowicie ignoruje i że jej fani czują się przez to źle. O jego tendencję do popisywania się i jej teatralne wręcz unikanie tłumów.
W pewnym momencie nawet najlepszy przyjaciel nie wytrzymuje.
- Syriusz… - James złapał kolegę za tył szaty, zatrzymując go w pół kroku na schodach.
- Tak, Rogaczu… Stało się coś poważnego? – Black, odwrócił się i popatrzył na chłopaka z góry.
- Może nie poważnego, ale… - zaczął cicho, ostrożnie dobierając słowa. Wiedział, że młody Gryfon jest jak bomb, która może wybuchnąć przy nieuważnym potrąceniu.
- To dlaczego mówisz do mnie po imieniu? – czarnowłosy wydawał się być poirytowany. Czym? Wszystkim wokół, nawet tym, że na ramie najbliższego obrazu zalega cieniutka warstwa kurzu.
- Tak po prostu… Ale chciałem cię poprosić, żebyś przestał żreć się ze Scarlet, gdy tylko ją widzisz. To męczy. Nawet bardzo. – zza okrągłych szkieł okularów błysnęła orzechowa stanowczość.
- To ona zaczyna. Proszę do niej zgłaszać problem. – odparł pretensjonalnie, wdrapując się na półpiętro.
- Przyznaję, że ona też ma w tym udział. Ale nie tylko ona jest winna. Łapa, daj spokój, stary… Co ona ci takiego zrobiła, że musisz jej aż tak dokuczać? Przez tyle czasu się nie kłóciliście, co się tak nagle stało? – Potter go dogonił i zastąpił mu drogę.
- Nie wiem. Po prostu mnie wkurza… - odparł, odwracając wzrok.
Stalowoszare oczy lekko się zamgliły. Ten uśmiech. Nigdy nie był dla niego. Mógł tylko kląć siebie za nieuwagę, nieostrożność i zwlekanie. Popełnił gruby błąd, który teraz wprowadzał go w ciągły stan frustracji. Ale ten uśmiech…

W tym samym czasie, inna dwójka prowadziła podobną rozmowę. Remus opierał się plecami o drzwi, zagradzając jej drogę wyjścia. Już parę razy uciekła mu, kiedy chciał z nią pogadać. Teraz stała na środku klasy, której używali do lekcji animagii, jakby mniejsza i zawstydzona. Odwróciła głowę w bok, pokazując mu jedynie swój śliczny profil i tak w dużej części zasłonięty beztrosko rosnącą grzywką. Włosy rosły jej bardzo szybko, a nie miała dostępu do fryzjera, bo na okres przed egzaminami zawieszono jej pracę. Ręce skrzyżowała na piersi, dłonie mocno zaciskając na swoich ramionach. W tej chwili skojarzyła się Lupinowi z Syriuszem – butna, samodzielna i nienawidząca, gdy ktoś próbuje jej coś tłumaczyć. „Oni nawet nie zdają sobie sprawy z tego, jak bardzo są do siebie podobni …” – pomyślał, uśmiechając się do siebie.
- O czym tak bardzo chciałeś pogadać? – zapytała, kładąc sztuczny akcent na trzy ostatnie słowa.
- O tym, że ty i Łapa przesadzacie z tym swoim konfliktem. I chciałbym cię prosić, żebyś zaczęła się ograniczać, dobrze? Jeśli on zauważy, że cię już tak bardzo nie denerwuje, to też zacznie się uspokajać. – tłumaczył łagodnie. – To robi się nużące, jeśli mam być szczery. Ciągle na siebie krzyczycie i rzucacie w siebie przedmiotami, które akurat macie pod ręką. Albo zaklęciami, kiedy zaczyna się robić naprawdę gorąco. Takie zachowanie nie jest dojrzałe, jak na szesnastoletnich czarodziei…
- Piętnastoletnich, nie postarzaj nas tylko po to, żeby zwiększyć siłę kontrastu. – przerwała mu. Patrzyła teraz prosto na niego. Jak zawsze nie potrafił odczytać wyrazu jej oczu. – A teraz pozwól, że twoja niedojrzała przyjaciółka, przegoni cię z tych drzwi, bo chce jeszcze dzisiaj powtórzyć większą część Historii Magii z klasy trzeciej. – podeszła do niego i lekko oparła mu rękę na ramieniu, chcąc go przesunąć na bok.
- Scarlet. – Remus złapał ja na nadgarstek, pochylając się w jej stronę. Gdy był już na tyle blisko, że jego grzywka łaskotała ją w czoło, dodał. – Proszę cię, żebyś miała na względzie również to, jak my się czujemy, widząc, że dwójka naszych przyjaciół najchętniej by się pozabijała…
- Przepraszam, Lunatyku… - silniej popchnęła go w bok i otworzyła drzwi. Prędko zniknęła za rogiem, zostawiając prefekta samego w progu klasy.
Chłopak westchnął ciężko, masując bolące żebra. Green, kiedy chciała obronić się przed ingerencją w sprawy, które uważała tylko za swoje, potrafiła być naprawdę brutalna. W tym również przypominała Syriusza Black’a, żeby było śmieszniej, jednego ze swoich wrogów. Chyba… Remus ostatnio nie mógł być pewny niczego, co dotyczyło tej dwójki.

- Lily, masz chwilę…? - Scarlet nie widziała, co ja napadło. Głupi impuls, którego na pewno będzie żałować. Prawie dwa miesiące nie odzywania się do siebie, ignorowania.
Rudowłosa postawiła zamaszyście kropkę na końcu zdania i dopiero popatrzyła na Green. Walter nie raczył nawet unieść wzroku znad kartki. Nie dziwiła mu się. Wciąż musiało mu być wstyd za to, co jej zrobił i za słowa, które między nimi padły.
- Jeśli chcesz mi przekazać kolejny list miłosny od tego idioty Jamesa, to się bardzo mylisz, uważając, że mam dla ciebie czas… - odparła sucho, świdrując byłą przyjaciółkę badawczym spojrzeniem.
- Nie o to mi chodzi. Masz chwilę? – powtórzyła trochę zniecierpliwiona tym, że wciąż mus się wystawiać na widok innych ze swoją dobrą wolą.
- Chyba mam… - Lily zrezygnowana podniosła się z krzesła i odłożyła pióro.
Obie ruszyły w stronę dormitorium dziewcząt. Jasnowłosa napotkała zszokowane spojrzenia czwórki swoich przyjaciół. Zdolna była tylko posłać im słaby, uspokajający uśmiech. Zawieszenie broni z Syriuszem miało jednak dobre strony. Przynajmniej starczało jej czasu na odrabianie lekcji i naukę, bo nie musiała odrabiać szlabanów. I mogła spożytkować energię na coś pożyteczniejszego niż bezsensowne krzyki.
Weszła do sypialni piątego roku i zamknęła drzwi za Evans. Przez chwilę stała sztywno, wlepiając oczy w brudne noski swoich zielonych trampek. Nie wiedziała od czego zacząć. To chyba rzeczywiście był durny pomysł…
- Lily… - mruknęła, licząc na to, że reszta przyjdzie sama.
- Oh, Scarlet! – jasnowłosa nagle poczuła, że ktoś na nią wpada i mocno do niej przylega. Widnokrąg częściowo zasłoniły jej ciemno rude sprężynki, pachnące rumiankiem. Ta drobna, piegowata dziewczyna, której soczyście zielone oczy jeszcze przed chwilą wyrażały głęboką pogardę, rozkleiła się zupełnie, mocno zaciskając chude ramiona na talii Green.
- Lily…? – niepewność w głosie jasnowłosej wyrażała niewiarę, czy na pewno właśnie głaszcze po włosach Lily Evans.
- Przepraszam…! Przepraszam, że byłam taką nadętą idiotką, że nie zachowałam się lepiej niż Potter i Black, że wykazałam się takim durnym egoizmem, że byłam zazdrosna, zamiast po prostu pogadać…! Przepraszam…! – prefekt rozszlochała się tak bardzo, że nie dała rady mówić dalej.
- Nie ma to jak oryginalne przeprosiny, w wykonaniu panny Evans… - mruknęła Scarlet, czując pieczenie pod powiekami. – Byłam okropną przyjaciółką. Przepraszam, Lily… - teraz i ona nie powstrzymała łez.
Stały jak dwie idiotki, na środku pokoju, szlochając głośno w swoich objęciach. W momentach kiedy się trochę uspokajały, znów jak litanię powtarzały wymianę przeprosin, i to tylko po to, żeby znów się rozpłakać jak bobry. Jak bardzo szczęśliwe bobry…

***

Krótki, bo krótki. Takie małe rozkręcenie, przed prawdziwym rozwojem akcji :P Postaram się, zeby już niedługo. A teraz pozwólcie, że zajmę się psem, który trąca mnie mokrym nosem w łokieć, a potem pokocham trochę Sienkiewicza... ^^
Lena
komentarze [9]

Rozdział 27: Wiosną... >> niedziela, 27 kwietnia 2008 11:15:56
Notka wrzucana o dziwnej porze ^^ ale nie ma to jak chęć odstresowania się, przed planowaną nauką niemieckiego i fizyki... Jak ja nie lubię tych przedmiotów!!! Dobra, ponarzekałam, przyszła pora na komentarz odnośnie rozdziału. Długi, bo ostatno narzekacie na krótkie. Nawet go lubię, chociaż wydaje się chaotyczny ^^ I, ku mojej uldze, w końcu coś rusza... Nie, tego nie było ^^ Ostatnio poczyniła drobne zmiany w najbliższych rozdziałach i jeden z moich ulubionych momentów pojawi się szybciej niż planowałam. Ale nie zdradze kiedy i o który mi chodzi ^^
* marauders-rox - podejrzewam, że te pzerwy, to opcja wyjustowania ^^ ale u mnie nie wydają się takie rażące. Btw, notka jest, notka jest! możesz się nie martwić, że bedziesz musiała wydłubywać spod paznokci kawałki mnie xP
* bo-mam-taki-kaprys - pocieszę Ciebie i wszystkich, że Lily ma swoje powody, by się tak zachowywać ^^ Może w najbliższym czasie się dowiecie :P
* takie-male-szczescie - Też lubię Alana... Alan jest słodki, nie? Znaczy się, taki jak go sobie wyobrażam. Pomijając to, że jest nieco dziwny. Ale to arysta...^^
Jakby kogoś to ciekawiło, to rozdział był pisany przy "Nine in the afternoon" by Panic! at the disco ^^
BETA: powrót, wielkiej i kochanej Mooniak!!!!

***

Na zewnątrz zaczęło robić się naprawdę ciepło. Scarlet i Huncwoci, wzorem innych uczniów, wylegali na błonia, żeby pouczyć się na świeżym powietrzu. Wszyscy lubili mocno grzejące słonce, które już na dobre przegoniło zimę, przynajmniej na kilka najbliższych miesięcy. Nie gardzili również delikatnym wiatrem, który ochładzał głowy nagrzane od pochłanianego nadmiaru wiedzy. W rezultacie niewiele z tej ciężkiej nauki wychodziło – chłopcy woleli gadać albo grać w Eksplodującego Durnia. Nawet Remus nie wykazywał wielkich ciągów do książek. Tłumaczył się, że jeśli ktoś uczył się systematycznie przez całe pięć lat, to nie będzie miał problemu ze zdaniem Sumów. Przy tym zawsze rzucał wymowne spojrzenie w stronę Jamesa i Syriusza, którzy nie należeli do najpilniejszych. Petera zostawił w spokoju, bo przecież jasnowłosy starał się jak mógł, a to, że mu nie wychodziło, nie było jego winą.
Tematu Lily nie poruszali. Był on jeszcze zbyt bolesny dla Scarlet, która cały czas nie potrafiła zrozumieć, dlaczego coś, co bez wątpliwości nazywała przyjaźnią, rozpadło się tak łatwo. Z każdym kolejnym dniem traciła nadzieję na to, że to tylko przejściowy okres. Evans już trwale związała się z Walterem. Rozstawali się właściwie tylko na lekcje i w nocy, gdy szli spać do swoich dormitoriów. Green podejrzewała, że to pewien rodzaj manifestacji. Możliwe, że rudowłosa w dosyć drastyczny sposób próbowała pokazać jej, jak zachowuje się prawdziwy przyjaciel. Jasnowłosa nie rozumiała już nic. I przestała próbować zrozumieć, zostawiając całą sprawę swojemu biegowi. Potoczy się, tak jak będzie chciał los. Ona straciła chęci na mieszanie się w to. Niedługo miało się okazać, że pani, nazywana przez niektórych Fortuną, miała co do tego własne, zaskakująco trafne plany.
Scarlet nagle przestała mieć wiele czasu na zamartwianie się, również sprawą swojej matki. Wielkimi krokami zbliżał się dzień porad zawodowych, a ona miała coraz mniej pojęcia na temat tego, co chce dalej robić w życiu…

- Witam, panno Green. – McGonagall odłożyła na bok papiery, które właśnie przeglądała i spojrzała na tkwiącą w drzwiach dziewczynę. – Proszę, usiądź. – zamaszystym gestem wskazała na wolne krzesło naprzeciwko siebie.
- Dzień dobry, pani profesor. – Scarlet sztywnymi ruchami złapała za klamkę i chciała zamknąć za sobą drzwi. Zrobiła to dopiero za trzecim razem, bo place ślizgały jej się po metalowej gałce, która nie chciała się wystarczająco przekręcić. Na miękkich nogach dotarła do krzesła i usiadła na samym brzegu, sztucznie prostując plecy.
- Proszę się nie denerwować, to nie egzamin. – nauczycielka transmutacji posłała jej cierpki uśmiech, muskając dłonią leżące obok kartki.
Jasnowłosa dostrzegła na górze jednej z nich swoje nazwisko. Wice dyrektorka zauważyła jej spojrzenie i zacisnęła lekko usta.
- To twoje papiery. Każdy uczeń tej szkoły ma prowadzoną dokładną kartotekę. – wyjaśniła krótko i utkwiła jedno ze swoich przeszywających spojrzeń w swojej uczennicy. – Masz jakieś plany, co do swojej przyszłości?
- Na razie niewiele o tym myślałam. – mruknęła cicho, odrobinę, ale tylko odrobinkę się rozluźniając.
- Ale jakieś pomysły chyba masz, prawda? – nauczycielka zmarszczyła brwi, przez co skóra na jej twarzy groźnie się naciągnęła.
- Tak, jakieś mam… - Scarlet zacisnęła szczupłe palce na brzegu szaty. Próbowała się nie denerwować, ale to wprowadzało ją w jeszcze większe napięcie. Im bardziej starała się rozluźnić, tym bardziej się spinała.
- Przyszłaś tu po to, żeby odpowiadać na moje pytania, czy sama się czegoś dowiedzieć? Jestem tu tylko po to, żeby doradzić ci, czy kierunek jaki cię interesuje jest dla ciebie odpowiedni. Nie mam zamiaru wyciągać z ciebie każdej informacji na siłę. Jeśli tak ma być, to proszę, wyjdź. – McGonagall przygładziła ręką swój idealny kok, intensywnie wpatrując się w Green.
- Przepraszam, pani profesor. Chyba za bardzo się stresuję. – dziewczyna chciała posłusznie wstać i wyjść.
- Proszę zostać, panno Green. – poczekała, aż Scarlet wróci na swoje miejsce. – I nie ma się czym denerwować, to zwykła rozmowa.
Jasnowłosa nie uznała nigdy tego spotkania za zwykłą rozmowę. Ale z opiekunką swojego domu nie należało się kłócić. Ani dyskutować. Z cichym westchnięciem, które podziałało jak spuszczenie powietrza z balonika, zdołała odblokować jasne myślenie i zaczęła mówić.
- Myślałam o czymś związanym z opieką nad magicznymi stworzeniami. Lubię ten przedmiot. Może praca w jakiejś hodowli…
- Hodowla, tak? – profesorka zerknęła na swoje notatki. – Masz bardzo dobre oceny z opieki nad magicznymi stworzeniami, myślę, że nie byłoby problemu. Gorzej idzie ci z obrony przed czarną magią, więc nie wiem, czy dobrym pomysłem byłaby praca z niebezpiecznymi istotami. Niezłe wyniki z zaklęć tez dobrze świadczą. Szkoda tylko, że w ostatnim czasie spadłaś z pierwszego miejsca na roku, na czwarte… - popatrzyła na swoja podopieczną z wyrzutem.
- Mamy coraz trudniejszy materiał, pani profesor. – Scarlet starała się nie patrzeć na opiekunkę Gryffindoru. To wieloznaczne spojrzenie nie dość, że ją krępowało, to jeszcze na swój sposób irytowało.
- Rozumiem… - wice dyrektorka powstrzymała się od komentarza, na temat ilości czasu, jaki dziewczyna spędzała z Huncwotami naobijaniu się. – Nie zastanawiałaś się może nad kontynuacją nauki, a potem pracy w związku z transmutacją? Przyznam szczerze, że akurat z mojego przedmiotu pani wyniki podniosły się diametralnie. Ostatnio nawet osiąga pani najlepsze rezultaty ze wszystkich uczniów klasy piątej…
Scarlet przyjęła te słowa jako komplement i uśmiechnęła się lekko do swojej nauczycielki. McGonagall nieczęsto chwaliła uczniów, a jeśli już to robiła, to znaczyło, że naprawdę jest za co. Jednak intensywne przygotowania do uprawiania animagii i liczne lektury pozycji dotyczących transmutacji przyniosły pozytywne skutki.
Rozmawiały jeszcze bardzo długo. Green straciła nie tylko eliksiry, ale i połowę numerologii. Nie doszły do żadnego konkretnego zawodu, odpowiedniego dla jasnowłosej piątoklasistki, ale dokładnie omówiły kilka opcji. Scarlet miała się zastanowić nad pójściem w kierunku transmutacji i przyłożyć bardziej do obrony przed czarna magią. Kiedy opowiadała chłopakom o tym spotkaniu, podczas lunchu, napotkała ją miła niespodzianka. Obok talerza z zielonym groszkiem wylądowała znajoma, duża sowa, należąca do jej matki. Mina Scarlet, która właśnie opowiadała o tym, jak wicedyrektorka namawiała ją do pracy w dziedzinie transmutacji, stężała.
- No i się doczekałam. – wtrąciła nagle, nie dokańczając poprzedniego zdania.
Wyciągnęła rękę w kierunku zwierzęcia, zachęcając je do zbliżenia się. Ptak wyraźnie się wahał. Nic dziwnego – nie widział jej od kilku miesięcy i mógł jej nie pamiętać i nie być pewnym czy dobrze dostarczył list. W końcu w krótkich podskokach znalazł się tuż przed dziewczyną i wyciągnął do niej nóżkę z listem. Chłopcy milczeli, bezbłędnie odgadując nadawcę tej sowy. Green ukrywając burzę emocji w największej głębinie samej siebie, odczepiła kopertę, przełamała pieczęć i zaczęła czytać. Na to, jak bardzo się bała treści, wskazywały tylko nerwowe, pospieszne ruchy i to, że nie zauważyła nawet, jak sowa odlatując lekko trzepnęła ją skrzydłem w głowę. Huncwoci nie odzywali się, wymieniając między sobą wieloznaczne spojrzenia. Byli gotowi na jej negatywną reakcję. Syriusz już szykował sobie cięte uwagi, żeby ściągnąć w razie czego na siebie jej złość. Wolał, żeby nie chodziła do końca dnia naburmuszona i opryskliwa dla wszystkich. Remus zastanawiał się, jakich słów pocieszenia użyć, zanim nie dotrą do jakiegoś bardziej kameralnego miejsca, żeby nie musiała wyżalać się przy całej szkole. Peter i James, tak jak Black, przygotowywali się na odbiór wściekłości. Ale jednego nie wzięli pod uwagę. Scarlet wyraźnie skończyła czytać, po jej twarzy przesunął się niewielki cień, po czym wybuchła śmiechem.
- Co za kobieta! – westchnęła, odgarniając cynamonowe włosy na plecy, żeby nie opadały jej na kartkę. – Posłuchajcie! – nachyliła się nad listem i zaczęła czytać na głos. – „Cześć, droga córko! Dlaczego rozpuszczasz po redakcji plotki, że się rozchorowałam, albo jeszcze lepiej trafiłam w łapy Śmierciożerców, co? Wiedz teraz, że mam się dobrze. Męczą mnie tylko wiosenne migreny i nie jestem w stanie jeździć do redakcji. Pracuję w domu, rozwalona na kanapie, z gorącą herbatą pod ręką. Nie martw się o mnie, bo to ja tu jestem tą dorosłą i przede wszystkim matką. I następnym razem, zamiast rozpytywać się u Alana, może lepiej sama do mnie napisz, dobrze? Powinnaś w końcu zacząć to robić, bo wiem ze swoich źródeł, że w tym roku trochę się u Ciebie dzieje. Oczekuje, że od razu usiądziesz do pisania, i że jeszcze dziś dostanę kilka, no może kilkanaście stron…” Tutaj zaczyna się rozpisywać o swojej nowej pracy i o tym co dzieje się u ciotki… - odwróciła kartkę na drugą stronę. – Jeszcze postscriptum: „Koniecznie przyślij mi zdjęcie tych swoich chłopców, dobrze?” – popatrzyła na przyjaciół z rozbawionym wyrazem twarzy. – Czy tylko mnie, moi drodzy chłopcy, załamała ta jej beztroska?
- Nie, nie tylko ciebie. Ale przynajmniej teraz wiemy, po kim jesteś, jaka jesteś. – Syriusz uśmiechnął się złośliwie.
- Ha ha ha, bardzo śmieszne. – wypięła w jego stronę język, ale zanim nawiązała się nowa sprzeczka, odezwał się James.
- Ciekawe, kto jej donosi… - Rogacz rozglądał się po sali, jakby chciał złapać szpiega na wlepianiu w nich spojrzenia i robieniu notatek.
- Pewnie Alan. Albo McGonagall. A czy to ważne? – Scarlet dokończyła pić swój sok. Nigdy się do tego nie przyzna, ale po raz pierwszy od chyba trzech tygodni była tak rozluźniona.

Nie mogła już tak dłużej. Pomysł narodził się tak dawno, a ona wciąż nie zebrała odwagi na złożenie propozycji. Zacisnęła palce na ołówku, bezmyślnie stawiając grube, toporne kreski. Wydawało jej się, ze dobrze zobrazują jej obrotność, jeśli chodzi o załatwianie własnych spraw. Po głowie wciąż obijały jej się miliony dat z historii magii, którą ostatnio wszyscy wspólnie katowali. Remus nauczył ich metody szybkiego i łatwego zapamiętywania, ale na niewiele się to przydało. Czuła, że czaszka drży jej jak dzwon, przy każdym głośniejszym dźwięku. Tak, skłonności do migreny także odziedziczyła po matce. Syriusz wciąż upierał się, że matka jest taka sama jak córka, ale Green nie chciała przyjąć tego do wiadomości. Przecież one tak bardzo się różniły…
Musiała się zmusić, żeby go o to zapytać. Dziś była taka ładna pogoda, aż szkoda byłoby to zmarnować. Grali teraz w szachy, a skoro mieli czas na takie marnowanie wolnych chwil, to podejrzewała, że brak czasu nie będzie wymówką. Ale może nie będzie chciał. Nie dziwiłaby mu się. Sama, gdyby była facetem, zdziwiłaby się na taką propozycję pochodzącą od dziewczyny. W takich sytuacjach bardzo brakowało jej Lily – dziewczyny, z którą mogłaby porozmawiać o wszystkim i zapytać o radę, bez obawy, że zostanie wyśmiana. Ale rudowłosa siedziała teraz właśnie w dusznej bibliotece i po raz enty powtarzała z Walterem składniki podstawowych eliksirów. Tak przynajmniej podejrzewała Scarlet. Musi wziąć się w garść i podjąć tą męską decyzję. Uśmiechnęła się do własnych myśli. Piętnastolatka, którą w szkole określano jako najbardziej kobiecą, i która według czytelników „Czarownicy” królowała wśród modelek pod względem uroku, wdzięku i dziewczęcości. Taka dziewczyna i „męska decyzja”… No, dobrze. Teraz albo nigdy!
- Łapa…?
- Nie teraz, Scarlet! Rozważam właśnie swój ruch… - Syriusz wpatrzony w pionki na szachownicy, nawet nie zaszczycił ją spojrzeniem.
- Daj spokój, Łapa. Zastanawiasz się nad tym ruchem od dziesięciu minut. Dajesz, męska decyzja i gramy dalej! – Rogacz był już nieźle zirytowany.
Green uśmiechnęła się do siebie cierpko. Cóż, nie tylko ona używała tego określenia. Zabawne wydało jej się to, że jej chodziło o zupełnie co innego…
- Dobrze, dobrze. – Black z wrodzoną nonszalancją przestawił pionek na inne pole. Potter zaśmiał się tryumfalnie i zakrzyknął:
- Szach mat!
- Kurcze… - po tym westchnięciu nastąpiło dosyć plugawe przekleństwo, na które Remus syknął ostrzegawczo. – Dobrze, dobrze, Luniaczku, przepraszam. A więc czego chciałaś? – spojrzał na koleżankę z wymuszonym uśmiechem.
- Nie zaczyna się zdania od „a więc”. – wtrącił Lupin, nie odrywając wzroku od notatek z zielarstwa.
- Cicho, Lunatyku…! – Syriusz coraz bardziej się irytował. Najpierw przegrał partię, bo dziewczyna go rozproszyła, a teraz jeszcze Lupin zaczął go natarczywie poprawiać. – Czego chciałaś?
- Wiesz… Chyba już nic… - po tym, czego się nasłuchała i widząc niebezpieczne błyski w stalowoszarych oczach, została opuszczona przez wszelką odwagę.
- No, mów…! – Syriusz wstał z krzesła i podszedł do stojącej przy swoim stoliku jasnowłosej. Ta pospiesznie zamknęła szkicownik i odwróciła wzrok. – No, słucham? – nachylił się nad nią, bo w końcu był o głowę od niej wyższy.
- Tak sobie myślałam… - zerknęła niepewnie na trzymany w dłoniach szkicownik. – Chciałabym spróbować czegoś nowego…
- Tak…? – zachęcił ją, trochę rozbawionym głosem, unosząc brwi.
- Nie chciałbyś może mi pozować do rysunku? – wypaliła szybko, żeby mieć to już za sobą. Roześmiał się.
- Tylko tyle? Jasne, że mogę… - przyjrzał jej się spod czarnej grzywki. – A już myślałem, że padnie propozycja romantycznego spaceru nad jeziorem za rączki, albo prośba o doedukowanie w pewnych obszarach…
- Jak już, to nie ciebie bym o to prosiła, drogi Łapo. – odparła ozięble.
- A kogo? – zapytał z wrednym uśmieszkiem.
- Nie wiem. Ale na pewno nie ciebie. – dumnie uniosła głowę, patrząc mu wyzywająco w oczy. Ostatnio nie działało to na niego jak prowokacja. Właściwie to wręcz przeciwnie - zawsze odpuszczał.
- Pewnie Remusa… - mruknął tak cicho, że nikt go nie usłyszał. – Kiedy chcesz, żebym ci pozował? – zapytał, już pełnym głosem.
- Może dziś…? – zaproponowała niepewnie.
- W porządku. Ale mam czas do osiemnastej, bo jestem umówiony z dziewczynami.
- Z fanklubem? – Scarlet zmarszczyła brwi.
Przytaknął, sięgając po swoją torbę. Zebrał swoje rzeczy i spojrzał na nią wyczekująco.
- Możemy iść do waszego dormitorium. Tam jest ładne światło i taka normalna atmosfera. – rzuciła szybko.
Na początku chciała go wziąć na dwór i usadzić gdzieś na błoniach albo w okolicy chatki Hagrida. Przy okazji odwiedziła by starego znajomego, bo ostatnio miała niewiele czasu, na chodzenie do niego na herbatę. Chłopcy byli absorbujący, a poza tym doszło jeszcze przygotowywanie się do Sumów. W ostatniej chwili zmieniła zdanie. Wolała, żeby nikt nie widział, jak go rysuje. Jednak praca ołówkiem była dla niej zbyt intymnym zajęciem, żeby tak wszyscy mogli ją przy tym widzieć. Poza tym trochę się krępowała.
Pożegnali się na chwilę z resztą chłopaków i odeszli do ich kąta. Syriusz puścił ją przodem po schodach. Parę osób w Pokoju Wspólnym obejrzało się za nimi z dziwnymi minami, ale nikt nic nie powiedział. Otworzył przed nią drzwi do jak zawsze zagraconego, pokoju chłopaków. Tutaj niewiele się zmieniało. Zresztą często tu bywała. Do swojego dormitorium nie mogła ich zapraszać, przede wszystkim ze względu na dowcipne schody i Lily. Poza tym nie do końca była pewna, czy chciałaby, żeby widzieli jej mały, prywatny bałagan na szafce nocnej i piżamę w kurczaki. Wyśmiewaliby się z tego, przez najbliższe tygodnie, a teraz niepotrzebny jej był kolejny konflikt. Black popatrzył na nią pytająco.
- Usiądź może na swoim łóżku. Możesz się czegoś pouczyć, jak chcesz… - na te słowa obrzucił ją niechętnym spojrzeniem, ale posłusznie ogarnął trochę swoje łóżko i uprzątnął wieko kufra.
- Możesz tu usiąść. – mruknął wskazując na wielką skrzynię. – Mam się rozebrać, czy coś?
- Nie. Nie trzeba. – zaśmiała się, ukrywając zakłopotanie.
Cała ta sytuacja zawstydzała oboje, ale żadne nie chciało tego po sobie pokazać. Chodziło tylko zwykłe rysowanie…!
Black poluzował krawat i przez chwilę myślała, że na serio zdejmie koszulę. Ale on tylko sięgnął po opasłe tomisko dotyczące obrony przed czarną magią i wygodnie ulokował się na materacu, tuż obok stosiku innych książek. Spomiędzy kart księgi, którą przeglądał, wysunęły się pozamykane koperty, całe różowe, w kwiatki, albo z pieczęciami w kształcie serc. Łapa nie przejął się tym za bardzo i zostawił listy rozrzucone po kołdrze. Scarlet w tym czasie wyciągnęła szkicownik, podkładkę, ołówek i gumkę. Obok położyła również różdżkę, która miała jej się przydać przy etapie kolorowania. Wynalazła interesujące zaklęcie w jednej z ksiąg, pozwalające nanieść widziane, lub wyobrażane kolory na obraz. Ćwiczyła je już wielokrotnie i miała nadzieję, że tym razem nie przesadzi z intensywnością barw. Wstała jeszcze i częściowo przysłoniła okno, tak, żeby część jego sylwetki znajdowała się w cieniu.
- Gotowy…?
- Tak. Mogę tak siedzieć? – upewnił się cicho. Oboje mówili przyciszonymi głosami, jakby to była jakaś wyjątkowa chwila.
- Jest idealnie. Dziękuję. – uśmiechnęła się lekko.
- Podziękujesz, jak narysujesz. Wtedy zobaczymy, czy jest tak dobrze, jak teraz twierdzisz. – powiedział z przekąsem, opierając się plecami o wezgłowie łóżka z kolumienkami.
- Mhm… – mruknęła zabierając się do pracy.
- Napisałaś już do matki? – zapytał, po dłuższej chwili ciszy.
- Tak. Ale nie dałam jej waszego zdjęcia. – odparła, skupiona na mierzeniu proporcji i zaznaczaniu ich na kartce.
- Dlaczego? Wstydzisz się nas? Znaczy się rozumiem, że tego okrągłego, pyzatego Glizdogona, to się można wstydzić. Ale mnie? Takiego przystojniaka? Albo Rogacza? On też ma swoje fanki, poza tym genialnie gra w Quidditcha. Albo Remus… Może nie jest przystojny, ale wiele osób twierdzi, że ma w sobie coś urzekającego…- ostatnie zdanie dodał, patrząc na nią badawczo.
- Proszę cię, żebyś nie nawijał tyle i z powrotem zaczął się patrzyć na książkę, bo burzysz mi całą kompozycję. – warknęła niechętnie, wytrącona ze stanu koncentracji, potrzebnej jej do wiernego oddania na papierze tego, co widzi. – A zdjęcia nie wysłałam, bo żadnego nie mam…
Chłopak posłusznie milczał, czytając kolejne strony w księdze. A ona w końcu mogła skupić się na kreśleniu linii. Zarys łóżka i kotary. Kontur twarzy, torsu i nóg. Książka na kolanach i szczupłe dłonie przewracające kartki. Jednolita powierzchnia spodni i kontrast z żółtawą pościelą. Beznamiętnie zwisający krawat i liczne fałdki na koszuli, pod którą rysowała się kształtna jak na piętnastolatka pierś. Wypukłość na wysokości brzucha, gdzie zaczynały się spodnie. Materiał napięty bardziej na wysokości barków. Lekko pognieciony kołnierzyk, wyginający się w stronę rozluźnionej szyi. Szlachetny podbródek, za którym szalało tyle dziewcząt. Opuszczone kąciki idealnych ust i równie idealny nos. Na lewym policzku cień kosmyka kruczoczarnych włosów, niedbale opadających na kark i czoło. Oczy…
- Scarlet? Przepraszam, że przerywam, ale zawsze wydawało mi się, że do rysowania potrzebne są otwarte oczy, a twoje powieki niezaprzeczalnie są opuszczone. Pytam więc, czy nie śpisz…? – odezwał się cicho, dość potulnym głosem.
Jasnowłosa zamrugała gwałtownie. Zakryła rumieniec kotarą złoto-miedzianych włosów i poprawiła się na kufrze. Zdrętwiała jej lewa stopa.
- Przepraszam, to pozwala mi nie rozpraszać się przewracaniem kartek. – objaśniła kulawo, nachylając się nad kartką.
Przyjrzała się temu, co narysowała i temu, co ma przed sobą. Aż sama była zdziwiona swoją dokładnością, ale nic nie powiedziała. Sięgnęła po gumkę. Musiała poprawić jeden, istotny szczegół. Oczy Syriusza skierowane były w dół, na karty książki, a nie na nią, tak jak na rysunku.

***

Nowy rozdział niestety po weekendzie majowym. Bo pewna zła istota wyciagnęła mnie ze sobą w góry i już we wtorek nie mam dostępu do internetu ^^ Ale jak wracam w niedzielę, to jeszcze poniedziałek i wtorek mam wolne, więc spróbuję coś stworzyć ^^
Do miłego!

Lena
komentarze [12]

Rozdział 26: Niepokojące drobiazgi. >> niedziela, 20 kwietnia 2008 21:10:27
Jeszcze żyję. Znów było opóżnienie z korektą, którą tym razem zrobiła Mistrz Siekierka razem z siostrą. Jak już mówiłam, Mooniak ma niesprawny komputer...
Rozdział, którego nie lubię. Krótki i kolejny na granicy odwenienia ^^ Nie mogę doczekać się, rozdziału 30, kiedy zacznie się coś naprawdę konkretnego dziać... Ale na razie nic nie zdradzę... ^^
Pomiajając wszystkie prywatne niuanse, o których, jak ktoś chce, może poczytać na moim prywatnym blogu (link na lewo, nad ulubionymi... tak, to reklama ^^), przejde do odpowiedzi na komentarze.
* Zojka - wiesz... Evansówna chyba dnerwuje wszystkich... Mnie też ^^
*takie-male-szczescie - okrutna pani prokurator... Przepraszam, ale bawi mnie to ^^ Zazdroszczę Ci takiego przyjaciela... W sumie Remus był na początku chyba najgorzej nakreśloną postacią, więc cieszę się, że Tobie i innym tak się podoba.
* jean-lily-huncwoci - znowu krótko... zastanawiam się kiedy mnie za to zabijecie ^^ I powiem Ci, że rzeczywiście mnie coś porwało. Nawet kilka rzeczy, m.in. kartki w kratkę i pewne ciemnookie stworzenie... ^^
* zaszkoczona - dziękuję... ale takie życzenie przyda mi się bardziej za dwa lata xD
Obiecuję, że w następny weekend ponadrabiam wszystkie zaległości w czytaniu ^^ Ostatnio mam nastrój ekstrawertyczny, więc chcę tylko tworzyć i się uczyć, a nie pochłaniać twórczość innych. Jak mi przejdzie, to poczytam, co tam skrobiecie u siebie. A na razie życzę miłego czytania!
BETA: Mistrz Siekierka & sis

***

Kontakty z Lily znacznie się ochłodziły. Odzywały się do siebie, to prawda, ale zabrakło w tym wszystkim „Przepraszam…” pochodzącego obojętnie od której strony, ponieważ żadna nie zawiniła. Ale to jedno, małe słowo było im bardzo potrzebne. Obie jednakże należały do dziewczyn zbyt dumnych, aby przyznać się do winy, która ich nie dotyczyła. Albo po prostu zabrakło im odrobiny więcej dojrzałości. Scarlet straciła wiarę w to, że jej przyjaźń z panną Evans miała sens. Najbardziej bolało to, że taka błahostka tak łatwo to zniszczyła. Nie chciała przyznać, że zabrakło tutaj także jej starań. Ostatnio robiła się coraz bardziej uparta…
Na dodatek pojawiły się nowe zmartwienia. Od świąt Bożego Narodzenia, Scarlet nie dostała żadnej wiadomości od matki. Nadszedł kwiecień i niepokój o to, co dzieje się z Rebecą przestał być bezpodstawny. Na dodatek z każdym dniem narastał. Dziewczyna codziennie siedziała jak na szpilkach, dłubiąc widelcem w toście, dopóki nie pojawiła się sowia poczta. Ale codziennie było tak samo – kilka listów od fanów i zaprenumerowany Prorok Codzienny. Treść tych przesyłek też nie wnosiła nic nowego. Wielbiciele jak zawsze wychwalali jej urodę, wdzięk, grację, uśmiech, etc. Mężczyźni nie omieszkali wtrącać aluzji, a młode dziewczyny oblewały swoje zdania podziwem i zazdrością, która sprawiała, że papier był dziwnie miękki i łatwo dawał się zgnieść. Huncwoci w drodze na lekcje urządzali sobie bitwę na kulki z takich kartek. Natomiast w dzienniku wciąż pisano o panującym poza murami szkoły chaosie. Jakby nagle ktoś przetarł redaktorom zaparowane szkła okularów, a oni w końcu zobaczyli, jak to jest naprawdę. Dotychczas o wszystkich wydarzeniach informowano czarodziei niezwykle pobieżnie, ale od jakiegoś czasu wzbudzano tylko panikę. Prasa zawsze miała tendencję albo do tuszowania powagi sprawy, albo do zupełnej przesady. Scarlet bała się o to, żeby ta przesada nie okazała się jednak prawdą. I przede wszystkim o to, żeby nie dotyczyła jej matki.

- Coś cię gnębi? – James jak zawsze był bezpośredni.
Siedzieli całą piątką w jednej z nieużywanych klas. Syriusz właśnie prowadził swój wykład o zasadach przemiany animaga. Właściwie opisywał to, co było we wszystkich książkach, ale uzupełniał też uwagami swoimi i swoich przyjaciół. Dawało to o wiele więcej, ponieważ teoria miejscami daleka była od praktyki. W tej chwili spojrzał wymownie na Pottera, robiąc urażoną minę.
- Cały czas dręczy cię sprawa z Evansówną…? – wtrącił Peter, wymuszając troskliwy ton. Ostatnimi czasy traktował ją dosyć ozięble. Nie miała pojęcia dlaczego. Poza tym nigdy nie spodziewała się, żeby Peter mógł nie lubić kogoś, kogo jego przyjaciele przynajmniej tolerowali.
Westchnęła, poprawiając fałdki na spódnicy i przedłużając ciszę. Zastanawiała się, czy może im powiedzieć o swoim zmartwieniu. Wolałaby pogadać z samym Remusem, on przynajmniej nie wtrącał głupich uwag i słuchał w spokoju, dopóki jej nie skończył się wątek albo nie zadała mu otwarcie pytania. Od kiedy straciła kontakt z Lily, dużo rozmawiała właśnie z Lunatykiem.
Spojrzała na ich wyczekujące twarze. Dłużej zatrzymała wzrok na Łapie. Chłopak potrząsnął głową, odrzucając z czoła niesforne kosmyki i odwzajemniając jej spojrzenie. Nie pierwszy raz było w nim coś niepokojącego.
- No, słuchamy… - Rogacz jako pierwszy nie wytrzymał napięcia i pogonił ją do mówienia.
- Jim…! – syknął Remus, kopiąc go delikatnie w kostkę. Nie udało mu się zrobić tego na tyle dyskretnie, żeby reszta tego nie zauważyła. A już zupełnym brakiem dyskrecji wykazał się Potter.
- No co…?! Poza tym tyle razy prosiłem cię, żebyś nie mówił do mnie „Jim”…! – burknął głośno, lekko oburzony.
Wszyscy się roześmieli. Pettigrew z lekkim opóźnieniem, bo nie wiedział, jak zareagują przyjaciele i nie chciał się wychylać. James najpierw próbował się obrazić, ale zaraźliwość śmiechu była zbyt silna i w rezultacie to on miał najwięcej radości. Kiedy atmosfera rozbawienia trochę opadła, Scarlet znów westchnęła i w końcu podjęła bolesny temat.
- Martwię się o moją matkę. Dawno nie miałam od niej żadnej wiadomości, a w tych trudnych czasach… - urwała. Jakby dokończenie tego zdania wiązało się ze stanięciem twarzą w twarz z największym lękiem – lękiem przed stratą.
- A próbowałaś się do niej sama odezwać? – wtrącił James.
- Co masz na myśli? – popatrzyła na niego, jakby zobaczyła go po raz pierwszy. Szczerze mówiąc spodziewała się donośnego „Wszystko będzie dobrze! Głowa do góry!” i powrotu do dalszego szkolenia. Nie brała pod uwagę tego, że to akurat Rogacz będzie dociekał szczegółów.
- Pytam, czy pisałaś do niej listy?
- Nie, nigdy nie miałam tego w zwyczaju. Zwykle to ona pisała do mnie. Dużo podróżuje i nie za każdym razem docierają do niej sowy… - wyjaśniła cicho, po ich spojrzeniach widząc, że zrobiła coś niezrozumiałego, może nawet nieodpowiedniego.
- Czyli ty też się do niej nie odezwałaś? – zapytał Rogacz, wciąż niedowierzając.
- No, nie. – odparła nieśmiało, oczekując złajania.
- No to, na co czekasz?! Na cud? Czy na zbawienie? – Syriusz nie wytrzymał i wybuchnął pytaniami. – Na to, że ona będzie się do ciebie odzywać, jeśli ty tego nie robisz? W końcu, to twoja matka, nie? – po tych słowach umilkł gwałtownie.
Akurat on nie był najlepszą osobą do pouczania Scarlet w sprawach kontaktów z rodzicami. Z matką kłócił się na okrągło i można powiedzieć, że odnosił pewną satysfakcję, kiedy udało mu się ją zdenerwować. Sam ze swoimi rodzicami w ogóle się nie kontaktował w trakcie roku szkolnego. Wysyłał im tylko prezenty na Gwiazdkę i sam też je dostawał. Była to bardziej tradycja i pewien obowiązek, niż potrzeba okazania sobie w ten sposób rodzinnej miłości. Poza tym ilość wysłanych między nimi listów wynosiła zero. Wiedział tylko, że jego młodszy brat często pisuje z matką. I często donosi o tym, co Łapa robi w szkole, z kim się zadaje i jakie ma wyniki. Potem, w wakacje, zawsze rodzą się z tych informacji niezłe awantury. I bynajmniej nie o oceny Black’a.
Zmieszany Syriusz odwrócił się do tablicy i począł coś sobie na niej rysować kredą. Scarlet również lekko zakłopotana przeniosła spojrzenie na Jamesa.
- Łapa ma rację, ślicznotko… - mruknął łagodnie, zupełnie psując wizerunek Rogacza, jaki miała dotychczas ułożony w swojej głowie.

Scarlet z głośnym pyknięciem zamknęła zatrzask przy sukience. Uważając, żeby nie potknąć się o porozwalane na podłodze ciuchy, wyszła zza parawanu. Alan właśnie ustawiał aparat naprzeciwko wyczarowanej przez siebie łąki pełnej wielobarwnym kwiatów. Kolejna moda wiosenna, tym razem kolekcja sukienek. Odgarnęła z czoła grzywkę podpatrzonym u Remusa ruchem i stanęła obok fotografa. Przyglądała się motylom fruwającym nad żółtymi główkami mleczy. Zamyśliła się.
Wciąż nie gadała z Lily. A ta też nie szukała jej towarzystwa. W pierwszym okresie, zaraz po tej feralnej kłótni, sama pałętała się między salami, biblioteką, Wielką Salą i pokojem wspólnym. Nie trwało to jednak długo. W środku tygodnia, to był chyba czwartek, w trakcie lunchu do samotnie siedzącej przy stole Gryffindoru Evans podszedł nie kto inny, jak Walter Winged. Mimo że Green już wtedy w Wielkiej Sali nie było, dowiedziała się o tym prawie natychmiast. Siedziała z chłopakami pod salą transmutacji i powtarzała definicje, kiedy przybiegł zdyszany Peter. Dopełniał żołądek, kiedy zobaczył, jak do rudowłosej prefekt podchodzi znienawidzony szóstoklasista. Obserwował ich jeszcze przez chwilę, po czym zaraz przydrałował poinformować o tym fakcie swoich przyjaciół. Rzeczywiście, Walter odprowadził Lily pod same drzwi klasy i został z nią aż do dzwonka. Gawędzili dosyć niewinnie i beztrosko, lustrowani prawie na wylot przez Huncwotów i Scarlet.
Na kolejnych przerwach, po południu i następnego dnia było podobnie. Winged i Evans spędzali ze sobą dużo czasu, chociaż nie cały. Ale siedzieli obok siebie w trakcie posiłków, razem uczyli się w bibliotece i odrabiali lekcje w salonie Gryffindoru. Społeczność szkolna niewiarygodnie szybko przyzwyczaiła się do widoku ich razem. Przestali dziwić się już po dwóch czy trzech dniach. Nawet Huncwoci uznali prefekt za straconą w ich oczach. Jedynie Scarlet wciąż tego wszystkiego nie pojmowała. Może nie mieściło się to w jej ograniczonym i nakierowanym tylko na rozrywkę rozumku…? A może próbowała za wszelką cenę znaleźć dziurę w całym. Równie dobrze mogła po prostu przejmować się wszystkim za bardzo. Tę cechę musiała sobie pożyczyć od Lily, bo sama nigdy taka nie była. Mocno mówiąc, wiele uwag spływało po niej jak po kaczce. Bardziej przejmowała się dobrem swoich bliskich niż swoim i to się chwaliło. Tylko czemu akurat aż tak martwiła się sprawą dziewczyny, z którą się pokłóciła i z którą w zasadzie niewiele miało ją łączyć?
- Coś się stało? – głos Alan wyrwał ją z zadumy.
Mężczyzna patrzył na nią wesołymi, sympatycznymi oczami spod ciemnych, gęstych brwi. Od niedawna zaczęła dostrzegać to, co podobało się w nim kobietom. Na pewno była to ciemna karnacja, ale również praktycznie niemożliwa mieszanka chłopięcości i pewnej książkowej nikczemności w urodzie. Przypominał w tym opisywanych w romansach amantów. Na dodatek jeszcze był osobą usposobioną ciepło i przyjaźnie. Nigdy jeszcze nie widziała, żeby był zdenerwowany, nawet kiedy powtarzali jedno ustawienie przez godzinę. Niepokojące było jedynie to, że nigdy nie mówił o sobie i raczej starał się zachowywać dystans. Tak właściwie nie znała go za dobrze…
- W sumie to tak. – odparła, wzdychając głośno i obejmując ściskaną dotąd w dłoniach chustkę.
- Jestem w stanie ci jakoś pomóc? – odwrócił się od aparatu, bawiąc się smyczą przytroczoną do urządzenia.
- Właściwie, to tak. – dlaczego wcześniej nie pomyślała o Alanie? On musiał coś wiedzieć na temat Rebeci, w końcu pracowali w tej samej redakcji. – Miałeś może ostatnio kontakt z moją matką?
- Ostatnio? – fotograf jakby trochę spochmurniał. – Nie, niestety, przykro mi…
- Rozumiem… - Scarlet postarała się skrzętnie ukryć zawód i zepchnąć go gdzieś w głąb świadomości. Nie było to takie łatwe, ale nie chciała pokazać mężczyźnie, jak wiele dla niej znaczyła odwrotna informacja.
- Pokłóciłyście się? Przepraszam, że pytam, to wasza prywatna sprawa, ale Rebeca już od dłuższego czasu była nie w sosie i mam wrażenie, że coś musiało się stać… - wskazał jej miejsce przed obiektywem, sam stając przy aparacie.
- Nie, nie pokłóciłyśmy. Po prostu dosyć długo czekam, aż odpisze mi na list i trochę się martwię. – gładko skłamała, patrząc pod nogi, żeby nie zniszczyć nieostrożnym krokiem żadnego z tych ładnych kwiatów.
Nie odpowiedział, chowając się za obiektywem i sprawdzając słuszność swojej koncepcji. Ona w tym czasie zgodnie z jego wcześniejszymi instrukcjami usiadła na tej mini łączce, z nogami podwiniętymi pod siebie. Z podziwem oglądała wyczarowane przez Alana mlecze. Poczuła lekkie muśnięcie na policzku, a nad rzęsami zamigotało jej barwne skrzydełko motyla. Zastygła w bezruchu, z niepewną miną. Mężczyzna posłał jej krzepiący uśmiech, mający przekazać jej, że tak jest bardzo dobrze. Nakazał jej ciszę krótkim gestem. Nie chciał, żeby spłoszyła owada.
- Uśmiech, Scarlet…

***

Następny, podejrzewam, że w przyszłym tygodniu...
Lena
komentarze [8]

Rozdział 25: Prefekci >> czwartek, 10 kwietnia 2008 21:37:10
W końcu... Już sama straciłam wiarę, że zdołam to zrobić... Bardzo, ale to bardzo Was wszystkich przepraszam... Naprawdę, nie chciałam, zeby to tak wyszło. Ale ostatni miesiąc wyglądał tak: sajgon w szkole i brak weny. Poza tym musiałam poświęcić trochę czasu tym, których zaniedbałam. I dałam się wciągnąć w inny artystyczny projekt, który też pochałania dużo czasu. Poza tym nauczyciele oszaleli i chca wystawić nam jak najwięcje ocen przed maturami... Ach, te 5 sprawdzianów w ciagu dnia... ^^ Przyszły tydzień na szczęście zapowiada się spokojnie... Napiszę kolejne rozdziały i ponadrabiam zaległości w czytaniu Waszych opowiadań ^^
Jeszcze raz bardzo Was przepraszam... I dziękuję, że tak w miare cierpliwie czekaliście ^^
* hogwart-beauxbatons - ten fanfic nei został nigdie opublikowany w necie. Leży spokojnie, w zeszycie, w pudle z niedokończonymi opowiadaniami ^^
* takie-male-szczescie - 2-godzinny?!?!? O matko! Mam nadzieję, że poszedł w miarę dobrze :P Ja bym tego nie zniosła (tak na marginesie to nienawidze historii i jestem w klasie matematyczno-bilogiczno-chamicznej xD) czyżby klasa humanistyczna??
* kotwica - kochana, podniosłaś moją samoocenę, jesli chodzi o to, co tworzę. Dziękuję :* I obiecuję, że postaram się albo podnieść poprzeczkę, albo przynajmniej utryzmac poziom ^^
Hmmm... Rozdział bez korekty, bo Mooniak padł komp. To też przyczyniło się do opóźnienia. Prosze o wyrozumiałośc, jesli chodzi o literówki, błędy interpunkcyjne i stylistyczne...

***

- Za Jamesa Pottera… - Syriusz uniósł wysoko swoją butelkę kremowego piwa. – Za tego, który poświęcając własne zdrowie doprowadził do wygranej Gryffindoru! Za Jamesa Pottera! – wypił wielki łyk napoju.
- Za Jamesa Pottera…! – cały dom, zgromadzony w salonie i ściśnięty jak sardynki, powtórzył za Black’iem.
- Szkoda, że Rogacz nie może być z nami… - westchnął ciężko Peter, gdy już dopchał się do swoich przyjaciół, torując sobie drogę łokciami już od samego stołu z przekąskami.
- Pani Pomfrey powiedziała, że już jutro go wypuści z ambulatorium. – mruknęła Scarlet, opierając usta o wylot u szyjki butelki kremowego piwa.
- Nieźle się załatwił. Otwarte złamanie kości ramienia. – Remus skrzywił się, na wspomnienie końcówki meczu.
Pierwszy lot do znicza nie zakończył się sukcesem. W ostatniej chwili złota piłeczka śmignęła w stronę widowni i zniknęła. Gryfoni przynajmniej zyskali szansę na zdobycie większej ilości bramek. Złoty znicz pojawił się dopiero po ponad godzinie. Wtedy Gryffindoru miał dużą przewagę. Nikt nie wiedział, jakim cudem James wyprzedził szukającego Krukonów, który był znacznie bliżej piłeczki. W każdym bądź razie lot po zwycięstwo poskutkował pochwyceniem znicza, wpadnięciem na trybuny, odbiciem się od pustych ławek i upadkiem na murawę. Pierwsze zielone źdźbła prędko pokryły się czerwoną krwią. Cóż… Bliskie spotkanie pierwszego stopnia z siedzeniami dla kibiców i zderzenie z ziemią doprowadziło do licznych siniaków i skomplikowanego złamania ręki. Dlatego też wszyscy mówili o Rogaczu jak o bohaterze, który poświęcił się dla dobra swojego domu.
Część ludzi zaczęła się rozchodzić. Świętowali od obiadu, a już było po kolacji. Część chciała się uczyć, inni trochę odpocząć. Najmłodsi myśleli już o ciepłych łóżkach. Dla najstarszych właśnie zaczynał się okres największych stresów w związku z OWUTEMami.
- Długo planujecie jeszcze imprezować? – Lily wyłoniła się z dziury pod portretem, od razu kierując się do Huncwotów.
- To zależy. A dlaczego tak cię to interesuje? – Syriusz zmierzył ją dosyć niechętnym spojrzeniem. Widocznie nie miał ochoty na dyskusję z prefekt.
- McGonagall kazała mi przypilnować, żebyście nie przeszkadzali innym. – odparła, dumnie unosząc głowę.
Scarlet głośno wypuściła powietrze. Nikt tego nie zauważył. Na szczęście. Nie podobało jej się to, że Lily odnosiła się do wszystkich Huncwotów z takim chłodem. Równało się to z tym, że nawet Green była traktowana jak niższa forma życia. Poza tym nie rozumiała tego braku wyluzowania u rudowłosej.
- Przecież możemy się bawić.
- Możecie, ale nie za głośno. – fuknęła, chcąc odejść.
- Lily… - Scarlet wystąpiła naprzód. – Czy jest coś złego w tym, że chcemy świętować zwycięstwo?
- Nie. Zupełnie nic. – odparła, ale te dwa krótkie zdania zabrzmiały mało przekonująco.
- Naprawdę? – Scarlet zaszła jej drogę, przyglądając się uważnie przyjaciółce.
- Powinniście uczyć się do egzaminów, a nie balować! – burknęła w końcu, zdenerwowana natarczywym spojrzeniem jasnowłosej.
- Egzaminy są dopiero w czerwcu. A mamy marzec. Poza tym jest to prawdopodobnie ostatnia taka okazja. Potem nastanie ogólna histeria. – Green odgarnęła z czoła grzywkę, nie odrywając wzroku od rudowłosej.
Na tą konkluzję, paru przysłuchujących się dyskusji uczniów roześmiało się głośno. Szóstoklasiści dobrze pamiętali, kiedy dziewczyny wybuchały nagle płaczem, albo zamykały się w dormitoriach, nie chcąc wpuścić nikogo i krzycząc, że z wszystkiego dostaną T. Sumy były egzaminem bardziej z wytrzymałości psychicznej uczniów, niż z wiedzy. Ale wiedzieli o tym tylko ci, którzy przez to przeszli. I tak nie wszyscy do tego dochodzili i wciąż chodzili dumni ze swoich wyuczonych Powyżej Oczekiwań i Wybitnych.
- Już się zaczęło, Scarlet, jeśli nie zauważyłaś. – wtrącił się Black, posyłając jej nonszalancki uśmiech. – Dowód na to stoi przed tobą.
- Ty…! – Lily odwróciła się do ciemnowłosego Gryfona i wyciągnęła w jego kierunku palec wskazujący. – Nie denerwuj mnie! Nie jestem w nastroju, żeby ci tym razem pobłażać, nawet w taki dzień jak ten!
- Widzisz? – Łapa nie odrywał wzroku od Scarlet, kompletnie ignorując groźby Evans i nie zmieniając ani trochę wyrazu twarzy.
- Widzę… - Green westchnęła. – Lily, spokojnie. On jest tylko nieuprzejmy, a u niego to norma. – poczekała, aż prefekt spojrzy na nią spode łba. – Nadal jednak nie rozumiem, co złego jest w świętowaniu zwycięstwa. Wytłumaczysz mi?
- Przeszkadzacie innym w nauce i odpoczynku. Jesteście głośni. Sami tracicie czas i okazję na naukę… - zaczęła wyliczać.
- To jest jeden jedyny wieczór. Te parę godzin nie podciągnie nikogo z Zadowalającego na Wybitny. – próbowała spokojnie tłumaczyć i ignorować Syriusza, który skakał za Lily i w pantomimie przedstawiał rozhisteryzowaną dziewczynę. Całe to przedstawienie wywoływało ogólną wesołość. Jasnowłosa przyrzekła sobie, że nigdy więcej nie pozwoli mu wypić trzech kremowych piw i że dowie się, jak przemycił Ognistą Whiskey.
- Oni rzeczywiście sprowadzają cię na złą drogę. – fuknęła, odwracając się gwałtownie, tak, że udało jej się przyłapać Black’a na rwaniu wyimaginowanych loków z głowy. – Minus pięć punktów, Black. – syknęła przez zęby.
- Za co? – jęknął, próbując wyglądać na słodkiego chłopca, którego dotknęła cała niesprawiedliwość tego świata. Od strony jego fanklubu odezwało się chóralne „Awwww...” i poszczególne chichoty. Syriusz ukradkiem posłał dziewczynom słodki uśmiech, co wywołało jeszcze większą ilość śmiechu i paplaniny.
- Za ignorancję. - odparła Lily, wymijając Scarlet, która tym razem złapała ją za ramię, tylko po to, żeby dokończyć rozmowę.
- Jacy oni, Lily? – jasnowłosa nie dawała za wygraną.
- Oni. – wskazała na trójkę Huncwotów, obserwujących od początku całą rozmowę. – I jeszcze ten Potter.
- Lily… To śmieszne… - zaczęła, ale Evans przerwała jej nagle.
- To nie jest śmieszne. Twoje oceny spadły ostatnimi czasy, prawda? I chyba straciłaś trochę punktów za brak pracy domowej, prawda?
- To nie ich wina! – Scarlet z trudem powstrzymywała wybuch złości. Denerwowało ją to, że Lily zawsze obwiniała Huncwotów. – Moje wypracowanie pożyczyła wieczorem Marie, żeby je przeczytać. A rano trafiła do ambulatorium z zatruciem. Nie miała mi go kiedy oddać. Zresztą zaniosłam je McGonagall już po trzeciej lekcji. Ty oczywiście o tym nie wiesz, bo nie zwróciłaś nawet uwagi na to, że mnie nie było.
Robiło się niebezpiecznie. Gniew narastał z każdym zdaniem. Scarlet musiała się teraz bardzo kontrolować.
- A oceny? To też zrzucisz na chorobę Marie…? – Lily patrzyła na przyjaciółkę z politowaniem.
- Wiesz… Zawsze wydawało mi się, że od literek w naszych aktach bardziej liczą się bliscy nam ludzie. Zawsze tak myślałam. Ty doskonale wiesz, że nie jestem zdolna. Poza tym, czy sensowne jest chodzić z nosem w książkach, kiedy ma się z kim spędzać czas? Bo mi wydaje się, że to jest kompletna głupota… - popatrzyła na prefekt wymownie.
- Super. Ty nie jesteś tą nieśmiałą i łagodną Scarlet Green, którą znam. – Evans w końcu udało się ominąć zamurowaną przyjaciółkę. Pospiesznym krokiem dotarła do schodów, wspięła się na nie i zaszyła się w dormitorium.
Scarlet poczerwieniała i po chwili zbladła gwałtownie. W pokoju wspólnym zapadła cisza. Widocznie wszyscy słuchali tej wymiany zdań.
- Chodź… - jasnowłosa poczuła lekkie pociągnięcie za rękaw.
Potem została już pociągnięta w stronę sypialni chłopców z piątego roku. Dała się poprowadzić, próbując zapanować nad gniewem. Dawno już nikt jej tak nie zdenerwował. Bolesne było to, że osobą, która wyprowadziła Green z równowagi była Lily – podobno jej najbliższa przyjaciółka. Podczas wspinaczki, a właściwie bycia wciąganą po schodach, zdążyła trochę ochłonąć i pomyśleć racjonalnie.
Ta kłótnia mogła bardzo źle wpłynąć na jej relacje z Evans. Rudowłosa należała do osób przewrażliwionych, w szczególności na punkcie własnej pozycji. Nie lubiła, kiedy ją ktoś podważał, nawet jeśli była to bliska jej osoba. Wkurzało ją to niezmiernie. Zresztą Scarlet doświadczyła tego na własnej skórze. Nigdy nie spodziewała się, że zdarzy jej się z kimś pokłócić o taki banał. Właściwie, to jej się to wcześniej zdarzało, ale Syriusz nie był Lily. Z jednej strony bardzo się od siebie różnili, lecz z drugiej… Na pewno podobna w nich była ta przesadna pewność siebie i swojej pozycji. Dziewczyna była prefekt i jedną z najlepszych uczennic w szkole, a to dawało jej więcej, niż miał zwykły uczeń. Ciemnowłosy Gryfon natomiast posiadał nieodparty urok, urodę oraz nazwisko. Te rzeczy czyniły z niego osobę o bardzo silnym stanowisku w drabinie szkolnej. Cóż, popularni zawsze mieli więcej do powiedzenia niż szare myszki…
Została delikatnie wepchnięta do dormitorium i usadzona na łóżku Jamesa, wśród różnego rodzaju, brudnych i czystych ubrań, porozrzucanych malowniczo po narzucie. Remus upewnił się, że drzwi są dobrze zamknięte i usiadł naprzeciwko niej, na łóżku Syriusza, również zabałaganionym, ale leżały na nim w większości pootwierane na przypadkowych stronach książki oraz pogniecione i poplamione pergaminy.
- Scarlet… - Lupin nachylił się w jej stronę. – Chcesz się wyżyć, to się wyżywaj. Ja poczekam, a potem pogadam z tobą normalnie. – w czekoladowych tęczówkach błysnęły ogniki rozbawienia, którego nie było słychać w jego poważnym głosie.
- Właściwie, to już mi trochę przeszło… - westchnęła ciężko, patrząc uważnie na przyjaciela. – Remusie, co ja jej takiego zrobiłam?
- Nic. – odparł zwięźle, wciąż nie odrywając od niej badawczego spojrzenia.
Bał się, żeby nagle mu nie wybuchła. Nie lubił użerać się z osobami, które chciały się tylko wyładować. Wolał przeczekać burzę i spróbować im pomóc, kiedy się uspokoją. Czuł satysfakcję, kiedy pomógł jednemu ze swoich przyjaciół, nawet zwykłą pogawędką. Gorzej dyskutowało mu się z dziewczynami. Nie rozumiał ich dobrze, prawdę mówiąc, to wcale. Ale próbował traktować Scarlet po prostu jak człowieka i jak na razie mu to wychodziło.
- Jeśli nic, to dlaczego Lily się na mnie zdenerwowała…? – tym razem ona nadała swojej twarzy identyczny wyraz, jak on - poznawcze zainteresowanie i uprzejma uwaga.
- No, dobra. Może coś zrobiłaś, ale to nie było jednoznacznie złe i Lily nie musiała się na ciebie aż tak wkurzać. Próbowałaś tylko jej wytłumaczyć coś, co musiało jej się wydawać logiczne, ale świadomie nigdy by się do tego nie przyznała… - wyprostował się, przenosząc spojrzenie w stronę uchylonego okna.
Zdążył zauważyć, że chmury, pomimo braku wiatru, suną po niebie nawet dosyć szybko, kiedy czeka się na reakcję drugiej osoby.
- I to ją tak wkurzyło? – Scarlet wydawała się być trochę zawiedziona jego wyjaśnieniem. Ale w rezultacie bardzo jej to pomogło. Bo nie była już zła na Lily, lecz na to, co robiła z niej pozycja prefekta.
- Może. Nie wiem. – westchnął cicho, sam już trochę zagubiony. – Nie znam się na psychice piętnastoletnich, rudowłosych dziewcząt pochodzących z rodziny mugoli… - dodał, jakby to cokolwiek wyjaśniało.
Scarlet uśmiechnęła się leciutko. Pomimo, że nienawidziła, kiedy ktoś żartował, gdy rozmawiała z nim na poważne tematy. Pomimo, że wciąż miała wiele wątpliwości. Pomimo, że on też nie był pewny słuszności swoich słów. Pomimo, że to nic nie wyjaśniło. Pomimo, że liczyło się dla niej zupełnie co innego…
Wstała i przesiadła się obok Remusa. Poruszona impulsem wyciągnęła rękę i chwyciła jego dłoń. Popatrzył na nią z trochę zaskoczoną miną. Uśmiechnęła się delikatnie, ściskając jego palce. Jak zwykle odgarnął z czoła grzywkę i odwzajemnił uśmiech.
Pomimo tego, że nic takiego nie zrobił…
- Dziękuję, Lunatyku…

***

Nastepne bedzie jak najszybciej. Tym razem, to już stawiam tu moją głowę :P
Lena
komentarze [8]

Uffff... >> niedziela, 23 marca 2008 17:50:00
Przepraszam, że nic nie wrzucam... Brak mi czasu i ochoty. Mam dużo rzeczy na głowie. W rezulatacie sama nie wiem, czy jeszcze żyję... Na dodatek wena się gdzieś zagubiła. Rozdział 25 rodzi się w bólach...
Prosze tylko o cierpliwość...
Lena
komentarze [3]



- dodaj
- obejrzyj


2007
październik (4)
listopad (8)
grudzień (6)

2008
styczeń (3)
luty (3)
marzec (2)
kwiecień (3)
maj (1)
czerwiec (3)
lipiec (2)
sierpien (2)
październik (1)
listopad (1)

2009
styczeń (1)




Polecam
blog mojej kochanej i cudownej BETY - Mooniak
Mój inny (nowy) blog z opowiadaniem!
jeśli ktoś chce mnie poznać, od tej prywatnej strony, to zapraszam serdecznie ^^

HP
Potterowskie opowiadania i nie tylko ^^

Czytuję
Historia Lily Evans

devotedzycie-uslane-cierniamiavatary-animetakie-male-szczesciewieden-po-zmroku


O bohaterach i Autorce.


Dodaj do ulubionych

Już wizyt
www.devoted.prv.pl